środa, 19 grudnia 2018

Leiru poszukiwany

W tym samym czasie, kiedy niczego nieświadomy i skołowany zaistniałą sytuacją Leiru, był prowadzony przed swoisty sąd kryształowego miasta, w skład którego wchodziła rada starszych zakonu łowieckiego.
W odległych częściach frakcji błogosławionych wrzało niczym w ulu, zacznijmy od Tygriusza i jego powiązań...
Dumny i groźny Rakszasa, siedział na złotym tronie w przeraźliwie cichym pałacu. Nic nie śmiało przerwać onej grozy jaką spowity był przybytek, po chwili z gardła Tygriusza wydobył się złowrogi, ciężki mruk podobny do warknięć dużego kota.
Mieszał czerwoną ciecz w przeźroczystym kielichu i wbijał swoje nienaturalnie złote oczy w ciało pandołaka...
-Seizetsu -odezwał się w końcu. -Zapewniałeś mnie, że mamy Go po swojej stronie.
-Bo tak jest mój panie. Nie wiem, co mogło się stać że nie dotarł na miejsce. To wręcz niemożliwe. -przyznał likantrop. -Ruszę w tamtym kierunku i zobaczę co...
-Nie! -wrzasnął Tygriusz obnażając swoje kły. Seizetsu skulił się w sobie, jakby chciał ukryć się we własnym ciele. Rakszasa przechylił kielich. -Nie... Ten cały łowca jest poszukiwany listem gończym, przez Twoją nieuwagę. -warknął.
Pandołak czuł jak mu serce podchodzi do krtani, pomimo tego wydusił z siebie ciche i jakże pokorne pytanie;
-Jaką karę mi wyznaczysz?
-Karę? -Tygriusz uniósł w zdumieniu brwi, aż mu się czarne paski na błękitnym futrze wygięły. -Seizetsu, jesteś najlepszym agentem jakiego mam. Przynajmniej jednym z najlepszych, jak to się mówi "Nie myli się ten, co nic nie robi" Ruszysz w inną stronę z innym zadaniem.
Seizetsu położył dłoń na swojej piersi i skłonił się pokorniej.
-Okazujesz mi niezwykłą łaskę Mój panie. Co mogę dla Ciebie zrobić?
Wyciągnął leniwie wolną łapę i zrobił swój szacher macher, by w dymie ukazał się punkt docelowy wyprawy Seizetsu.
-Jako, że zdecydowanie lepiej idzie Ci na gruncie Diabolików, wrócisz morzem do onej frakcji. Po drodze zatrzymasz się na wyspach księżycowych, które zamieszkują Yuu-tsuki. Tam zdobędziesz ampułkę krwi. Nie wiem gdzie ona jest, więc musisz ją odnaleźć za wszelką cenę.
Po Seizetsu przeszedł dreszcz, przeląkł się myśli Tygriusza domyślał się do czego ten artefakt będzie mu potrzebny. Jednak jaki miał wybór?
-Jeżeli nie podołam, to zginę próbując. -zapewnił oddanie. -Co mam dalej zrobić w razie przejęcia artefaktu?
-Płynąć do Diabolikanowa. -Rakszasa zacisnął łapę rozpraszając wizerunek wysp księżycowych i fiolki krwi po czym zakręcił swoje kocie wąsiska. -Jeżeli tutaj wszystko mi się powiedzie, dołączę do siebie. Muszę mieć nad Tą sprawą osobisty nadzór, rozumiesz? -wychylił resztę czerwonego płynu, a oczy jego zalśniły złowrogo.
-Rozumiem wasza miłość. Pozwól więc, że przyszykuje się do podróży.
Tygriusz wywinął łapę i machnął jakby odganiał nieznośną muchę.
-Dobrze powiedziane, o ile Ci się uda... -zarechotał, a jego śmiech zaraz odbił się echem w złotych komnatach.
***
Niewiele, bo kilka dni wcześniej stolicę frakcji nawiedziła Pani Światła, pospiesznie wróciła z objazdu swoich włości i z wielkim niepokojem przyglądała się miastu zza kryształowych okien. 
-Coś Cię niepokoi? -zagadnął delikatnie Kołbug.
-Hmf -odparła fuknięciem, nie spoglądając na przyjaciela. Kiedy jednak usilnie wbijał wzrok w jej jasne, wręcz boskie oblicze, które pomimo upływających lat nie zmieniło się za bardzo. Odetchnęła przymykając głębokie, szmaragdowe oczy. 
-Dziwie się, że sam tego nie widzisz. -mruknęła i odeszła od okna.
-Uuu... czy mi się wydaję, czy znów poczułaś coś w końcu? -zapytał, a w jego głosie dało się wyczuć nutkę ekscytacji. Spojrzała na niego szorstko.
-Coś sugerujesz? -jej głos wyraźnie się oziębił i znacznie wyostrzył, gdyby mogła poraniłaby nim Nefe, który przyglądał się ciekawie władczyni, jak gdyby z zadowoleniem głaszcząc się po siwej bródce. 
-Ależ skąd, po prostu odwykłem od Twoich niepokoi. -stwierdził swobodnie. -Co Cię trapi?
-Smród zakłamania. Gdzieś w tym mieście, coś się czai. Pod moim nosem! -uderzyła płaską dłonią w szafirowy dzban, który tym samym rozbiła.
-Pod latarnią zawsze najciemniej. Już, już... -Kołbug, podszedł do stłuczonego naczynia, ociekającego perlistą posoką. -Zraniłaś się. -zauważył.
Mruknęła coś pod nosem i wyszła z pomieszczenia, dopiero kiedy końcówki jej mlecznych włosów zniknęły Nefe westchnął, zabierając się do naprawy szkód. Choć swego czasu był wojownikiem, to jego artystyczna dusza płakała kiedy widział krzywdę ślicznych błyskotek.
Zastanowił się chwilę, wszak dzban był z minerału szlachetnego, nie powinien tak łatwo pęknąć, przecież to nie kryształ napuszczony błękitną barwą. Przeszło mu przez myśl, że Ambrliel się starzeje, jednak zaraz potrząsnął głową wyrzucając te myśli z głowy.
Następnym co mu przyszło na myśl, to powaga sytuacji. Choć był zaufanym druhem Pani Światła, nie był wstanie odgadnąć większości jej myśli, nie posiadał też zdolności wyczuwania takiego niebezpieczeństwa - w końcu nie był aniołem... 
-Czy jej wysokość Ambriel, jest w nastroju na przyjęcie gościa? -zapytała ślicznie wyglądająca, mała istotka na kozich nóżkach i o popielatych włoskach, sądząc po wielkości zarostu na piersi - była to przedstawicielka płci kobiecej, rasy Diasu.
Diasu, prawdopodobnie kiedyś były kózkami górskimi zamieszkującymi tutejsze tereny i zajmującymi się kryształowymi grotami. Teraz zamiast odpędzać intruzów, czy wróżyć ze swoich stawów zajmowały się służbą u bogatych obywateli. Najczęściej można spotkać Diasu jako pokojówki.
-Zaraz zobaczę. -westchnął zrezygnowany Kołbug. -A kto przyszedł? -zapytał, chyba bardziej od niechcenia niż z ciekawości czy konieczności obowiązku. Bo choćby to był sam Demilicz, jeżeli Ambriel nie miałaby ochoty musiałby pocałować klamkę.
-Przedstawiła się jako Bendis i mówi, że ma coś ważnego do przekazania. Upiera się by widzieć się z panią Ambriel.
Kołbug zmarszczył czoło, coś mu mówiło to imię. Nagle skoczył i pobiegł do Ambriel, którą nakrył na kopulowaniu z jakimś stworzeniem, przechylił głowę w zdumieniu, bo za nic w tej pozie nie mógł odgadnąć do jakiego gatunku należy ten nieborak.
Zaraz poczuł za sobą czyjąś obecność i lekkie szturchnięcie w ramię;
-A gdzie to ma głowę? -zapytał ewidentnie kobiecy głos. Kołbug z trudem oderwał wzrok i podniósł go na gościa. Wypchnął niedelikatnie kobietę za drzwi.
-Bendis, zapomnij o tym najlepiej. -polecił, a zaczerwieniona dziewczyna bawiła się w zakłopotaniu swoimi alabastrowymi włosami.
-Już zapomniałam. -zapewniła i odetchnęła. -Jak skończy to powiedz, że na nią czekam. -z tymi słowy położyła swój korbacz w jego rękach.
-Jestem na to za stary... -wystękał uginając się pod jego ciężarem. -A mogę wiedzieć w czym rzecz? -zapytał i odłożył narzędzie mordu na przeznaczonym na to haku.
-Ktoś wykradł informacje, jakie miała nam przekazać Ambriel.
-Skąd wiesz?
Spojrzała na niego podejrzliwie popielatymi oczami. Podniósł łapy do góry.
-Dobra, idę stracić głowę. -odetchnął i pociągając za klamkę od pokoju Ambriel nieomal nie dostał głową jej zużytego kochanka. -Na zbuki Behemota i wymiociny Topielca!
-Po co bez pukania włazisz? -zapytała jak gdyby nigdy nic Ambriel opuszczając miecz, mając jeszcze po między udami lędźwie kochanka.
-Bo przyszła Bendis mówi, że to pilne.
-Skoro przyszła osobiste to na pewno. -pani światła, zlizała krew zamordowanego ze swoich ust i zaraz była gotowa by wyjść. Dopiero kiedy minęła go w drzwiach, spojrzał na głowę trupa Lupinianin. Wzdrygnął się, ale cieszył się że tym razem był to nader piękny błogosławiony, a nie coś co znalazła po drodze...
**
-Jak to, informacje przechwycone? -zapytała Ambriel. 
-No tak to, goniec dotarł do nas niedawno. Pieczęć była zerwana, część informacji nie do odczytania, widać, że pieczęć zrywał ktoś nierozgarnięty. Zostawił swój wizerunek -z tym słowem podała Ambriel kartkę z wizerunkiem podejrzanego. Szatyn o zielonych oczach, samo to było podejrzane, jednak sądząc po rysach to człowiek w sile wieku. 
-Moi szpiedzy powiązali go z masakrą w  Koer-kibuvits. To Leiru Vadasz, jest synem po ojcu łowcy i matce Rozmownej, to jest; potrafiła rozmawiać ze zwierzętami.
-Ciekawa rodzinka. -przyznała Ambriel. -Skoro, to potomek łowcy i wykradł informacje. Niezwłocznie wyślę za nim list gończy. A co, do wieści ode mnie... Jak u was po krwawej pełni?
-Było całkiem spokojnie, nic z gór nie przeszło na naszą stronę. -przyznała Bendis. 
-Wracaj tam jak najszybciej i o wszystkim mnie informuj. -rozkazała ostro. A potem już jakby do siebie powtórzyła. -Vadasz... -coś to nazwisko jej mówiło, ale co?...

sobota, 1 grudnia 2018

Kryształowe miasto 3/3

Łowczyni przykazała treserowi, nie przerywać jej podczas snucia opowieści. Zaintrygowało go to i siadając oparł się o barierkę tarasu.
-No więc tak, jak już wspomniałam to miasto zyskało przydomek "kryształowego" od jego założycieli. Byli to przedstawiciele kryształowych konstruktów, nie pytaj mnie potem jak funkcjonują bo nie wiem i zgaduję, że mało kto jest wstanie to rozgryźć. Mieszkali tu, zapewne jeszcze przed przebudzeniem bestii. -bardziej rzuciła to jako niepewną ciekawostkę, niż sprawdzony fakt. Szturchnęła nagle Leiru szpicem buta, treser wstał, a Tilki wskazywała mu jakiś punkt ręką, odwrócił się w rzeczoną stronę.
-Tam są góry lodu, a właściwie koniec ich łańcucha. -powiedziała, stali niemalże na przeciw nich, najpotężniejszych gór jednych z niewielu jakie zachowały się z początków świata. Łowiecki potomek, musiał zamknąć swoje usta, przysuwając żuchwę do szczęki, bo oto najpotężniejsze z tworów natury, tkwiły przed jego oczami jako rosnące z pokruszonych gór do wielkości dużych wzniesień w ginące w dali sine masywy.
Stanęła w rozkroku i wyciągnęła ręce wzdłuż swojego ciała:
-Zarówno to co jest tam, tu i w tamtą stronę... -wskazała odległą, ledwie majaczącą w promieniach zachodzącego słońca skałę. -To pozostałości wielkiego Ejderaha - przynajmniej, my go tak określamy. -widząc z deka niezrozumiałe spojrzenie Leiru, postanowiła zagłębić się w tę historię. -Bestia, którą obudziła chciwość istot z powierzchni.Ten potężny gad, który spowodował zmiany na całym świecie, nazywamy go Ejderahan, co oznacza Ten który powróci. Wszystkie granice jakie istnieją teraz, oddzielające cztery frakcje, powstały w momencie w którym Ejderaha upadł.
W tym momencie Leiru się nie powstrzymał:
-Czyli góry lodu, tamta góra...
-Tak... to jego kości grzbietowe. To miasto, zostało wzniesione na jednym z jego żeber. -powiedziała poważnie. -Szpik jego kości, pozwolił przetrwać kryształowcom, w nowym świecie.
To czego dowiedział się treser wywołało u niego szok, cóż nie znał tej części historii. Tak po prawdzie to miał wątpliwości czy w nią wierzyć, ale z drugiej strony nie miał powodów by nie zawierzyć słowom Tilki. Jednak postanowił podejść ostrożnie do nowo nabytej wiedzy:
-Skoro to prawda, to czemu o tym nie uczą?
-To proste, zapomnieli albo uważają to za nie ważne. Słyszałeś o czymś takim jak Gwiezdna ruda, ruda bogów? -podała dwa warianty odpowiedzi, bowiem każda nacja miała tendencje do tego, by inaczej przezwać owy materiał.
-Zakazany materiał? -zapytał Leiru. -Nawet dziecko wie co przez to się stało. -prychnął.
-No i dobrze, już kiedy trwała wojna pomiędzy rasami Gwiezdna ruda została zakazana, a kiedy pokój ogarnął świat oznajmiono, że nie ma więcej żył i uznali to za krew Ejderaha.
Leiru, pokiwał twierdząco głową.
-A co jeżeli powiedziałabym Ci, że w tych górach i w pozostałościach kości Wielkiej bestii znajdują się wciąż jej pokłady, a władze frakcji tają ją przed zwykłymi obywatelami, zlecając jej poszukiwania ścisłemu gronu w gildiach magicznych i sobie potrzebnych hufcach?
Leiru spojrzał na nią bystrze, w głowie zapaliła mu się czerwona lampka. Gdzieś z tyłu głowy pojawiło się wspomnienie o zapieczętowanej wiadomości w ciele pryzmatycznego wróbla.
Treść wiadomości jaką odczytał wtedy, pokrywała się znacznie ze słowami Tilki. Nie chciał jednak, się na razie odsłaniać, więc ugryzł się w język.
Założył ręce na piersi.
-Odparłbym, że to ciekawa teoria, a następnie zapytał skąd taki pokład wiedzy u postronnej osoby?
Tilki, przymknęła oczy.
-Wśród łowców to powszechna wiedza. -rzuciła lekko i wzruszyła ramionami. Leiru spodziewał się jakieś rewelacji, jak na przykład tego, że mają na dworze Pani Światła swoją wtykę. Tym czasem łowczyni rzucił dość wymijająco i obojętnie swoje twierdzenie, zupełnie tak, jakby było to coś oczywistego.
-No to ciekawe macie podręczniki. -zażartował sobie.
Tilki, nic na to nie odparła, jedynie odwróciła się w kierunku miasta, a jej wzrok błądził po ulicach, jakby doskonale widziała w gęstniejącym mroku, rozpraszanym przez rozmywające się z tej wysokości światło migotliwych kwiatów, a teraz występujących z ukrycia grzybów.
-Ho, ho... będziesz miał nie miłą niespodziankę. -stwierdziła.
Leiru zbliżył się do niej i dostrzegł, że jej lśniące złote oczy, miały poblask niby to płynnej rozgrzanej siarki.
-Co takiego wypatrzałaś? -zapytał przechylając się wraz z nią za barierkę.
-Widzisz... -wskazała palcem na lewo. -Te zielone zbroje i liściaste płaszcze?
Nie był pewny czy wzrok nie płata mu figli, zmrużył oczy i wpatrzył się we wskazany przez dziewczynę punkt. To chyba było to, zdawało mu się że pod świecącymi kwiatami przemieszcza się równym krokiem kilku lekkozbrojnych istot. Dostrzegł migoczące zbroje, które odbijały światło latarni.
-Skąd Twoja pewność, że idę po mnie? -zapytał.
-Bo Ejja, jest na czele. Jest dowódcą gwardii miejskiej. -wyjaśniła. -A że idą po Ciebie wnioskuje po pokazowym uzbrojeniu, by "obcy" poczuł trwogę. -wzruszyła ramionami.
Leiru, był pod wrażeniem. On dostrzegał z tego punktu jedynie zarysy i niektóre wyraźniejsze elementy ubioru niektórych jednostek przemieszczających się kilka metrów pod nimi, a Tilki rozpoznała nawet konkretną osobę i rodzaj ubioru, który nomen omen służył w warunkach leśnych za kamuflaż.
Dziewczyna spojrzała na niego i klepnęła go w ramię.
-Nie spodziewałam się że dostrzeżesz choćby odblask od ich pancerzy. -przymrużyła oczy. -Byłby z Ciebie dobry łowca, więc posłuchaj mojej rady - jeżeli będziesz mieć okazje idź do zakonu łowieckiego.
-Nie jest mi to potrzebne. -mruknął. -Możesz mi powiedzieć, czemu idą po mnie?
-A ja wiem? pewnie coś przeskrobałeś. -powiedziała i biorąc go w pasie, zeskoczyła z tarasu. -Daruj, ale mam obowiązek Cię oddać w ręce władz i naprostować Cię jako istotę rozumną. -powiedziała i puściła go kilka gałęzi nad ziemią.
Leiru nie zrozumiał jej ostatnich słów, ale nie miał też szansy zapytać o to, bowiem zawadzając o kilka konarów wylądował twarzą na bruku, niemal tuż przed nogami Ejji.
Wyciągnęła swój krótki miecz i wymierzyła nim w niego.
-Leiru, przybyszu z Koer, jesteś oskarżony o szpiegostwo i tym samym mam nakaz aresztowania Cię i doprowadzenia przed oblicze najwyższej rady. -po tej urzędowej formułce, podeszło do niego dwóch gwardzistów, podnosząc go za ramiona.
-Nie próbuj sztuczek, bo nie mamy rozkazu by doprowadzić Cię w jednym zdrowym kawałku. -powiedziała lodowato Ejja.
Leiru nie wiedział co się dzieje i z początku miotał się z żelaznych uścisków gwardii, ale potem zaprzestał wszelkich szamotanin.
Zdążył bowiem w swoim życiu, przyzwyczaić się że jest oskarżony.
-Mogę chociaż znać podstawę oskarżenia?
-To nie należy do zakresu mojej wiedzy. Wszystkiego dowiesz się przed sądem. Sam z resztą dobrze powinieneś wiedzieć, czym sobie nagrabiłeś. -stwierdziła i prychnęła, jej zimny urzędowy ton ani na moment się nie ocieplił.
Leiru natomiast, zamiast się przejąć zaczął się zastanawiać czemu nie ma przy nim jego nowej przyjaciółki? w sumie... była łowcą, pewnie nie chciała plamić sobie rąk przyznając się do zadawania z kryminalistą. - westchnął i podniósł oczy. - A zapowiadało się miło...