-Za stary jestem na takie zabawy. -westchnął pod nosem, kiedy Dobrochoczy przerwał na chwilę swój monolog o zajęciach sprawnościowych.
Jaszczur odkaszlnął i spojrzał z błyskiem w oku na tresera.
-Ila mosz lot?
-trzydzieści... i za chwilę, zacznę zaciągać mułem jak Ty. -ostatnie dodał bardziej do siebie.
Dobrochoczy niemal zadarł z dumą łeb.
-Coś Ci ne pasuja? -zapytał, oblizując stwardniałe, zimne wargi rozdwojonym językiem i posyłając treserowi jedno z tych spojrzeń, po których się nie wie czego się właściwie spodziewać.
-Nie, nie. -pomachał rękoma w geście obronnym. -Stwierdziłem, tylko że nawet jak na Dobrochocza dziwnie akcentujesz.
-Aaa -zdawało się, że się uśmiechnął. -Wszystkie Dobrochocze tok godojom, jeno nie każdy kca się do tego przyznoć.
Pokiwał głową na znak, że rozumie. Leiru mógł mieć jedynie, minimalną nadzieje że nie zacznie godoć jak jaszczur.
-Mam prawie trzydzieści mieczy na gardle. -powiedział dla odwrócenia tematu, cóż Dobrochocze były na prawdę wspaniałymi stworzeniami kiedyś polowano na nie, by pozyskać ich łuski, bo przynoszą szczęście, na szczęście dla tych dzielnych medyków, botaników i givunas, którzy zawsze wyciągają łapę do pomocy te czasy już minęły.
Leiru był ciekaw, czy ten Dobrochocze zachowały swoją zdolność givunasów. Ale zaraz klepnął się w czoło i uświadomił sobie, że rozmawianie ze zwierzętami to ich umiejętność wrodzona. Jakby nie patrzeć, Dobrochocze są jaszczurami.
Od zamysłu oraz od rozmowy z dziwnie zaciągającym pomocnikiem generała, oderwał go dźwięk trąby. Spojrzał na Dobrochocza, a ten przymknął złotawe ślepia.
-Hejnoł grojom na odprawa. -przyjrzał mu się uważnie. -Richtich bydzie
polowanie. -oznajmił. -Nie rzucom Ci tego zara. -stwierdził. -Ale
dobrze, byś sie przypatrzoł bo za tydzień nie bydzie taryfy ulgowej.
Leiru potrzebował chwili, by rozkminić o co chodzi Dobrochoczowi. Pokiwał głową zgadzając się z nim, choć nie wszystko było dla niego zrozumiałe.
-Godołem Ci, żech beda Twoim belfrem od medykamentów?
Specyficzny zaciąg na końcu wypowiedzi jaszczuroludzia, kazał młodemu łowcy twierdzić iż zadał On pytanie. Roztrząsał jego słowa do drugiej trąby, postanowił chwycić się słowa "medykament"
-Tak. -odpowiedział zdecydowanie, Dobrochoczy pokiwał głową i poprowadził go korytarzami w stronę wyjścia. Stanęli obok postawnego jegomościa, przybranego w ciemny strój oraz kapotę.
-A tu jest Virtuozas. Belfer od nauk łowieckich.
Przyjrzał się bacznie nowemu uczniowi.
-Masz już jakąś specjalizacje? -zapytał.
-Specjalizacje? -zdziwił się Leiru.
-Eh, z Nami łowcami, jest podobnie jak z grabarzami zza gór. Każdy ma swoją specjalizacje, ja na przykład specjalizuje się w tropieniu i pułapkach. -wskazał na część placu. -Tam są moi podopieczni. -powiedział, ale Leiru mało co dostrzegł.
-Mało ich. -stwierdził.
-Piętnastka ludzi to mało? -zdziwił się. -Ale dobrze, że widzisz cokolwiek.
W międzyczasie Dobrochoczy, pożegnał się i poszedł do swoich obowiązków.
-A teraz patrz. -Virtuozas, wskazał dłonią gęsto rosnące krzaki. -Dostrzegasz coś w nich.
Treser przyglądał się chwilę, bacznie obserwując każdy, nawet ruch najmniejszego listka.
-Tak, sześć pasiastych stworzeń. Gatunku nie jestem pewien, nie widzę tropów ani pyska gadzin. -powiedział bezbłędnie.
Nauczyciel milczał chwilę, po chwili kładąc rękę na jego ramieniu.
-Bierzesz udział w następnym polowaniu. -obwieścił.
-ale...
-Następne jest za tydzień, spokojnie zdążysz nauczyć się tutejszego bestiariusza. -odetchnął. -korci mnie, by teraz Cię tam wrzucić, ale nie jestem tak okrutny jak te Maral'e. -wskazał krzaki.
-Maral? ... -zadumał się Leiru. -To takie pręgowane, jelenie od Leśnych gońców?
-Tak, tylko te są w odmianie...hehe... Złowieszczej. -nauczyciel uśmiechnął się chytrze.
___Dobrochoczy - słowiański demon
givunas (litw) - zwierze
Viruozas - wirtuoz
Maral (tur) -jeleń
niedziela, 10 marca 2019
wtorek, 5 marca 2019
Zakon łowiecki
Cóż miał zrobić? ledwie odpowiedział, że się zgadza, a Ejja już prowadziła go pod furtę zakonu.
Westchnął ciężko i podrapał się po głowę, nie mógł za nic dojść o co w Tym wszystkim chodziło... A jeszcze na głowie ciążyła mu ważniejsza zagadka... Gdzie się podział jego rumak wichrów?
Rozejrzał się po placu, ładnie urządzone miejsce - wedle jego oka.
Zapewne gdyby Leiru znał się, choć minimalnie na sztuce szkoleniowej formacji militarnych, zapewne dostrzegłby, iż teren ten nie jest wyposażony w sprzęt rekreacyjny, a taki do szkolenia przyszłych tępicieli dziwnych istot.
Zauważył, że z boku trwa jakaś zbiórka, jego uszu dobiegły dziwne komendy, wyrazy uznania i reprymenda. Ciarki go przeszły i skulił się w sobie, nie był typem osoby przepadającej za mundurem. Szczerze powiedziawszy, nie miał pojęcia że tak to wygląda - miał świadomość, iż zakon łowiecki to coś więcej niż zwykłe zrzeszenie pod jednym sztandarem istot odkrywających świat bestii i ich pochodnych, ale nigdy nie przyszło mu na myśl że to regularne nieoficjalne wojsko.
Kiedy tak patrzał na zbiórkę roztrząsając, co tu właściwie robi? i że właściwie się do tego nie nadaje. Odniósł nieprzyjemne wrażenie, jakby coś przeszywało jego duszę na wylot ostrym, lodowym sztyletem. Odwrócił się i musiał powstrzymać się, by nie odskoczyć od obserwatora.
Wysoki, smukły jak trzcinka jegomość wyrósł przed nim jakby spod ziemi, rzadko się zdarzało by Leiru nie słyszał, że coś za nim chodzi. Uznał jednak iż to zwyczajna sztuka, której tutaj uczą - to go znacznie uspokoiło.
Kolejną falę niepokoju, przyniósł sam wygląd nieznajomego. Jego twarz, jakby wyciągnięta z jednolitego kawałka szarego marmuru, bez najmniejszego drgnięcia mięśni tkwiła ponad treserem niewzruszona jego zachowaniem. Zdawało mu się, że ktoś postawił przy nim pomnik, jakiegoś znamienitego łowcy, gdyby nie jedyna oznaka życia jaka tliła się w wąskich oczach o ostrym błękitnym odcieniu.
Jeżeli Leiru, miałby je jakoś opisać i choć nie był pozbawionym zdolności rozróżniania odcieni samcem, powiedziałby że tak wygląda siarczysty mróz. Groźny błysk w oczach nieruchomej postaci, zdawał się jedynie potwierdzać jego obawę, że to skry z rozpalonego ogniska ze środka mroźnej, wschodniej tajgi.
Płowe, siniejące przy końcówkach włosy sięgały ledwie do połowy ucha jegomościa. Nieco poniżej organu słuchowego, stał dobrze odprasowany, szeroki kołnierz z czarnego materiału wyszyty wściekle zielonym i ciemno złotym kolorem.
Do tej pory tłumiony, głęboko ukryty wewnętrzny instynkt Leiru znów dał o sobie znać i nakazał zachować ostrożność, podpowiadając przyszłemu łowcy, że te różnorakie wzory z pozoru wyglądające na ciekawy motyw impresjonizmu artystycznego, są tak naprawdę wzmocnieniem magicznym.
-Zapowiedziano Nam Cię. -odezwała się istota-posąg. -Czekałem, aż przyjdziesz i nie raczyłeś się pojawić więc skała wyszła na spotkanie porostowi. -to chyba miał być żart, Leiru jednak go nie pojął. Za to stwierdził, że jego uszy poznały się z nowym dźwiękiem, to był głos tak piękny i jednocześnie obojętny, że nie potrafił go odtworzyć w głowie.
-Przepraszam, zastanawiałem się po co Mnie tu skierowano i tak jakoś... -wzruszył ramionami.
Istota posąg wyprostowała się dostojnie.
-Więc nie wiesz kim jestem? -zapytał dla jasności, Leiru nie musiał odpowiadać doskonale wiedział, że ten drugi znał jego odpowiedź. -Jestem generałem tego zakonu. -powiedział i w tym samym czasie, wyciągnął dłoń z szerokiego rękawa, tkwiło w niej dziwaczne pióro. Dwa lekkie gesty i cichy psalmik, którego nie dosłyszał Leiru i którego ten nawet nie chciał słyszeć, bo i tak pewnie nic by nie zrozumiał. - To wystarczyło, by otuliło ich przyjemne ciepło, zostali otoczeni jakąś ciepłą, jasną chmurą, która na moment oślepiła tresera.
Kiedy opadła, znajdował się na środku... albo raczej po środku wszystkiego. Generał zakonu, właśnie sobie usiadł za zagraconym, masywnym biurkiem. Gabinet - stwierdził Leiru. Panował tu zorganizowany nieład - jak ocenił przyszły łowca, bowiem na pierwszy rzut oka, niektóre rzeczy choć zastawiały podłogę nie walały się i nie poniewierały z innymi przedmiotami.
Jednak porządku nie tworzyły, piętrzyły się - zdawało się - w nieskończoność i wszystko było w ciągłym użytkowaniu.
Dopiero po chwili treser dostrzegł, że pomiędzy stosami książek, papierów i innych przedmiotów krzątają się małe, kosmate istotki. Spostrzegł je dopiero w tedy, kiedy w mroku, pomiędzy księgami błysnęły mu złote ślepia pozbawione białek i źrenic. Wzdrygnął się na ten widok i za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć jak wabią się te potworki.
-Nie bój się, to Beboki. -powiedział generał, widząc jak Leiru przygląda się z dystansu kroczącemu na czterech przeciwstawnych łapach stworzeniu o kosmatym, okrągłym ciałku, zakręconych małych rogach na dwóch stronach łba i dzierżącego dwa pergaminy w przykrótkich, uzbrojonych w trzy patykowate palce łapkach.
-Bebok... -zadumał się. -Przywędrowało to od Diabolikanów? -zapytał, wertując w głowie wszystkie działy swojej wiedzy szukając jakiegoś punktu zaczepienia, które pomogłoby mu dokładniej określić co to za stwór.
Generał kiwnął głową.
-Z tym, że tam występują raczej jako zdziczałe formy i nierzadko są nie tyle większe ale i groźniejsze. Te, które możesz spotkać tutaj, występowały na Ejderahanie jako symbioty. Po jego śmierci zmarłyby z głodu, ale Łowcy zaczęli je badać i wyszło na to, że i bardziej ludzkim istotą są przydatne.
Leiru, zanotował w głowie nowe dane, których słuchał z uwagą. Jednak problematyczny, nijaki głos generała utrudniał sprawę. Skrzywił się przez to, a zaraz odetchnął.
-Co mam robić? -zapytał.
-Uczyć się. Wiesz już kim jest S... -zaczął, a jego oczy rozszerzyły się nagle i na moment. Oparł łokcie o blat biurka, splatając dłonie westchnął. -Tiliki? -zapytał.
-Jeżeli chodzi o to, że znam jej imię oraz to że jest łowcą, to tak. Jeżeli chcesz szczegółowej odpowiedzi, nie umiem jej udzielić.
Pokiwał głową i milczał chwilę.
-Wiedz, że jesteś tu na jej wyraźne polecenie. Mamy zrobić z Ciebie łowce i choćbyś zmarł podczas naszych starań i tak nim zostaniesz. -nagle ton głosu generała, przybrał zupełnie inny dźwięk. Był ostry jak tłuczone szkło i twardy jak diament. Wbił w Leriu swoje spojrzenie. -Jestem generałem, a ty od teraz jesteś trepem. Więc masz mi oddawać honory. Dotarło?
Leiru nie bardzo wiedział co to znaczy, widział kilka razy jak Lupinale salutują. Stwierdziwszy, że o to chodzi generałowi dostawił nogę i przyłożył skraj dłoni do czoła.
Usłyszał głośne westchnienie.
-Za drzwiami czeka Dobrochoczy, zaprowadzi Cię na miejsce spoczynku i powie co i jak. -machnął dłonią, jakby od niechcenia.
Leiru wyszedł mając mętlik w głowie, nie przeszedł dwóch kroków kiedy natknął się na niebieskawego jaszczóroludzia, któremu wyrasta siwa, kozia bródka z krańca pyska.
Westchnął ciężko i podrapał się po głowę, nie mógł za nic dojść o co w Tym wszystkim chodziło... A jeszcze na głowie ciążyła mu ważniejsza zagadka... Gdzie się podział jego rumak wichrów?
Rozejrzał się po placu, ładnie urządzone miejsce - wedle jego oka.
Zapewne gdyby Leiru znał się, choć minimalnie na sztuce szkoleniowej formacji militarnych, zapewne dostrzegłby, iż teren ten nie jest wyposażony w sprzęt rekreacyjny, a taki do szkolenia przyszłych tępicieli dziwnych istot.
Zauważył, że z boku trwa jakaś zbiórka, jego uszu dobiegły dziwne komendy, wyrazy uznania i reprymenda. Ciarki go przeszły i skulił się w sobie, nie był typem osoby przepadającej za mundurem. Szczerze powiedziawszy, nie miał pojęcia że tak to wygląda - miał świadomość, iż zakon łowiecki to coś więcej niż zwykłe zrzeszenie pod jednym sztandarem istot odkrywających świat bestii i ich pochodnych, ale nigdy nie przyszło mu na myśl że to regularne nieoficjalne wojsko.
Kiedy tak patrzał na zbiórkę roztrząsając, co tu właściwie robi? i że właściwie się do tego nie nadaje. Odniósł nieprzyjemne wrażenie, jakby coś przeszywało jego duszę na wylot ostrym, lodowym sztyletem. Odwrócił się i musiał powstrzymać się, by nie odskoczyć od obserwatora.
Wysoki, smukły jak trzcinka jegomość wyrósł przed nim jakby spod ziemi, rzadko się zdarzało by Leiru nie słyszał, że coś za nim chodzi. Uznał jednak iż to zwyczajna sztuka, której tutaj uczą - to go znacznie uspokoiło.
Kolejną falę niepokoju, przyniósł sam wygląd nieznajomego. Jego twarz, jakby wyciągnięta z jednolitego kawałka szarego marmuru, bez najmniejszego drgnięcia mięśni tkwiła ponad treserem niewzruszona jego zachowaniem. Zdawało mu się, że ktoś postawił przy nim pomnik, jakiegoś znamienitego łowcy, gdyby nie jedyna oznaka życia jaka tliła się w wąskich oczach o ostrym błękitnym odcieniu.
Jeżeli Leiru, miałby je jakoś opisać i choć nie był pozbawionym zdolności rozróżniania odcieni samcem, powiedziałby że tak wygląda siarczysty mróz. Groźny błysk w oczach nieruchomej postaci, zdawał się jedynie potwierdzać jego obawę, że to skry z rozpalonego ogniska ze środka mroźnej, wschodniej tajgi.
Płowe, siniejące przy końcówkach włosy sięgały ledwie do połowy ucha jegomościa. Nieco poniżej organu słuchowego, stał dobrze odprasowany, szeroki kołnierz z czarnego materiału wyszyty wściekle zielonym i ciemno złotym kolorem.
Do tej pory tłumiony, głęboko ukryty wewnętrzny instynkt Leiru znów dał o sobie znać i nakazał zachować ostrożność, podpowiadając przyszłemu łowcy, że te różnorakie wzory z pozoru wyglądające na ciekawy motyw impresjonizmu artystycznego, są tak naprawdę wzmocnieniem magicznym.
-Zapowiedziano Nam Cię. -odezwała się istota-posąg. -Czekałem, aż przyjdziesz i nie raczyłeś się pojawić więc skała wyszła na spotkanie porostowi. -to chyba miał być żart, Leiru jednak go nie pojął. Za to stwierdził, że jego uszy poznały się z nowym dźwiękiem, to był głos tak piękny i jednocześnie obojętny, że nie potrafił go odtworzyć w głowie.
-Przepraszam, zastanawiałem się po co Mnie tu skierowano i tak jakoś... -wzruszył ramionami.
Istota posąg wyprostowała się dostojnie.
-Więc nie wiesz kim jestem? -zapytał dla jasności, Leiru nie musiał odpowiadać doskonale wiedział, że ten drugi znał jego odpowiedź. -Jestem generałem tego zakonu. -powiedział i w tym samym czasie, wyciągnął dłoń z szerokiego rękawa, tkwiło w niej dziwaczne pióro. Dwa lekkie gesty i cichy psalmik, którego nie dosłyszał Leiru i którego ten nawet nie chciał słyszeć, bo i tak pewnie nic by nie zrozumiał. - To wystarczyło, by otuliło ich przyjemne ciepło, zostali otoczeni jakąś ciepłą, jasną chmurą, która na moment oślepiła tresera.
Kiedy opadła, znajdował się na środku... albo raczej po środku wszystkiego. Generał zakonu, właśnie sobie usiadł za zagraconym, masywnym biurkiem. Gabinet - stwierdził Leiru. Panował tu zorganizowany nieład - jak ocenił przyszły łowca, bowiem na pierwszy rzut oka, niektóre rzeczy choć zastawiały podłogę nie walały się i nie poniewierały z innymi przedmiotami.
Jednak porządku nie tworzyły, piętrzyły się - zdawało się - w nieskończoność i wszystko było w ciągłym użytkowaniu.
Dopiero po chwili treser dostrzegł, że pomiędzy stosami książek, papierów i innych przedmiotów krzątają się małe, kosmate istotki. Spostrzegł je dopiero w tedy, kiedy w mroku, pomiędzy księgami błysnęły mu złote ślepia pozbawione białek i źrenic. Wzdrygnął się na ten widok i za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć jak wabią się te potworki.
-Nie bój się, to Beboki. -powiedział generał, widząc jak Leiru przygląda się z dystansu kroczącemu na czterech przeciwstawnych łapach stworzeniu o kosmatym, okrągłym ciałku, zakręconych małych rogach na dwóch stronach łba i dzierżącego dwa pergaminy w przykrótkich, uzbrojonych w trzy patykowate palce łapkach.
-Bebok... -zadumał się. -Przywędrowało to od Diabolikanów? -zapytał, wertując w głowie wszystkie działy swojej wiedzy szukając jakiegoś punktu zaczepienia, które pomogłoby mu dokładniej określić co to za stwór.
Generał kiwnął głową.
-Z tym, że tam występują raczej jako zdziczałe formy i nierzadko są nie tyle większe ale i groźniejsze. Te, które możesz spotkać tutaj, występowały na Ejderahanie jako symbioty. Po jego śmierci zmarłyby z głodu, ale Łowcy zaczęli je badać i wyszło na to, że i bardziej ludzkim istotą są przydatne.
Leiru, zanotował w głowie nowe dane, których słuchał z uwagą. Jednak problematyczny, nijaki głos generała utrudniał sprawę. Skrzywił się przez to, a zaraz odetchnął.
-Co mam robić? -zapytał.
-Uczyć się. Wiesz już kim jest S... -zaczął, a jego oczy rozszerzyły się nagle i na moment. Oparł łokcie o blat biurka, splatając dłonie westchnął. -Tiliki? -zapytał.
-Jeżeli chodzi o to, że znam jej imię oraz to że jest łowcą, to tak. Jeżeli chcesz szczegółowej odpowiedzi, nie umiem jej udzielić.
Pokiwał głową i milczał chwilę.
-Wiedz, że jesteś tu na jej wyraźne polecenie. Mamy zrobić z Ciebie łowce i choćbyś zmarł podczas naszych starań i tak nim zostaniesz. -nagle ton głosu generała, przybrał zupełnie inny dźwięk. Był ostry jak tłuczone szkło i twardy jak diament. Wbił w Leriu swoje spojrzenie. -Jestem generałem, a ty od teraz jesteś trepem. Więc masz mi oddawać honory. Dotarło?
Leiru nie bardzo wiedział co to znaczy, widział kilka razy jak Lupinale salutują. Stwierdziwszy, że o to chodzi generałowi dostawił nogę i przyłożył skraj dłoni do czoła.
Usłyszał głośne westchnienie.
-Za drzwiami czeka Dobrochoczy, zaprowadzi Cię na miejsce spoczynku i powie co i jak. -machnął dłonią, jakby od niechcenia.
Leiru wyszedł mając mętlik w głowie, nie przeszedł dwóch kroków kiedy natknął się na niebieskawego jaszczóroludzia, któremu wyrasta siwa, kozia bródka z krańca pyska.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)