Cóż miał zrobić? ledwie odpowiedział, że się zgadza, a Ejja już prowadziła go pod furtę zakonu.
Westchnął ciężko i podrapał się po głowę, nie mógł za nic dojść o co w Tym wszystkim chodziło... A jeszcze na głowie ciążyła mu ważniejsza zagadka... Gdzie się podział jego rumak wichrów?
Rozejrzał się po placu, ładnie urządzone miejsce - wedle jego oka.
Zapewne gdyby Leiru znał się, choć minimalnie na sztuce szkoleniowej formacji militarnych, zapewne dostrzegłby, iż teren ten nie jest wyposażony w sprzęt rekreacyjny, a taki do szkolenia przyszłych tępicieli dziwnych istot.
Zauważył, że z boku trwa jakaś zbiórka, jego uszu dobiegły dziwne komendy, wyrazy uznania i reprymenda. Ciarki go przeszły i skulił się w sobie, nie był typem osoby przepadającej za mundurem. Szczerze powiedziawszy, nie miał pojęcia że tak to wygląda - miał świadomość, iż zakon łowiecki to coś więcej niż zwykłe zrzeszenie pod jednym sztandarem istot odkrywających świat bestii i ich pochodnych, ale nigdy nie przyszło mu na myśl że to regularne nieoficjalne wojsko.
Kiedy tak patrzał na zbiórkę roztrząsając, co tu właściwie robi? i że właściwie się do tego nie nadaje. Odniósł nieprzyjemne wrażenie, jakby coś przeszywało jego duszę na wylot ostrym, lodowym sztyletem. Odwrócił się i musiał powstrzymać się, by nie odskoczyć od obserwatora.
Wysoki, smukły jak trzcinka jegomość wyrósł przed nim jakby spod ziemi, rzadko się zdarzało by Leiru nie słyszał, że coś za nim chodzi. Uznał jednak iż to zwyczajna sztuka, której tutaj uczą - to go znacznie uspokoiło.
Kolejną falę niepokoju, przyniósł sam wygląd nieznajomego. Jego twarz, jakby wyciągnięta z jednolitego kawałka szarego marmuru, bez najmniejszego drgnięcia mięśni tkwiła ponad treserem niewzruszona jego zachowaniem. Zdawało mu się, że ktoś postawił przy nim pomnik, jakiegoś znamienitego łowcy, gdyby nie jedyna oznaka życia jaka tliła się w wąskich oczach o ostrym błękitnym odcieniu.
Jeżeli Leiru, miałby je jakoś opisać i choć nie był pozbawionym zdolności rozróżniania odcieni samcem, powiedziałby że tak wygląda siarczysty mróz. Groźny błysk w oczach nieruchomej postaci, zdawał się jedynie potwierdzać jego obawę, że to skry z rozpalonego ogniska ze środka mroźnej, wschodniej tajgi.
Płowe, siniejące przy końcówkach włosy sięgały ledwie do połowy ucha jegomościa. Nieco poniżej organu słuchowego, stał dobrze odprasowany, szeroki kołnierz z czarnego materiału wyszyty wściekle zielonym i ciemno złotym kolorem.
Do tej pory tłumiony, głęboko ukryty wewnętrzny instynkt Leiru znów dał o sobie znać i nakazał zachować ostrożność, podpowiadając przyszłemu łowcy, że te różnorakie wzory z pozoru wyglądające na ciekawy motyw impresjonizmu artystycznego, są tak naprawdę wzmocnieniem magicznym.
-Zapowiedziano Nam Cię. -odezwała się istota-posąg. -Czekałem, aż przyjdziesz i nie raczyłeś się pojawić więc skała wyszła na spotkanie porostowi. -to chyba miał być żart, Leiru jednak go nie pojął. Za to stwierdził, że jego uszy poznały się z nowym dźwiękiem, to był głos tak piękny i jednocześnie obojętny, że nie potrafił go odtworzyć w głowie.
-Przepraszam, zastanawiałem się po co Mnie tu skierowano i tak jakoś... -wzruszył ramionami.
Istota posąg wyprostowała się dostojnie.
-Więc nie wiesz kim jestem? -zapytał dla jasności, Leiru nie musiał odpowiadać doskonale wiedział, że ten drugi znał jego odpowiedź. -Jestem generałem tego zakonu. -powiedział i w tym samym czasie, wyciągnął dłoń z szerokiego rękawa, tkwiło w niej dziwaczne pióro. Dwa lekkie gesty i cichy psalmik, którego nie dosłyszał Leiru i którego ten nawet nie chciał słyszeć, bo i tak pewnie nic by nie zrozumiał. - To wystarczyło, by otuliło ich przyjemne ciepło, zostali otoczeni jakąś ciepłą, jasną chmurą, która na moment oślepiła tresera.
Kiedy opadła, znajdował się na środku... albo raczej po środku wszystkiego. Generał zakonu, właśnie sobie usiadł za zagraconym, masywnym biurkiem. Gabinet - stwierdził Leiru. Panował tu zorganizowany nieład - jak ocenił przyszły łowca, bowiem na pierwszy rzut oka, niektóre rzeczy choć zastawiały podłogę nie walały się i nie poniewierały z innymi przedmiotami.
Jednak porządku nie tworzyły, piętrzyły się - zdawało się - w nieskończoność i wszystko było w ciągłym użytkowaniu.
Dopiero po chwili treser dostrzegł, że pomiędzy stosami książek, papierów i innych przedmiotów krzątają się małe, kosmate istotki. Spostrzegł je dopiero w tedy, kiedy w mroku, pomiędzy księgami błysnęły mu złote ślepia pozbawione białek i źrenic. Wzdrygnął się na ten widok i za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć jak wabią się te potworki.
-Nie bój się, to Beboki. -powiedział generał, widząc jak Leiru przygląda się z dystansu kroczącemu na czterech przeciwstawnych łapach stworzeniu o kosmatym, okrągłym ciałku, zakręconych małych rogach na dwóch stronach łba i dzierżącego dwa pergaminy w przykrótkich, uzbrojonych w trzy patykowate palce łapkach.
-Bebok... -zadumał się. -Przywędrowało to od Diabolikanów? -zapytał, wertując w głowie wszystkie działy swojej wiedzy szukając jakiegoś punktu zaczepienia, które pomogłoby mu dokładniej określić co to za stwór.
Generał kiwnął głową.
-Z tym, że tam występują raczej jako zdziczałe formy i nierzadko są nie tyle większe ale i groźniejsze. Te, które możesz spotkać tutaj, występowały na Ejderahanie jako symbioty. Po jego śmierci zmarłyby z głodu, ale Łowcy zaczęli je badać i wyszło na to, że i bardziej ludzkim istotą są przydatne.
Leiru, zanotował w głowie nowe dane, których słuchał z uwagą. Jednak problematyczny, nijaki głos generała utrudniał sprawę. Skrzywił się przez to, a zaraz odetchnął.
-Co mam robić? -zapytał.
-Uczyć się. Wiesz już kim jest S... -zaczął, a jego oczy rozszerzyły się nagle i na moment. Oparł łokcie o blat biurka, splatając dłonie westchnął. -Tiliki? -zapytał.
-Jeżeli chodzi o to, że znam jej imię oraz to że jest łowcą, to tak. Jeżeli chcesz szczegółowej odpowiedzi, nie umiem jej udzielić.
Pokiwał głową i milczał chwilę.
-Wiedz, że jesteś tu na jej wyraźne polecenie. Mamy zrobić z Ciebie łowce i choćbyś zmarł podczas naszych starań i tak nim zostaniesz. -nagle ton głosu generała, przybrał zupełnie inny dźwięk. Był ostry jak tłuczone szkło i twardy jak diament. Wbił w Leriu swoje spojrzenie. -Jestem generałem, a ty od teraz jesteś trepem. Więc masz mi oddawać honory. Dotarło?
Leiru nie bardzo wiedział co to znaczy, widział kilka razy jak Lupinale salutują. Stwierdziwszy, że o to chodzi generałowi dostawił nogę i przyłożył skraj dłoni do czoła.
Usłyszał głośne westchnienie.
-Za drzwiami czeka Dobrochoczy, zaprowadzi Cię na miejsce spoczynku i powie co i jak. -machnął dłonią, jakby od niechcenia.
Leiru wyszedł mając mętlik w głowie, nie przeszedł dwóch kroków kiedy natknął się na niebieskawego jaszczóroludzia, któremu wyrasta siwa, kozia bródka z krańca pyska.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz