wtorek, 30 października 2018

Intryga 1/2


Leiru, najchętniej by wyszedł ale dziwna siła za którą stał Velnias, nie pozwalała mu na to. Tylko i wyłącznie z powodu nienaturalnej siły szlachcica, treser został.
Odcień barwy oczu poszukiwacza guza, nie był mu obcy. Tak charakterystyczny blask, był przypisywany od wieków jednej profesji…
-Leiru -Velnias, podniósł głos wyrywając tym samym tresera z głębokich rozmyślań. -Jesteś już z nami?
-Nigdzie nie wychodziłem. -mruknął w odpowiedzi. Przez moment trwała cisza, przerwał ją wędrowiec, wychodząc bez słowa. Leiru nie musiał patrzeć na plecy tropiciela skarbów, by w przybliżeniu poznać otaczającą go aurę – co prawda, dawne instynkty dawno w nim zasnęły i można by rzec, że działał po omacku. Jednak jednego był pewien, chłodna i groźna aura spowijająca wędrowca nasuwała mu na myśl istotę dotkniętą likantropią.
Spojrzał ostro w twarz Velniasa, jednak niezwykły spokój malujący się na licu i w oczach szlachcica, powstrzymał tresera od radykalniejszych działań:
-Po co go tu sprowadziłeś? Skąd w ogóle znasz tego cudaka? -przeszedł od razu do rzeczy.
-No proszę, a myślałem że wszystkie zmysły potraciłeś. Jednak coś z fachu przodków zostało co? -powiedział żartobliwie perłowowłosy.
-Mów. -zażądał Leiru i nagle spostrzegł, że nie może się ruszyć. Spojrzał na swoją rękę, którą jeszcze przed chwilą chciał uderzyć w stół. Zaraz obrócił spojrzenie w pogodne lico szlachcica, tym razem dostrzegł w jego stalowych oczach iskrę żaru.
Velnias, z nadspodziewanym spokojem nabił na widelec kawałek soczystej pieczeni, którą mu właśnie przyniesiono. Zjadł kawałek i pomachał palcem przed nosem Leiru:
-Nie tak prędko panie treserze. -powiedział łagodnie i popił pieczeń rapinkom. -Owszem będę mówił, ale od początku, jednak nim zacznę dokończę posiłek.
Leiru, najchętniej by się wyniósł z tamtego miejsca, jednak nie miał ku temu możliwości. Jedyne co mógł teraz zrobić, to zdać się na łaskę Velniasa. Coś wewnątrz niego szeptało – to instynkt. Instynkt, którego za wszelką cenę chciał się pozbyć przez te wszystkie lata. Z jednej strony nie mógł, z drugiej nie chciał się go pozbywać całkowicie, bo wrodzone i lekko podszlifowane zdolności przydawały mu się na co dzień. Udało mu się jednak stłumić dziki ryk pierwotnej siły do cichego szeptu, który przebudzał się w takich chwilach jak ta, w której obecnie się znajdował.
Było coś jeszcze, coś co zaniepokoiło tresera w jednej chwili, tak jakby przeczucie utraty czegoś ważnego. Szlachcic skończył jeść;

-Dobrze więc, porozmawiajmy. -rzekł Velnias, przecierając aksamitną, białą chustką usta. -Jesteś w posiadaniu dziwnej wiadomości mam racje? -jedno skinienie głowy szlachcica wystarczyło by Leiru odzyskał mowę.
-Nic mi o tym nie wiadomo.
-Nie udawaj
Kreikkana. Zdjąłeś pieczęć z pryzmatycznego wróbla. -stwierdził lodowatym tonem szlachcic. Ton jego głosu i jego skrzące się oczy, wywołały niepokój u Leiru. Treser zauważył, że Velnias chce przestraszyć go również swoją aurą, która spowodowała lęk wśród koni i agresywność wśród istot humanoidalnych.
Leiru spojrzał na kelnerkę rzucającą się do gardła awanturującemu się człowiekowi, któremu godności uwłaczała podana mu przed chwilą zupa. Odetchnął:
-Wywołałeś sporo zamieszania. -zauważył jak gdyby od niechcenia.
-Co było w tej wiadomości? Powiesz, to zostawimy Twoje bestie w spokoju. -wysyczał niemal, mówił cicho, ale Leiru słyszał jego słowa doskonale. Właściwie, to teraz usłyszałby muchę przelatującą nad zadem zaniepokojonego Asperi, który rzuca proste zaklęcia tłumiąc niektóre z energii. Roztrzaskałby nos Velniasowi, gdyby tylko mógł się bardziej poruszyć. Usłyszał kroki na swoim podwórzu i niespokojny orli krzyk:
-Co to ma znaczyć?
-Jak to co? Zwykły szantaż. Wyjaw treść wiadomości, albo Twój ukochany skrawek nieba pójdzie z dymem. Oczywiście, jeżeli tajemnica państwowa jest dla Ciebie aż tak ważna… -zaczął Velnias, przeglądając spokojnie kartę alkoholi.
-Wygrałeś… -westchnął.
-Tak szybko się poddajesz? Z Twojego ojca darto pasy, a matkę psy szarpały, a nic nie powiedzieli. -zakpił złośliwie.

-Mnie nie wiąże żadna przysięga, ani poczucie obowiązku. Bo jedyny obowiązek jaki mam, to zajmować się swoimi podopiecznymi i pomagać w ich wychowaniu. -odparł surowo treser.
Szlachcic z niewinnym uśmiechem nachylił się do stołu i oparł brodę o rękę;
-No to otwieraj umysł. -zażądał przyjacielskim tonem.
Leiru bardzo niechętnie spojrzał w oczy szlachcica i zwlekał ze zdjęciem bariery umysłowej. Cały czas nasłuchiwał co dzieje się u niego w gospodarstwie, słyszał jak Felek krzyczy ostrzegawczo na intruza, a ten nie reaguje.
Stoi w bezruchu - domyślił się.

-Tylko ja go powstrzymujee. -przeciągnął melodyjnie.
Treser z obawą i ciężkim sercem otworzył swój umysł, pozwalając wejść do niego szlachcicowi. Podczas transu, był odcięty od bodźców zewnętrznych – minus nieszlifowanych zdolności.
Szlachcic tylko na to czekał, pstryknął palcami pod stołem.
**
Kiedy treser się obudził… nie wiedział za bardzo gdzie, czuł się jak pijany. Ba! jak pijany się zachowywał, kiedy z obolałą głową zdołał przewrócić się na brzuch, a po następnych kilku chwilach (kiedy słońce było już wysoko) spróbował wstać, wyhaftował drewnianą podłogę, w różne wzroki w kolorach bliżej nieokreślonych.
Padł na boku i leżał tak czas jakiś, usiłując dojść do tego gdzie jest i co stało się poprzedniego wieczoru. Nie pamiętał nic, po tym jak postanowił przyjechać do miasta…
Wstał z trudem i przetoczył się do drzwi. Trafił na korytarz, prowadzący do schodów i na dół karczmy.
-Ale zabalowałem… -zaraz jednak momentalnie wytrzeźwiał, usłyszał rżenie Asperi. Wyskoczył na ulice, nikt go nie zatrzymał.
Trudno było się dziwić, gości szynku było niewielu, a i treser wyskoczył jak oparzony, nie zauważył nawet, że ściany są umazane krwią i większość mebli jest poniszczona.
Kiedy wybiegł na ulicę, zobaczył jak kilka osób usiłuje pochwycić rumaka wichrów, na którym dnia poprzedniego przybył do miasta. Magiczna istota opierała się ludziom i jednemu psowatemu, których wysiłki by zarzucić linę na kark pięknego konia paliły na panewce. Leiru niewiele myśląc zagwizdał, wierne zwierze nad podziw zżyte ze swoim opiekunem przetrąciło ludzi i skoczyło ku niemu.
-Co tu się wyprawia? -zapytał treser. -Rozumiem, że nienawidzicie mnie za sam fakt że oddycham. Ale do moich istot nigdy się nie zbliżaliście. -powiedział.
Zgromadzeni odwrócili się do Leiru, poczuł jak cały gniew mieszkańców miasteczka skupia się na jego osobie – palące uczucie.
-Do tej pory… łapać go! -krzyknął ktoś.
Treser nie wiedział co się dzieje, był oszołomiony. Wskoczył na grzbiet swojego wierzchowca. Rzucił okiem na bok, wszędzie walały się trupy, budynki były umazane krwią, a większości ciał brakowało części jak nie tułowia to kończyn.
Nawet zwierzętom się nie upiekło, konie miały połamane kręgosłupy, rozpołowione. Zupełnie tak jakby coś rozerwało je na pół. Inne mniej lub bardziej cudaczne istoty były rozszarpane bądź rozczłonkowane w nienaturalny sposób.
Więcej nie zdołał zauważyć po słowach kobiety z jedną ręką i połową twarzy:
-To wszystko Twoja wina i Twoich bestii!
Nie tracąc czasu, chwycił się srebrzystej grzywy i pozwolił ponieść się Asperi w bezpieczniejsze miejsce.
-Co się mogło stać? -zapytał sam siebie. -Na kolczaste jaja Rinvita! -zaklął siarczyście, a rumak wichrów zarżał i wierzgnął.
Skierował go zbyt gwałtownie na swoje gospodarstwo, ale nie mogło inaczej być… kiedy znalazł się blisko, zeskoczył z grzbietu, a pożar w jego domostwie, właśnie dogasał.

___

Rinvit, Rugiewit lub Rujewit – bóstwo połabskiego plemienia Ranów, znane z relacji Saksa Gramatyka. Pod imieniem Rinvit wzmiankuje go  Knýtlinga saga.
Czczony w Gardźcu

niedziela, 28 października 2018

Targ

Leiru musiał w końcu wyjść z domu, studiowanie zachowań nowego podopiecznego i prowadzenie interesów z poszukiwaczami skarbów.
Dzień rozpoczęcia targów w mieście, był idealną okazją do tego by odpocząć od szarej rzeczywistości. Nie mógł pojawić się w mieście na gryfie, bo i bez niego wszyscy unikali tresera jak trędowatego.
-Leiru, jednak się zjawiłeś. -u boku szatyna zjawił się Velnias.
Treser, obdarzył go krótkim spojrzeniem aby zaraz przyspieszyć kroku.
-Unikasz mnie?
-Nie, dla tego staram się na Ciebie nie wpaść. -westchnął Leiru.
-Jak chcesz. -wzruszył ramionami. -Ale jak skończysz załatwiać swoje sprawy, wpadnij do karczmy „Trzepnięty rozum” prawdopodobnie, będę miał dla Ciebie kolejne intratny interes i to bardziej od poprzednich. -szlachcic klepnął tresera w ramię. Leiru, nie zdążył odpowiedzieć, kiedy się odwrócił Velniasa już nie było; treser przez większość swojego żywota zastanawiał się jak On to robi. Velnias mógł się pojawiać gdzie i kiedy chciał i znikał z równą temu łatwością, szatyn głowił się jeszcze nad jedną kwestią. Znał Velniasa od prawie trzydziestu lat, a wydawało się że szlachcic nic się nie zmienił od pierwszego spotkania. Perłowe włosy niespopielały, stalowe oczy nie zmętniały, a gładkie lico przyprószyło się jedynie kilkoma zmarszczkami, tak jakby ząb czasu jedynie nieznacznie kłapnął obok niego.

Nie zamartwiał się jednak tym dłużej, bowiem nie od dziś było wiadomo że władcy prowincji byli uklejeni z zupełnie innej gliny niż pospolici mieszkańcy, a już z zupełnie innej niż Leiru. Treser, ruszył na targowisko, które z rynku powoli rozpływało się po całym mieście – i tak przez tydzień.
Targ w 
Koer-kibuvits, był jednym z największych wydarzeń w tej części frakcji, można tu było znaleźć towary z całego kontynentu, a jak ktoś bardzo uparcie szukał to mógł trafić nawet na towary z centralnego punktu mapy świata. Sprowadzanie rzeczy z tamtego regionu, było surowo zakazane, a gwardziści pilnie szukali takowych rzeczy… ale jakich? Pani światła, dopilnowała by sporządzono rysunki najbardziej popularnych gatunków fauny, flory a także zasobów naturalnych, które występowały najbliżej granic z frakcją „błogosławionych” co znajdowało się na liście? wiedzieli o tym tylko specjaliści od przeszukiwania targów.
Strażnicy litery prawa, byli podobni do wilkołaków. Posiadali podobnie długie pyski, a także wilczą sierść oraz wilcze tylne łapy i to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o pokrewieństwo z likantropami. Sierść tych nietuzinkowych strażników, wyróżniała się barwą – mieniąc się odcieniami błękitów i szarości.
To bardzo mądre i dostojne humanoidy z łagodnym i dobrotliwym usposobieniem. Jednak sprowokowane, posuną się do najgorszych czynów i zrobią użytek ze szpad których przeważnie noszą po parze, każdą z jednej strony biodra.
Leiru, fascynował się nimi. Nie widział ich jak był dzieckiem, można powiedzieć że zjawiły się nagle po przejęciu władzy przez Panią światła, tak jak kilka innych gatunków stworzeń. Treser, zawsze kłaniał się psowatym, co spotykało się z odzewem, jednak z mało którym mógł się dogadać.
Lupinale – bo tak nazywały się te stwory. Mówiły trzema językami, dwóch z nich Leiru nigdy nie poznał, a z jednego znał nieliczne słowa, które i tak wymawiał błędnie.

Westchnął ciężko, zakupił kilka rodzai uprzęży i lonży treningowych u stałego kupca.
-Widzę, że interes rozkwitł.
-Zawsze biorę po kilka sztuk wszystkiego co masz. No może poza liną od Leśnych gończych. Asperi już prawie udomowione. -oznajmił z zadowoleniem.

Kupiec, wytrzeszczył oczy ze zdumienia i pokiwał głową.
-No, to winszuje. Rumaka wichrów oswoić to nie byle sztuka. heh… -zaśmiał się i oparł o swój kram, kiedy Leiru się pakował. -Ostatnim razem sądziłem, że marnujesz się w tym fachu, ale teraz muszę odszczekać te słowa. -przyznał, drapiąc się z frasunkiem po głowie.
-I gdzie bym się podział gdyby nie tresura? -zapytał.
-Tacy jak Ty, są potrzebni i znalazłbyś pracę na każdym rogu. -przyznał kupiec. -Trzymaj się Leiru, odwiedź mnie później.

-Jasne, dzięki. -uśmiechnął się treser i zarzucając pakunek na plecy, poszedł w swoją stronę. Nie było większości kupców, od których zamawiał składniki na pasze, więc poszedł na razie wrócił do domu, tylko po to, by zaraz usiąść na wzgórzu, gdzie miał widok na miasteczko, w którym powoli migotały światła i w dal na Góry lodu, jakie wydawały się sine na tle z lekka zachmurzonego nieba.
Pomyślał sobie w tej chwili o swoim Asperi, czy też rumaku wichrów jak określali je niektórzy.

Na pierwszy rzut oka wydawały się przepięknymi, acz zwykłymi końmi, maści białej, szarej lub ciemnobrązowej ale zawsze z bujną grzywą; srebrną, jasno szarą bądź białą, takież samo umaszczenie włosia wyrastało im na pęcinach przednich kopyt stworzenia.
W przeciwieństwie do zwykłych koni, Asperi są inteligentnymi magicznymi bestiami, żyjącymi w wiecznym zimnie
niedostępnych górskich szczytów, gdzie galopują po lodowcach i poprzez mroźne niebiosa. Chwytając wiatr i lecąc wraz z nim, osiągają większą prędkość od zwykłego lotu. Dzięki tej zdolności mają przydomek „rumaków wichrów” O zgrozo, te stworzenia śmiertelnie nie lubią gryfów ani hipogryfów, przez co Leiru, miał problemy z wychowaniem Asperi.
**
Po chwili rozmyślań, treser podjął decyzje o ponownym zawitaniu do miasta. Nie specjalnie miał ochotę, by widzieć się z Velniasem, ale był też ciekaw co szlachcic mu powie.
Przemył ogorzałą słońcem i wyżłobioną wiatrem, pobliźnioną twarz, na której młodość dogasała, pozostawiając nikły ślad w szafirowych oczach. Całe to rozmyślanie o swoim rumaku wichrów i niechęć do wzbudzania sensacji, sprawiła że dosiadł niesfornego konia i unosząc się na nim, pogalopował na wietrze, niosącym ostry zapach lodowatego deszczu.
„Trzepnięty rozum” karczma mająca w szyldzie kieliszek wina i czaszkę z tęczowymi gałami wychodzącymi z oczodołów, była ulokowana w jednej z bocznych uliczek.
Leiru nie miał problemu, by rozpoznać perłowłosego mężczyznę. Ktoś towarzyszył szlachcicowi, zamaskowana postać, oparta o ścianę z wyciągniętymi nogami na ławie.
-Jak rozumiem, to jest interesant? -treser od razu przeszedł do rzeczy.
-Nie, przywitasz się nawet? -odpowiedział pytaniem, Velnia.
-Po co? lepiej, by wyszło gdyby stała tutaj już zamówiona Rapinka. -przyznał, siadając na przeciw szlachcica.
Velenias zaśmiał i pokręcił głową;
-Z wiekiem robisz się coraz bardziej szorstki. -przyznał i zamachał do jednej z kelnerek, którą była nieduża istotka pokryta błękitną łuską i z cieniutkim ogonem zakończonym ostrą strzałką. Zaraz przyniosła zamówiony trunek – specjalność wśród ludów, żyjących na wschodnich kresach frakcji. Mocne draństwo o posmaku nizinnego owocu drzew, które kiedyś zamieszkiwały półki skalne i posiadających własną świadomość. Pozwalały niekiedy, smagłym istotą ze wschodu zbierać swoje owoce o ile Ci byli dla nich dobrzy.
-Musimy omówić bardzo istotną kwestię Leiru, zarówno ja jaki mój przyjaciel. -Velnias, wskazał na zamaskowanego towarzysza, ten jak na komendę usiadł poprawnie i uniósł lekko kaptur spod którego lśnił jakby zielony płomień jadeitowych oczu;
-jestem Seizetsu… -przedstawił się stłumionym przez bandankę, zakrywającą jego twarz głosem.
-Ooo… -wydusił treser i milczał dłuższą chwilę. -Jakiego wierzchowca mam wytresować? -zapytał od razu.

czwartek, 25 października 2018

Początek niechcianej przygody 2/2

Wśród lekkich białych obłoczków na błękitnym niebie, Leiru sunął wśród nich na grzbiecie wiernego gryfa.
-I co ja mam zrobić? -westchnął, Felek spojrzał na niego bystrze i wzniósł się zaraz ponad chmury. Treser, aby się utrzymać musiał wsunąć bardziej dłonie pod specjalnie przystosowaną uzdę i niemal stanąć w strzemionach, twarzą ryjąc w pierzu porastającym głowę swojego towarzysza.
Zrobiło się znacznie chłodniej, Leiru na moment stracił całkowicie dech, ale dzięki temu mógł podziwiać przepiękną gamę barw nocnego nieba, które zaczynało się na ciemnym błękicie, przechodziło w romantyczny kobalt nad jego głową i czarną jak musta kahvi; specjalność mieszkańców pustyni. Musta kahvi, był naparem dodającym siły i sprawiał, że rany szybciej się goiły. Leiru, nie znał wielu zastosowań tego naparu, dla niego liczył się najbardziej smak i aromat, który lubił urozmaicać w różne dodatki.
Felek zanurkował i zaraz powrócili na właściwy do życia pułap. Treser z ulgą zaczerpnął tchu pełną piersią, takie chwilowe oderwanie się od rzeczywistości było przyjemne. Chciał jeszcze zrobić okrążenie nad prowincją, ale coś poczuł – jego nad wyraz wyczulone zmysły, podniosły w jego głowie alarm.
-Wracamy do domu. -dość delikatnie, acz stanowczo naciągnął uzdę i strzemię w prawo. Gryf krzyknął jak orzeł i udrapał powietrze, jakby chciał rozszarpać powietrze. Zanurkował ostro i skierował się od razu do celu.
**

Zeskoczył z grzbietu swojego gryfa i wbiegł od razu do domu, zdziwiona bestia przekręciła parę razy łbem i zaraz ruszyła za nim.
Leiru, chwycił za nóż pozostawiony na parapecie.
-Na zwiędłą rosiczkę w spodniach Gerovita! -wykrzyczał, widząc na swoim krześle postawnego mężczyznę o popielatych włosach. Leiru oparł się o ścianę i odetchnął. -Ty… Ty mnie kiedyś wykończysz. -oznajmił. Odetchnął parę razy głęboko. -Velnias… Co, Ty tu robisz? -zapytał w końcu.
-Dawno mnie tu nie było po prostu. -odparł gość. -Siadaj. -zaprosił tresera do stołu.
-Jak masz taki ton, przechodzą mnie ciarki. -zauważył i nieufnie podszedł do przybysza. -Zawsze jak się zjawiasz, coś mi się przytrafia. Ostatnio przyprowadziłeś tego wariata od diabolikańskiego rumaka. -prychnął Leiru, siadając schował nóż. -Więc jaką masz do mnie sprawę tym razem?
-Zabawne... -mruknął mężczyzna o pięknych rysach. -Daruj mi ton… -powiedział i nagle jego głos z pozbawionego wyrazu i wypranego z emocji, zmienił się w przyjacielski.
-Teraz lepiej?
-Znacznie. -przyznał Leiru. -to co chce persona taka Jak Ty, od kogoś takiego jak ja?
-Jesteś dla siebie surowy przyjacielu. -Velnias, wstał i podszedł do małego ptaszka. -Dowiedziałeś się czegoś prawda? -zapytał i obejrzał się na próg, na którym siadł majestatyczny gryf ze spojrzeniem zdradzającym, że jest gotowym do ataku. -Urocze zwierze. -przyznał.
-To wierzchowiec, a nie pierwszy lepszy burek… -mruknął Leiru i sięgnął dłonią po rękojeść noża. -Skąd pomysł, że czegoś się dowiedziałem? Czego mogłem się dowiedzieć, na tym wygwizdowiu? Poza informacją o burzy piaskowej nie mam żadnych wieści ze świata. A co?
-Wydawało mi się, że miałeś niedawno ciekawego gościa… w mieście mówią, że spiskujesz z czarodziejem, który przybył z pustyni.
-Nie...  nie miałem możliwości poznać. Nie oddawał mi wierzchowca, to nie znam. -puścił nóż, wzruszając ramionami. -A czemu mnie o to podejrzewają?
-Myślałem, że Ty mi odpowiesz. A skąd masz tego ptaszka? -zapytał. -Nie widziałem ich … ymm… -zamyślił się, jakby szukał odpowiedniego słowa. -nigdy.
-Sam się zdziwiłem. Był dość powszechny ale, po wielkiej wojnie jak większość stworzeń, po prostu utracił swoje naturalne środowisko, ten gatunek zniknął. -odparł prosto. -Ale wszędzie zdarzają się wyjątki. -podszedł do znajomego i pogłaskał kryształowe stworzenie.
-Skoro nic nie wierz o magu z pustyni, to nie będę Ci przeszkadzał. -spojrzał stalowymi oczami na tresera, aż tego przeszły ciarki. -Pamiętaj, tylko by nie mieszać się w żadne kłopoty, bo nie zagrzejesz tu miejsca.
Gryf skoczył na równe łapy i najeżając się, krzyknął ostrzegawczo na Velniasa, który zbierał się do wyjścia. Leiru wzruszył ramionami na słowa swojego dostojnego gościa, a gestem ręki uspokoił swojego wierzchowca.
-Jego też pilnuj, bo z jego piór zrobię sobie poduszki. -mruknął, włożył kapelusz z szerokim rondem i przechodząc przez próg domu tresera, jakby rozpłynął się w mroku.
Leiru westchnął ciężko i przysiadł obok gryfa, pogłaskał go po łbie:
-Dziwna istota. Ale nie martw się, My tylko pracujemy i nigdy nie wyściubimy nosa z Naszej nowej farmy. -pokrzepił towarzysza.
Położył się dziś obok Feleka i zerkając na połyskującego w mroku, kryształowego ptaszka. Sądząc po odgłosach z dworu, zbierało się na burze, nie mógł zasnąć. Rozmyślał o słowach Velniasa, a jego instynkt podopowiadał mu, że jego przybycie łączyło się w jakimś sensie z przybyciem pryzmatycznego wróbla.
**
Tymczasem, w niewielkim mieście nieopodal farmy Leiru, Velnias wszedł do karczmy, która zapełniła się przybyszami z wielu zakątków przyjeżdżających tu na targ handlowy odbywający się raz na trzy miesiące.
Koer-kibuvits: tak nazywało się owo miasteczko, prężnie rozwijający się punkt na mapie frakcji „błogosławionych” leżało na szlaku, często przecieranym przez różnorakich poszukiwaczy guza czy jak kto woli; pasjonatów zbierania batów przez potwory zamieszkujące Góry lodu i mniej lub bardziej przychylne do życia rejony. W każdym bądź razie, między innymi dzięki poszukiwaczom skarbów miasteczko miało szansę na rozwój.
Jednak rodowici mieszkańcy tego przytulnego skrawka ziemi nie przepadali za takimi wizytatorami i od tego woleli handel i rolnictwo. Pomimo tego, żaden jegomość ubrany w co lepsze ciuchy albo też taki, co to wygląda jakby dopiero wstał z zarzyganej podłogi nie umknął uwadze mieszkańców. W miasteczku zatrzymał się na dłużej jegomość o zasłoniętej twarzy, ubrany w dziwaczny strój niby do walki, ale nie wyglądający na pancerz, z którymi często wędrowali jemu podobni. Od dwóch miesięcy całymi dniami w karczmie nie gadał z nikim, nie przysiadał się, ani też nie załatwiał żadnych sprawunków w okolicznych kramach, nic więc dziwnego że zaczęły w okół jegomościa krążyć różnorakie plotki, a że najmniej lubianą istotą w okolicy był Leiru, szybko doczepiono łatkę że z nim spiskuje.
Mężczyzna o perłowych włosach rozejrzał się po wnętrzu, wypatrzył w koncie sali nietypowego dla tych okolic wizytatora i dosiadł się do niego. Wywołało to nie mały szum, albowiem Velnias, był szanowanym w okolicy szlachcicem i nie podejrzewano go o koligacenie się z takimi wycieruchami.
-Masz coś? -zapytał od razu, przyodziany w ciemne barwy mężczyzna, nie podnosząc nawet wzroku na dostojnego wzroku.
-Gońcy zostali już wysłani, to potwierdzone. Tego do władcy z gór, odpieczętował łowca.
Rozmówca Velniasa podniósł na niego oczy.
-Zrobi coś z Tą wiedzą?
-Nie wiem, przypomniałem mu o wiążących nas sprawach i raczej nie ruszy się z miejsca.
Przybysz uderzył w stół otwartą dłonią na tyle mocno, że cała ława podskoczyła a istoty ze stołów obok zamilkli i spojrzeli w kąt sali.
-Błąd. Musimy teraz wykminić jak pchnąć go w świat.
-…ymmm… -Velnias zadumał się głęboko. -Jeżeli wieści są takie same jak do pozostałych, to może wyślemy go do wampirów?
-Próbuj, a ja zdam raport Rakshasy…
___
Leiru - odwrócone imię anioła Uriala
Velnias - -litewska nazwa diabła; Velionis-"umarły". 
  Gerovit - Jarowit (w źródłowych zapisach niem. Gerovit, Herovith)
zachodniosłowiański bóg wojny, czczony w Wołogoszczy i Hobolinie
jego imię powstało z połączenia słów jar(o) – „siła, surowość” oraz wit – „pan”.
Rakshasa - zły duch z Indonezji/bóstwo chciwości. 
Felek - z tureckiego; Niebo

środa, 24 października 2018

Początek niechcianej przygody 1/2

Kiedy wstał nad ranem, przywitał go cichy orli pisk i głuche zwalenie się czegoś ciężkiego na drewniane deski. Odwrócił się i spojrzał w stronę źródła hałasu: Pod ścianą leżał masywny stwór nakryty skrzydłem.
-Dobry gryf… pośpij jeszcze. -powiedział miło, bestia o posturze wielkiego lwa i głowie majestatycznego orła, jakby rozumiała mężczyznę i zgodnie z jego słowami, zasłoniła dziób skrzydłem, przeciągnęła się i nie ruszyła więcej.
-Felek… -pokręcił głową szatyn. Założył swoją, już nieco podniszczoną kapotę, wsunął nogi w lekkie, skórzane buty i wyszedł na podwórze.
Na wschodzie już lekko widniało, zaś nad jego głową już rozciągało się ciemnoniebieskie niebo usłane barwnymi gwiazdami. Ciepły oddech pustyni mieszał się z chłodem nocy, odetchnął głęboko.

Przeszedł przez podwórze zarośnięte krótką, starannie wypielęgnowaną trawą. Kroki kierowały go do kompleksu budynków, wśród których znajdowały się klatki, jezioro, stajnie i kilka zagród.
Im bliżej się znajdował, tym wyraźniej słyszał dziwne odgłosy.
-Wiem, wiem… -mruknął do siebie i skręcił w lewo, nałożył paszy do wiadra. W skład tej odżywczej mieszanki lepiej bliżej nie wnikać, bowiem skład paszy dla każdego tresera były tajemnicą, skrywaną nie rzadko za cenę życia. Wszedł do stajni i kolejno nasypał specjalnej mieszanki do większości żłobów przeważnie stworzeniom koniowatym, choć i od tego było jedno odstępstwo…  
W największym z boksów, przy przeciwległej od wejścia ścianie spał jeszcze smacznie; koniowaty pokryty płytkami z węgla o żelaznych zębach i kopytach, grzywa i ogon miały bardzo nieprzyjemną tendencję do samozapłonu.
Treserowi wierzchowców, nie raz już się oberwało od tej diabolikańskiej bestii. Nie wiedział nawet, skąd jego klient wytrzasnął tego cudaka znaczy, domyślał się skąd… ale jakim cudem przewiózł go przez frakcję Mrocznego lasu i większą część ich krainy, gdzie przewóz stworzeń z obcych krain był wzbroniony? To nurtowało Leiru od kilku miesięcy, ale klient płacił za jego usługę na tyle dużo, by treser nie zaprzątał sobie tym głowy.
Puki ten płonący wierzchowiec spał, mógł spokojnie zająć się resztą, miał tu pegaza, Asperi (na własny użytek), nad którym musiał jeszcze popracować. Zajął się pozostałymi cudami na czterech kopytach.
Kiedy zwierzęta najadły i napiły się, wyprowadził jelenia o szerokich łopatach i lisich uszach, wzrostem dorównywał niedźwiedziowi stojącemu na tylnych łapach.
Pogłaskał wielkie zwierze i westchnął ciężko. Po stajniach przeszedł do zwierząt wodnych, którym napuścił żywego posiłku.
-Czemu zawsze podrzucają mi mięsożerców? -mruknął do siebie, patrząc jak lotpiranie wyskakują z wody, i rzucające się na powrót do niej, by następnie rozszarpać ofiarę. Leiru wyciągnął małego futrzaka, wystawił rękę nad zbiornik wodny i zawołał:

-Tule siia mino kaaslane –wypowiedział nadspodziewanie śpiewnie i melodyjnie, największa spośród lotpiranii odpowiedziała na jego wezwanie i wyfrunęła z wody, jej płetwy były porośnięte nieprzemakalnym pierzem. Kły przystosowane do rozszarpywania ofiar wyrastały z dolnej szczęki, sięgały niemal do wysoko osadzonych czarnych oczu, cóż cała ta ryba przypominała wzrostem większego kota domowego, który musi walczyć z podmiejskimi szczurami.
Ryba rozwarła swoją gębę, Leiru wrzucił tam piszczące, wciąż wierzgające zwierzę w paszczę pływająco-latającej bestii – treser uśmiechnął się zadowolony i pogłaskał bestię po błękitnych łuskach.
-Po co, Twoja pani Cię trzyma?
-Bo rzekomo przewiduje przyszłość. -odparła pirania nieco zachrypniętym głosem.
-Rzekomo? -Leiru, uniósł brew.
-No... nawet ja w to nie wierzę.
-Ale towarzysz. -treser pokręcił głową. -Sprawdźmy Twoje umiejętności. -zaproponował. -Z czego przepowiadasz przyszłość?
-Eeeh... -ryba westchnęła ciężko i wszystko schyliła w geście bezradności. -Z ręki, oczu. i wnętrzności wrogów. -powiedział, a ryba ustawiła się tak, by pokazać swoje mordercze kły w jeszcze bardziej przerażający sposób. Leiru spojrzał na swoje dłonie i pokiwał głową:
-Hmm… no tak. To zostańmy przy oczach. -uśmiechnął się, chowając dłonie za siebie, na wszelki wypadek. Spojrzał rybie w oczy:
Ryba uderzyła się pierzastą płetwą pomiędzy oczy.
-Z kim ja współpracuje…
-To moja kwestia.
-No dobra… dawaj te słodkie gały. -rybostwór podfrunął nieco bliżej i położył krańce płetw na skroniach Leiru i zajrzał w jego oczy. –
hüpnoos… hing… taiplikkus… –wypowiedziała pirania, a jej oczy rozjaśniły się.
-hmm... czeka Cię przygoda, doścignie Cię coś, przed czym uciekasz. -powiedział rybostwór.
-Łee... faktycznie, nic z tego. -stwierdził Leiru i przetarł oczy. -Wracaj do wody, bo przekroczysz swój limit. -powiedział miło czochrając rybę po łbie. Zaraz jednak wyciągnął drugiego, gryzonia i rzucił go piranii. Capnęła go i machając na salut treserowi i wskoczyła z pluskiem do wody.
Kiedy skończył oporządzać resztę stworzeń, słońce było blisko południa.
-Szybko się uwinąłem… -pochwalił sam siebie. Jego gryf, wyszedł na podwórze i prostował wszystkie kości. -To co? Polatamy dzisiaj? -zwrócił się do Feleke. Gryf przysunął ochoczo łeb w ramion tresera, by ten go podrapał. Wysunął zaraz dziób i odsunął od pieszczot, wskazał dziobem fontannę stojącą na uboczu pod dwoma średnimi drzewami:
Leiru podszedł do niej i zdziwił się widokiem małego lśniącego ptaszka. Podniósł go ostrożnie:
-Skądś go znam… Felek… -spojrzał na gryfa. -Chyba dziś odpuścimy sobie lot. Przynajmniej na razie.

***
Leiru opatrzył ptaszka, przynajmniej tyle na ile pozwalała mu obecna wiedza. Siedział przed starymi księgami do późna, znalazł starą rozpadającą się rycinę przedstawiającą pryzmatycznego wróbla w różnych odmianach:
-Wiedziałem… -spojrzał na małego, przeźroczystego ptaszka który doszedł trochę do siebie. Przy każdym ruchu wydawał z siebie dźwięki małych, kryształowych dzwonków.
-Powinieneś wyginąć… nie ma gór, w których żyłeś. -powiedział do siebie. Założył zakładkę do książki i biorąc małego ptaszka, umieścił go na małym drążku. Przechylił głowę. -Ale co Ty tu masz?... -zapytał, przypatrując się dziwnej pieczęci na czole ptaszka. Podjął kilka prób, aż pod wieczór w końcu mu się udało. Usłyszał wtedy polecenie pani światła - władczyni frakcji, skierowane do władcy spod Gór lodu. Otrząsnął się i upadł na podłogę.
-Zajmę się Tobą ponownie, na razie wychodzę. -oznajmił. Cóż, mówienie do zwierząt jest w pracy Leiru niezbędne, to specjalna zdolność treserów wierzchowców i unikatowych zwierząt. 

sobota, 20 października 2018

Prolog

Najpiękniejsza spośród oaz na tej pustyni, w której mieścił się jej klejnot – kryształowy pałac, mieniący się za dnia wszystkimi kolorami od czerwieni rubinów; zamieszczonych na wymyślnych figurach gargulców przedstawionych w postaci pustynnych demonów, przez zieleń szmaragdów zamieszczonych na płaskorzeźbach o wymyślnych kształtach egzotycznych roślin do czystego kryształu, który został obrobiony w ten sposób, aby stanowił oszklenie dachowe w kształcie kopuły.
Zasługa tych cudów tkwiła w pozornych stworzeniach humanoidalnych, które są nie większe od wzrostu siedzącego średniego psa. – Nefe, bo tak nazywali się cudotwórcy jubilerstwa. Z umaszczenia futra przypominali jelenie. Ich sierść była krótka: gładka i jasnobrązowa z odcieniami piaskowymi zaś z postury wilka chodzącego na tylnych łapach.
Przednie łapy mieli przeważnie podkurczone, przez co trzymali je blisko swojej piersi. Jednak kiedy zabierali się do pracy, prostowały się i z pozoru niezdarne stawały się bardzo zręczne i delikatne. Ich pyski lekko wyciągnięte, często ozdobione rdzawym sumiastym wąsem, tuż nad ich nosami mieściły się nieco wyłupiaste, choć wąskie oczy o jaskrawo pomarańczowych białkach i błękitnych źrenicach.
Ta rasa odkryta na nowo po Wielkiej wojnie, bardzo przypadła do gustu Ambriel – Pani światła i nowej władczyni frakcji, błogosławionych” – jak często określa się mieszkańców tej pustynnej części świata.
Więc zapewne dlatego, że miała słabość do błyskotek. W podzięce ten piękny pałac, jaki wznieśli jej w hołdzie Nefe, miała w gronie swoich doradców jednego z przedstawicieli tej rasy.
Ambriel, często narzekała na brak krwawych rozrywek, jakich doznawała przed objęciem tronu, ale pewnego dnia coś się zmieniło, a mianowicie w porze przesilenia letniego w roku 1016 – licząc od czasu zapieczętowania Piekielnej bestii.
W tym, że czasie w sąsiedniej frakcji, brat Ambriel dopiero się przebudził, w wyniku licznych zdarzeń związanych z tamtą chwilą doszło do wykorzystania Zaginionego zaklęcia – jak nazywali je magowie, było to zaklęcie przedstawiciela rasy (twórców owego czaru) sprawiło ono, że księżyc zabarwił się krwią, wywołując szał w każdej istocie zamieszkującej Kontynent.

**
Ta krwawa i niespokojna noc, która zdawała się dla wielu stworzeń trwać wieki, podczas gdy dla Ambriel była okazją do założenia dawno nieużywanego ekwipunku z gwieździstego srebra.
Skąpana w krwawej poświacie księżyca, która lśniła na jej srebrzystej zbroi, odkrywała jej naturę rządną mordu i przesiąkniętej despotyzmem.
Dostojnym krokiem szła przez korytarze pałacu, na których panował nienaturalny rozgardiasz wśród służby. – Ambriel, nie miała nic przeciwko wycinaniu rozkapryszonej hołoty, ale burdelu w pałacu znieść nie mogła. Kiedy pomagier pani światła przyniósł jej lance, stanęła i otworzyła szeroko swoje błękitne oczy, które zdawały się być czystą formą siarczystego mrozu. Obróciła swoją lancą i stuknęła trzonem o marmurową podłogę. – Jej potężna aura, uspokoiła stworzenia w pałacu.
-Tylko, tym zamierzasz zwalczyć bunty? -zapytał, towarzyszący jej Nefe przechylając głowę.
-I mam tracić całą zabawę? Mówisz, jakbyś mnie nie znał, Kołbug. -uśmiechnęła się złowieszczo.
-Ciary przechodzą po owłosionych plecach, kiedy to robisz. -przyznał i się otrząsnął. Szedł za nią dalej. Podskoczył na zakrzywionych łapkach i poprawił jej pancerz nad biodrami. -Jakieś zalecenia?

-Zostań na razie, jak się trochę uspokoi, chce mieć gotowych gońców. Trzeba dowiedzieć się jaki pogrom spotkał moją frakcję w każdej prowincji.
Kołbug, poprawił swoją kapotę w którą był przyodziany i wyprostował się dumie.
-Tak jest, powodzenia Ambriel. -powiedział, uśmiechając się. Pani światła odwzajemniła uśmiech, a jej twarz przybrała miły wyraz.
Kiedy stali przed kryształowymi wrotami pałacu, zdjęła hełm z gabloty i założyła go na perłowe włosy. Hełm z gwiezdnego srebra miał odblask błękitu, to za sprawą szafiru mieszczącego się na środku wysokiego dzwonu. Po bokach stożkowatej części pancerza mieściły się dwa rozpostarte i zadarte w górę skrzydła.
Podniosła dłoń osłoniętą skórzaną rękawicę, żegnając się w ten sposób ze swoim kompanem.
Kiedy Ambriel zniknęła w rozszalałym tłumie mieszkańców oazy skąpanej w krwawych blaskach księżyca. Kołbug, uśmiechnął się zadowolony tak jakby i poszedł do swoich obowiązków.

**
Pani światła, wyżyła się porządnie, po raz pierwszy od wielu lat. Cóż… mogła użyć potężnego zaklęcia i z pomocą swojego smoka zneutralizować działanie księżyca – przynajmniej w części.
Wróciła do pałacu, kiedy wzeszło słońce, od razu po wejściu zaczęła zdejmować uzbrojenie i rzucała je w ręce swojej służby.
-Ale się namęczyłam… -westchnęła ciężko, użyła swojej mocy, by natychmiast przywdziać świeże ciuchy. -Posłańcy gotowi? -zwróciła się do Kołbuga.
-Tak, wszystko w klatkach, gotowe do drogi. -wskazał na nietuzinkowe zwierzęta. -Nie chciałem szykować zwykłych posłów, mogliby paść ofiarą amoku, a silne amulety mogłyby nie pomóc.
-Rozumiem… -Ambriel, obmywała twarz z krwi jaką się ubrudziła podczas wypadu. -Dobrze postąpiłeś. Zapiszę im pytania i podstawowe zalecenia.
Stworzenia psowate, fruwające, pływające w piachu czy kopiące, wyruszyły w głąb frakcji kilka godzin później, a Ambriel zaraz potem ułożyła się do snu.
-Jakby się coś działo, to śmiało mnie obudź. -zaleciła Kołbugowi.
-Oczywiście.
Jeden z posłańców, jakim był mały przeźroczysty ptaszek kierujący się na północ ku górom lodu, będących granicą z frakcją nieumarłych, uległ małej kontuzji i wylądował na farmie wierzchowców…

___
Kołbug; (kłobug) -
w wierzeniach słowiański demon opiekujący się dobytkiem i ogniskiem domowym. Utożsamiany z dusza martwego płodu. Przybierał najczęściej postać zmokłej kury, a także kaczki, gęsi, sroki, wrony, kota, a nawet człowieka.
Wiara w kłobuki żywa była głównie w południowych (polskojęzycznych) rejonach dawnych Prus Wschodnich, przede wszystkim wśród Warmiaków (z południowej Warmii), w mniejszym zakresie wśród Mazurów.
Kłobuka można było sprowadzić do domu, kusząc go jedzeniem lub przygarniając kurczaka. Można także było go sobie "wyhodować", zakopując pod progiem domu poroniony płód, który po siedmiu dniach (według innych podań: miesiącach lub latach) zamieniał się w kłobuka.
Kłobuk dbał o pomnożenie majątku swojego gospodarza. Czynił to jednak, okradając sąsiadów.
Ambriel - Anioł strzegący ludzi przed fałszywymi wiadomościami, plotkami i nieprawdziwymi oskarżeniami.