Leiru, najchętniej by wyszedł ale dziwna siła za którą stał Velnias, nie pozwalała mu na to. Tylko i wyłącznie z powodu nienaturalnej siły szlachcica, treser został.
Odcień barwy oczu poszukiwacza guza, nie był mu obcy. Tak charakterystyczny blask, był przypisywany od wieków jednej profesji…
-Leiru -Velnias, podniósł głos wyrywając tym samym tresera z głębokich rozmyślań. -Jesteś już z nami?
-Nigdzie nie wychodziłem. -mruknął w odpowiedzi. Przez moment trwała cisza, przerwał ją wędrowiec, wychodząc bez słowa. Leiru nie musiał patrzeć na plecy tropiciela skarbów, by w przybliżeniu poznać otaczającą go aurę – co prawda, dawne instynkty dawno w nim zasnęły i można by rzec, że działał po omacku. Jednak jednego był pewien, chłodna i groźna aura spowijająca wędrowca nasuwała mu na myśl istotę dotkniętą likantropią.
Spojrzał ostro w twarz Velniasa, jednak niezwykły spokój malujący się na licu i w oczach szlachcica, powstrzymał tresera od radykalniejszych działań:
-Po co go tu sprowadziłeś? Skąd w ogóle znasz tego cudaka? -przeszedł od razu do rzeczy.
-No proszę, a myślałem że wszystkie zmysły potraciłeś. Jednak coś z fachu przodków zostało co? -powiedział żartobliwie perłowowłosy.
-Mów. -zażądał Leiru i nagle spostrzegł, że nie może się ruszyć. Spojrzał na swoją rękę, którą jeszcze przed chwilą chciał uderzyć w stół. Zaraz obrócił spojrzenie w pogodne lico szlachcica, tym razem dostrzegł w jego stalowych oczach iskrę żaru.
Velnias, z nadspodziewanym spokojem nabił na widelec kawałek soczystej pieczeni, którą mu właśnie przyniesiono. Zjadł kawałek i pomachał palcem przed nosem Leiru:
-Nie tak prędko panie treserze. -powiedział łagodnie i popił pieczeń rapinkom. -Owszem będę mówił, ale od początku, jednak nim zacznę dokończę posiłek.
Leiru, najchętniej by się wyniósł z tamtego miejsca, jednak nie miał ku temu możliwości. Jedyne co mógł teraz zrobić, to zdać się na łaskę Velniasa. Coś wewnątrz niego szeptało – to instynkt. Instynkt, którego za wszelką cenę chciał się pozbyć przez te wszystkie lata. Z jednej strony nie mógł, z drugiej nie chciał się go pozbywać całkowicie, bo wrodzone i lekko podszlifowane zdolności przydawały mu się na co dzień. Udało mu się jednak stłumić dziki ryk pierwotnej siły do cichego szeptu, który przebudzał się w takich chwilach jak ta, w której obecnie się znajdował.
Było coś jeszcze, coś co zaniepokoiło tresera w jednej chwili, tak jakby przeczucie utraty czegoś ważnego. Szlachcic skończył jeść;
-Dobrze więc, porozmawiajmy. -rzekł Velnias, przecierając aksamitną, białą chustką usta. -Jesteś w posiadaniu dziwnej wiadomości mam racje? -jedno skinienie głowy szlachcica wystarczyło by Leiru odzyskał mowę.
-Nic mi o tym nie wiadomo.
-Nie udawaj Kreikkana. Zdjąłeś pieczęć z pryzmatycznego wróbla. -stwierdził lodowatym tonem szlachcic. Ton jego głosu i jego skrzące się oczy, wywołały niepokój u Leiru. Treser zauważył, że Velnias chce przestraszyć go również swoją aurą, która spowodowała lęk wśród koni i agresywność wśród istot humanoidalnych.
Leiru spojrzał na kelnerkę rzucającą się do gardła awanturującemu się człowiekowi, któremu godności uwłaczała podana mu przed chwilą zupa. Odetchnął:
-Wywołałeś sporo zamieszania. -zauważył jak gdyby od niechcenia.
-Co było w tej wiadomości? Powiesz, to zostawimy Twoje bestie w spokoju. -wysyczał niemal, mówił cicho, ale Leiru słyszał jego słowa doskonale. Właściwie, to teraz usłyszałby muchę przelatującą nad zadem zaniepokojonego Asperi, który rzuca proste zaklęcia tłumiąc niektóre z energii. Roztrzaskałby nos Velniasowi, gdyby tylko mógł się bardziej poruszyć. Usłyszał kroki na swoim podwórzu i niespokojny orli krzyk:
-Co to ma znaczyć?
-Jak to co? Zwykły szantaż. Wyjaw treść wiadomości, albo Twój ukochany skrawek nieba pójdzie z dymem. Oczywiście, jeżeli tajemnica państwowa jest dla Ciebie aż tak ważna… -zaczął Velnias, przeglądając spokojnie kartę alkoholi.
-Wygrałeś… -westchnął.
-Tak szybko się poddajesz? Z Twojego ojca darto pasy, a matkę psy szarpały, a nic nie powiedzieli. -zakpił złośliwie.
-Mnie nie wiąże żadna przysięga, ani poczucie obowiązku. Bo jedyny obowiązek jaki mam, to zajmować się swoimi podopiecznymi i pomagać w ich wychowaniu. -odparł surowo treser.
Szlachcic z niewinnym uśmiechem nachylił się do stołu i oparł brodę o rękę;
-No to otwieraj umysł. -zażądał przyjacielskim tonem.
Leiru bardzo niechętnie spojrzał w oczy szlachcica i zwlekał ze zdjęciem bariery umysłowej. Cały czas nasłuchiwał co dzieje się u niego w gospodarstwie, słyszał jak Felek krzyczy ostrzegawczo na intruza, a ten nie reaguje.
Stoi w bezruchu - domyślił się.
-Tylko ja go powstrzymujee. -przeciągnął melodyjnie.
Treser z obawą i ciężkim sercem otworzył swój umysł, pozwalając wejść do niego szlachcicowi. Podczas transu, był odcięty od bodźców zewnętrznych – minus nieszlifowanych zdolności.
Szlachcic tylko na to czekał, pstryknął palcami pod stołem.
Trudno było się dziwić, gości szynku było niewielu, a i treser wyskoczył jak oparzony, nie zauważył nawet, że ściany są umazane krwią i większość mebli jest poniszczona.
Kiedy wybiegł na ulicę, zobaczył jak kilka osób usiłuje pochwycić rumaka wichrów, na którym dnia poprzedniego przybył do miasta. Magiczna istota opierała się ludziom i jednemu psowatemu, których wysiłki by zarzucić linę na kark pięknego konia paliły na panewce. Leiru niewiele myśląc zagwizdał, wierne zwierze nad podziw zżyte ze swoim opiekunem przetrąciło ludzi i skoczyło ku niemu.
-Co tu się wyprawia? -zapytał treser. -Rozumiem, że nienawidzicie mnie za sam fakt że oddycham. Ale do moich istot nigdy się nie zbliżaliście. -powiedział.
Zgromadzeni odwrócili się do Leiru, poczuł jak cały gniew mieszkańców miasteczka skupia się na jego osobie – palące uczucie.
-Do tej pory… łapać go! -krzyknął ktoś.
Treser nie wiedział co się dzieje, był oszołomiony. Wskoczył na grzbiet swojego wierzchowca. Rzucił okiem na bok, wszędzie walały się trupy, budynki były umazane krwią, a większości ciał brakowało części jak nie tułowia to kończyn.
Nawet zwierzętom się nie upiekło, konie miały połamane kręgosłupy, rozpołowione. Zupełnie tak jakby coś rozerwało je na pół. Inne mniej lub bardziej cudaczne istoty były rozszarpane bądź rozczłonkowane w nienaturalny sposób.
Więcej nie zdołał zauważyć po słowach kobiety z jedną ręką i połową twarzy:
-To wszystko Twoja wina i Twoich bestii!
Nie tracąc czasu, chwycił się srebrzystej grzywy i pozwolił ponieść się Asperi w bezpieczniejsze miejsce.
-Co się mogło stać? -zapytał sam siebie. -Na kolczaste jaja Rinvita! -zaklął siarczyście, a rumak wichrów zarżał i wierzgnął.
Skierował go zbyt gwałtownie na swoje gospodarstwo, ale nie mogło inaczej być… kiedy znalazł się blisko, zeskoczył z grzbietu, a pożar w jego domostwie, właśnie dogasał.
___
Rinvit, Rugiewit lub Rujewit – bóstwo połabskiego plemienia Ranów, znane z relacji Saksa Gramatyka. Pod imieniem Rinvit wzmiankuje go Knýtlinga saga.
Czczony w Gardźcu
Odcień barwy oczu poszukiwacza guza, nie był mu obcy. Tak charakterystyczny blask, był przypisywany od wieków jednej profesji…
-Leiru -Velnias, podniósł głos wyrywając tym samym tresera z głębokich rozmyślań. -Jesteś już z nami?
-Nigdzie nie wychodziłem. -mruknął w odpowiedzi. Przez moment trwała cisza, przerwał ją wędrowiec, wychodząc bez słowa. Leiru nie musiał patrzeć na plecy tropiciela skarbów, by w przybliżeniu poznać otaczającą go aurę – co prawda, dawne instynkty dawno w nim zasnęły i można by rzec, że działał po omacku. Jednak jednego był pewien, chłodna i groźna aura spowijająca wędrowca nasuwała mu na myśl istotę dotkniętą likantropią.
Spojrzał ostro w twarz Velniasa, jednak niezwykły spokój malujący się na licu i w oczach szlachcica, powstrzymał tresera od radykalniejszych działań:
-Po co go tu sprowadziłeś? Skąd w ogóle znasz tego cudaka? -przeszedł od razu do rzeczy.
-No proszę, a myślałem że wszystkie zmysły potraciłeś. Jednak coś z fachu przodków zostało co? -powiedział żartobliwie perłowowłosy.
-Mów. -zażądał Leiru i nagle spostrzegł, że nie może się ruszyć. Spojrzał na swoją rękę, którą jeszcze przed chwilą chciał uderzyć w stół. Zaraz obrócił spojrzenie w pogodne lico szlachcica, tym razem dostrzegł w jego stalowych oczach iskrę żaru.
Velnias, z nadspodziewanym spokojem nabił na widelec kawałek soczystej pieczeni, którą mu właśnie przyniesiono. Zjadł kawałek i pomachał palcem przed nosem Leiru:
-Nie tak prędko panie treserze. -powiedział łagodnie i popił pieczeń rapinkom. -Owszem będę mówił, ale od początku, jednak nim zacznę dokończę posiłek.
Leiru, najchętniej by się wyniósł z tamtego miejsca, jednak nie miał ku temu możliwości. Jedyne co mógł teraz zrobić, to zdać się na łaskę Velniasa. Coś wewnątrz niego szeptało – to instynkt. Instynkt, którego za wszelką cenę chciał się pozbyć przez te wszystkie lata. Z jednej strony nie mógł, z drugiej nie chciał się go pozbywać całkowicie, bo wrodzone i lekko podszlifowane zdolności przydawały mu się na co dzień. Udało mu się jednak stłumić dziki ryk pierwotnej siły do cichego szeptu, który przebudzał się w takich chwilach jak ta, w której obecnie się znajdował.
Było coś jeszcze, coś co zaniepokoiło tresera w jednej chwili, tak jakby przeczucie utraty czegoś ważnego. Szlachcic skończył jeść;
-Dobrze więc, porozmawiajmy. -rzekł Velnias, przecierając aksamitną, białą chustką usta. -Jesteś w posiadaniu dziwnej wiadomości mam racje? -jedno skinienie głowy szlachcica wystarczyło by Leiru odzyskał mowę.
-Nic mi o tym nie wiadomo.
-Nie udawaj Kreikkana. Zdjąłeś pieczęć z pryzmatycznego wróbla. -stwierdził lodowatym tonem szlachcic. Ton jego głosu i jego skrzące się oczy, wywołały niepokój u Leiru. Treser zauważył, że Velnias chce przestraszyć go również swoją aurą, która spowodowała lęk wśród koni i agresywność wśród istot humanoidalnych.
Leiru spojrzał na kelnerkę rzucającą się do gardła awanturującemu się człowiekowi, któremu godności uwłaczała podana mu przed chwilą zupa. Odetchnął:
-Wywołałeś sporo zamieszania. -zauważył jak gdyby od niechcenia.
-Co było w tej wiadomości? Powiesz, to zostawimy Twoje bestie w spokoju. -wysyczał niemal, mówił cicho, ale Leiru słyszał jego słowa doskonale. Właściwie, to teraz usłyszałby muchę przelatującą nad zadem zaniepokojonego Asperi, który rzuca proste zaklęcia tłumiąc niektóre z energii. Roztrzaskałby nos Velniasowi, gdyby tylko mógł się bardziej poruszyć. Usłyszał kroki na swoim podwórzu i niespokojny orli krzyk:
-Co to ma znaczyć?
-Jak to co? Zwykły szantaż. Wyjaw treść wiadomości, albo Twój ukochany skrawek nieba pójdzie z dymem. Oczywiście, jeżeli tajemnica państwowa jest dla Ciebie aż tak ważna… -zaczął Velnias, przeglądając spokojnie kartę alkoholi.
-Wygrałeś… -westchnął.
-Tak szybko się poddajesz? Z Twojego ojca darto pasy, a matkę psy szarpały, a nic nie powiedzieli. -zakpił złośliwie.
-Mnie nie wiąże żadna przysięga, ani poczucie obowiązku. Bo jedyny obowiązek jaki mam, to zajmować się swoimi podopiecznymi i pomagać w ich wychowaniu. -odparł surowo treser.
Szlachcic z niewinnym uśmiechem nachylił się do stołu i oparł brodę o rękę;
-No to otwieraj umysł. -zażądał przyjacielskim tonem.
Leiru bardzo niechętnie spojrzał w oczy szlachcica i zwlekał ze zdjęciem bariery umysłowej. Cały czas nasłuchiwał co dzieje się u niego w gospodarstwie, słyszał jak Felek krzyczy ostrzegawczo na intruza, a ten nie reaguje.
Stoi w bezruchu - domyślił się.
-Tylko ja go powstrzymujee. -przeciągnął melodyjnie.
Treser z obawą i ciężkim sercem otworzył swój umysł, pozwalając wejść do niego szlachcicowi. Podczas transu, był odcięty od bodźców zewnętrznych – minus nieszlifowanych zdolności.
Szlachcic tylko na to czekał, pstryknął palcami pod stołem.
**
Kiedy treser się obudził… nie wiedział za bardzo gdzie, czuł się jak pijany. Ba! jak pijany się zachowywał, kiedy z obolałą głową zdołał przewrócić się na brzuch, a po następnych kilku chwilach (kiedy słońce było już wysoko) spróbował wstać, wyhaftował drewnianą podłogę, w różne wzroki w kolorach bliżej nieokreślonych.
Padł na boku i leżał tak czas jakiś, usiłując dojść do tego gdzie jest i co stało się poprzedniego wieczoru. Nie pamiętał nic, po tym jak postanowił przyjechać do miasta…
Padł na boku i leżał tak czas jakiś, usiłując dojść do tego gdzie jest i co stało się poprzedniego wieczoru. Nie pamiętał nic, po tym jak postanowił przyjechać do miasta…
Wstał z trudem i przetoczył się do drzwi. Trafił na korytarz, prowadzący do schodów i na dół karczmy.
-Ale zabalowałem… -zaraz jednak momentalnie wytrzeźwiał, usłyszał rżenie Asperi. Wyskoczył na ulice, nikt go nie zatrzymał. Trudno było się dziwić, gości szynku było niewielu, a i treser wyskoczył jak oparzony, nie zauważył nawet, że ściany są umazane krwią i większość mebli jest poniszczona.
Kiedy wybiegł na ulicę, zobaczył jak kilka osób usiłuje pochwycić rumaka wichrów, na którym dnia poprzedniego przybył do miasta. Magiczna istota opierała się ludziom i jednemu psowatemu, których wysiłki by zarzucić linę na kark pięknego konia paliły na panewce. Leiru niewiele myśląc zagwizdał, wierne zwierze nad podziw zżyte ze swoim opiekunem przetrąciło ludzi i skoczyło ku niemu.
-Co tu się wyprawia? -zapytał treser. -Rozumiem, że nienawidzicie mnie za sam fakt że oddycham. Ale do moich istot nigdy się nie zbliżaliście. -powiedział.
Zgromadzeni odwrócili się do Leiru, poczuł jak cały gniew mieszkańców miasteczka skupia się na jego osobie – palące uczucie.
-Do tej pory… łapać go! -krzyknął ktoś.
Treser nie wiedział co się dzieje, był oszołomiony. Wskoczył na grzbiet swojego wierzchowca. Rzucił okiem na bok, wszędzie walały się trupy, budynki były umazane krwią, a większości ciał brakowało części jak nie tułowia to kończyn.
Nawet zwierzętom się nie upiekło, konie miały połamane kręgosłupy, rozpołowione. Zupełnie tak jakby coś rozerwało je na pół. Inne mniej lub bardziej cudaczne istoty były rozszarpane bądź rozczłonkowane w nienaturalny sposób.
Więcej nie zdołał zauważyć po słowach kobiety z jedną ręką i połową twarzy:
-To wszystko Twoja wina i Twoich bestii!
Nie tracąc czasu, chwycił się srebrzystej grzywy i pozwolił ponieść się Asperi w bezpieczniejsze miejsce.
-Co się mogło stać? -zapytał sam siebie. -Na kolczaste jaja Rinvita! -zaklął siarczyście, a rumak wichrów zarżał i wierzgnął.
Skierował go zbyt gwałtownie na swoje gospodarstwo, ale nie mogło inaczej być… kiedy znalazł się blisko, zeskoczył z grzbietu, a pożar w jego domostwie, właśnie dogasał.
___
Rinvit, Rugiewit lub Rujewit – bóstwo połabskiego plemienia Ranów, znane z relacji Saksa Gramatyka. Pod imieniem Rinvit wzmiankuje go Knýtlinga saga.
Czczony w Gardźcu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz