Dzień rozpoczęcia targów w mieście, był idealną okazją do tego by odpocząć od szarej rzeczywistości. Nie mógł pojawić się w mieście na gryfie, bo i bez niego wszyscy unikali tresera jak trędowatego.
-Leiru, jednak się zjawiłeś. -u boku szatyna zjawił się Velnias.
Treser, obdarzył go krótkim spojrzeniem aby zaraz przyspieszyć kroku.
-Unikasz mnie?
-Nie, dla tego staram się na Ciebie nie wpaść. -westchnął Leiru.
-Jak chcesz. -wzruszył ramionami. -Ale jak skończysz załatwiać swoje sprawy, wpadnij do karczmy „Trzepnięty rozum” prawdopodobnie, będę miał dla Ciebie kolejne intratny interes i to bardziej od poprzednich. -szlachcic klepnął tresera w ramię. Leiru, nie zdążył odpowiedzieć, kiedy się odwrócił Velniasa już nie było; treser przez większość swojego żywota zastanawiał się jak On to robi. Velnias mógł się pojawiać gdzie i kiedy chciał i znikał z równą temu łatwością, szatyn głowił się jeszcze nad jedną kwestią. Znał Velniasa od prawie trzydziestu lat, a wydawało się że szlachcic nic się nie zmienił od pierwszego spotkania. Perłowe włosy niespopielały, stalowe oczy nie zmętniały, a gładkie lico przyprószyło się jedynie kilkoma zmarszczkami, tak jakby ząb czasu jedynie nieznacznie kłapnął obok niego.
Nie zamartwiał się jednak tym dłużej, bowiem nie od dziś było wiadomo że władcy prowincji byli uklejeni z zupełnie innej gliny niż pospolici mieszkańcy, a już z zupełnie innej niż Leiru. Treser, ruszył na targowisko, które z rynku powoli rozpływało się po całym mieście – i tak przez tydzień.
Targ w Koer-kibuvits, był jednym z największych wydarzeń w tej części frakcji, można tu było znaleźć towary z całego kontynentu, a jak ktoś bardzo uparcie szukał to mógł trafić nawet na towary z centralnego punktu mapy świata. Sprowadzanie rzeczy z tamtego regionu, było surowo zakazane, a gwardziści pilnie szukali takowych rzeczy… ale jakich? Pani światła, dopilnowała by sporządzono rysunki najbardziej popularnych gatunków fauny, flory a także zasobów naturalnych, które występowały najbliżej granic z frakcją „błogosławionych” co znajdowało się na liście? wiedzieli o tym tylko specjaliści od przeszukiwania targów.
Strażnicy litery prawa, byli podobni do wilkołaków. Posiadali podobnie długie pyski, a także wilczą sierść oraz wilcze tylne łapy i to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o pokrewieństwo z likantropami. Sierść tych nietuzinkowych strażników, wyróżniała się barwą – mieniąc się odcieniami błękitów i szarości.
To bardzo mądre i dostojne humanoidy z łagodnym i dobrotliwym usposobieniem. Jednak sprowokowane, posuną się do najgorszych czynów i zrobią użytek ze szpad których przeważnie noszą po parze, każdą z jednej strony biodra.
Leiru, fascynował się nimi. Nie widział ich jak był dzieckiem, można powiedzieć że zjawiły się nagle po przejęciu władzy przez Panią światła, tak jak kilka innych gatunków stworzeń. Treser, zawsze kłaniał się psowatym, co spotykało się z odzewem, jednak z mało którym mógł się dogadać.
Lupinale – bo tak nazywały się te stwory. Mówiły trzema językami, dwóch z nich Leiru nigdy nie poznał, a z jednego znał nieliczne słowa, które i tak wymawiał błędnie.
Westchnął ciężko, zakupił kilka rodzai uprzęży i lonży treningowych u stałego kupca.
-Widzę, że interes rozkwitł.
-Zawsze biorę po kilka sztuk wszystkiego co masz. No może poza liną od Leśnych gończych. Asperi już prawie udomowione. -oznajmił z zadowoleniem.
Kupiec, wytrzeszczył oczy ze zdumienia i pokiwał głową.
-No, to winszuje. Rumaka wichrów oswoić to nie byle sztuka. heh… -zaśmiał się i oparł o swój kram, kiedy Leiru się pakował. -Ostatnim razem sądziłem, że marnujesz się w tym fachu, ale teraz muszę odszczekać te słowa. -przyznał, drapiąc się z frasunkiem po głowie.
-I gdzie bym się podział gdyby nie tresura? -zapytał.
-Tacy jak Ty, są potrzebni i znalazłbyś pracę na każdym rogu. -przyznał kupiec. -Trzymaj się Leiru, odwiedź mnie później.
-Jasne, dzięki. -uśmiechnął się treser i zarzucając pakunek na plecy, poszedł w swoją stronę. Nie było większości kupców, od których zamawiał składniki na pasze, więc poszedł na razie wrócił do domu, tylko po to, by zaraz usiąść na wzgórzu, gdzie miał widok na miasteczko, w którym powoli migotały światła i w dal na Góry lodu, jakie wydawały się sine na tle z lekka zachmurzonego nieba.
Pomyślał sobie w tej chwili o swoim Asperi, czy też rumaku wichrów jak określali je niektórzy.
Na pierwszy rzut oka wydawały się przepięknymi, acz zwykłymi końmi, maści białej, szarej lub ciemnobrązowej ale zawsze z bujną grzywą; srebrną, jasno szarą bądź białą, takież samo umaszczenie włosia wyrastało im na pęcinach przednich kopyt stworzenia.
W przeciwieństwie do zwykłych koni, Asperi są inteligentnymi magicznymi bestiami, żyjącymi w wiecznym zimnie niedostępnych górskich szczytów, gdzie galopują po lodowcach i poprzez mroźne niebiosa. Chwytając wiatr i lecąc wraz z nim, osiągają większą prędkość od zwykłego lotu. Dzięki tej zdolności mają przydomek „rumaków wichrów” O zgrozo, te stworzenia śmiertelnie nie lubią gryfów ani hipogryfów, przez co Leiru, miał problemy z wychowaniem Asperi.
**
Po chwili rozmyślań, treser podjął decyzje o ponownym zawitaniu do miasta. Nie specjalnie miał ochotę, by widzieć się z Velniasem, ale był też ciekaw co szlachcic mu powie.
Przemył ogorzałą słońcem i wyżłobioną wiatrem, pobliźnioną twarz, na której młodość dogasała, pozostawiając nikły ślad w szafirowych oczach. Całe to rozmyślanie o swoim rumaku wichrów i niechęć do wzbudzania sensacji, sprawiła że dosiadł niesfornego konia i unosząc się na nim, pogalopował na wietrze, niosącym ostry zapach lodowatego deszczu.
„Trzepnięty rozum” karczma mająca w szyldzie kieliszek wina i czaszkę z tęczowymi gałami wychodzącymi z oczodołów, była ulokowana w jednej z bocznych uliczek.
Leiru nie miał problemu, by rozpoznać perłowłosego mężczyznę. Ktoś towarzyszył szlachcicowi, zamaskowana postać, oparta o ścianę z wyciągniętymi nogami na ławie.
-Jak rozumiem, to jest interesant? -treser od razu przeszedł do rzeczy.
Przemył ogorzałą słońcem i wyżłobioną wiatrem, pobliźnioną twarz, na której młodość dogasała, pozostawiając nikły ślad w szafirowych oczach. Całe to rozmyślanie o swoim rumaku wichrów i niechęć do wzbudzania sensacji, sprawiła że dosiadł niesfornego konia i unosząc się na nim, pogalopował na wietrze, niosącym ostry zapach lodowatego deszczu.
„Trzepnięty rozum” karczma mająca w szyldzie kieliszek wina i czaszkę z tęczowymi gałami wychodzącymi z oczodołów, była ulokowana w jednej z bocznych uliczek.
Leiru nie miał problemu, by rozpoznać perłowłosego mężczyznę. Ktoś towarzyszył szlachcicowi, zamaskowana postać, oparta o ścianę z wyciągniętymi nogami na ławie.
-Jak rozumiem, to jest interesant? -treser od razu przeszedł do rzeczy.
-Nie, przywitasz się nawet? -odpowiedział pytaniem, Velnia.
-Po co? lepiej, by wyszło gdyby stała tutaj już zamówiona Rapinka. -przyznał, siadając na przeciw szlachcica.
Velenias zaśmiał i pokręcił głową;
-Z wiekiem robisz się coraz bardziej szorstki. -przyznał i zamachał do jednej z kelnerek, którą była nieduża istotka pokryta błękitną łuską i z cieniutkim ogonem zakończonym ostrą strzałką. Zaraz przyniosła zamówiony trunek – specjalność wśród ludów, żyjących na wschodnich kresach frakcji. Mocne draństwo o posmaku nizinnego owocu drzew, które kiedyś zamieszkiwały półki skalne i posiadających własną świadomość. Pozwalały niekiedy, smagłym istotą ze wschodu zbierać swoje owoce o ile Ci byli dla nich dobrzy.
-Musimy omówić bardzo istotną kwestię Leiru, zarówno ja jaki mój przyjaciel. -Velnias, wskazał na zamaskowanego towarzysza, ten jak na komendę usiadł poprawnie i uniósł lekko kaptur spod którego lśnił jakby zielony płomień jadeitowych oczu;
-jestem Seizetsu… -przedstawił się stłumionym przez bandankę, zakrywającą jego twarz głosem.
-jestem Seizetsu… -przedstawił się stłumionym przez bandankę, zakrywającą jego twarz głosem.
-Ooo… -wydusił treser i milczał dłuższą chwilę. -Jakiego wierzchowca mam wytresować? -zapytał od razu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz