czwartek, 1 listopada 2018

Intryga 2/2

Stał osłupiały, patrząc na zgliszcza całego swojego dobytku. Stworzenia, które hodował dla siebie były rozszarpane, albo obnażone z całego mięsa do białej kości.
Leiru, stracił wszelką nadzieje na poczucie ciepła bijącego serca, którejkolwiek z bestii kiedy spostrzegł pryzmatycznego ptaszka.
Podszedł do niego i poczuł słabe ciepło bijące spod zwęglonych desek. Nie potrzebował dużej siły, by dostać się do bijącego serca swojego wieloletniego druha.
-Felek... -szepnął i przypadł do łba gryfa. Zwierze miało wyrwaną łapę, a obie przednie złamane pod dziwnym kontem, zupełnie tak jakby coś z nieludzką siłą rozwarł je niemożliwie. Jego skrzydłem i ogonem, trzęsły agonalne dreszcze.
Mętne oczy gryfa zetknęły się z oczami Leiru. Krzyknął niemal niedosłyszalnie, a ciężkie powieki opadły powoli, treser domknął oczy przyjaciela, nie mogąc patrzeć jak ulatuje z nich resztka życia wiernego towarzysza.
Leiru trzymał dłoń na dziobie gryfa, a głowę wzniósł ku niebiosom, odśpiewał psalm, który niesiony lodowatym wichrem pomknął ku zachmurzonemu sklepieniu. Treser chętnie wyprawiłby pogrzeb swojemu najwierniejszemu towarzyszowi, ale nie zdążył dokończyć słów "żegnaj przyjacielu" głaszcząc nieżywego już gryfa, po brudnych piórach, gdy zza wzgórza wychynęła rozwścieczona, zbrojna banda mieszkańców Koer-kibuvits, szła po jego głowę.
Godził się z losem jaki mu szykuje rozbestwiona tłuszcza, gdyby nie mały ptaszek, który z wdzięczności za uratowane życie odwdzięczył się tym samym dla Leiru. Wbił małe kryształowe pazurki w zad Asperi, koń zarżał i rzucił się w opętańczym galopie przed siebie.
Gdyby nie to zajście, pogrążony w rozpaczy Leiru dałby się rozszarpać. A tak, skoczył na równe nogi i rzucił się na rumaka wichrów, by nie wpadł w łapska rozwścieczonej gawiedzi.
Cóż, zapewne magiczna bestia, mogłaby sobie poradzić z ludźmi, jednak ten okaz był na to jeszcze za młody. 

Treser wskoczył na grzbiet siwego konia i chwytając się za grzywę szarpnął ją tak by odbić w bok i móc pognać przed siebie. Nie miał sił, by roztrząsać co się stało oraz kto za tym stoi, wiedział jedynie że już nic nie ma i nie może tu zostać. 
***
Zatrzymał się kiedy rumak wichrów padł na kolana ryjąc nimi w ziemi.
-Nie zauważyłem kiedy się zmęczyłeś. -podniósł się z błota, w które upadł spadając z wierzchowca. Podszedł do bestii i zarzucił na jej grzbiet swój płaszcz, położył dłoń na karku zwierzęcia.
-Przepraszam. Zaraz dostaniesz coś do picia. -pogłaskał rumaka wichrów, rozejrzał się po okolicy, był na skraju lasu, zmieniło się powietrze i cały klimat. Leiru wspiął się na drzewo, nie znał okolicy. Nie było stąd widać nawet zarysów jego rodzinnego miasteczka. Za to z drugiej strony, prawdziwy szok, był bliżej Gór lodu niż się spodziewał, ich szary masyw przeraził go. Do tej pory widywał w ciepłe dni jedynie ich śnieżne szczyty, ginące w najwyższych partiach pod pierzyną z chmur. 
Do jego głowy podleciał skrzący się ptaszek.
-Dawno tu nie byłem... -westchnął. -Czas coś zjeść. -przyznał i zszedł z drzewa. Rumak wichrów spał w najlepsze. 
Leiru rozbił obóz i zaczął rozmyślać... Jedyne wyjście jakie ujrzał w tej sytuacji było pójście dalej i zatrzymać się w najbliższym mieście. O ile dobrze pamiętał miasto pod górami nazywało się Kalnupe, co ze starego języka wampirów lodu oznaczało dosłownie "Pod górą"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz