środa, 28 listopada 2018

Kryształowe miasto 2/3

-Jestem Tilki. -przedstawiła się dziewczyna, gdy tylko Leiru ją dogonił. Jej ton świadczył o zadowoleniu z działań tresera. Dziwnie obco zabrzmiało to imię w uszach Leiru, do tego stopnia że postanowił o to zapytać.
-Miło poznać, Leiru jestem; treser i badacz magicznych bestii. -odparł. -Nie jesteś stąd prawda? -zapytał. -W sensie, że z Tej frakcji.
Odetchnęła na moment się zatrzymując, na tej jakże malowniczej uliczce, której system oświetlenia był taki sam jak w karczmie.
-Jak większość istot z tej frakcji. -odpowiedziała na jego pytanie. -A teraz pozwól, że zabiorę Cię na najwyższe drzewo. -wyciągnęła do niego rękę. -Tylko złap się porządnie mojego ramienia. -przestrzegła.
Prośba dziewczyny wydała mu się dziwna, ale nie wiele myśląc zrobił to o co poprosiła. Obróciła się do niego na moment i tylko w tej jednej, krótkiej chwili dostrzegł chytry błysk w jej oczach zaniepokoił nieco tresera. Miał racje, odrzuciła fragment płaszcza, a spod niego wystrzelił hak zaczepiony o żyłkę. Leiru usiłował dostrzec gdzie się wbił, jednak nim zdążył Tilki uruchomiła mechaniczny kołowrotek i w mgnieniu oka, zwinnie manewrując pomiędzy gałęziami zaczęła ich wciągać.
-No! jesteśmy na miejscu. -oświadczyła puszczając Leiru na wysoko położonym tarasie. Zdziwiła się, że mężczyzna nie odpowiada, a zamiast słów wydaje dziwne odgłosy, odwróciła się do niego.
-Może następnym razem, jak będziesz kogoś gdzieś targać, to będziesz tak lawirować wśród konarów, żeby i pasażerowi się nic nie stało hm? -zironizował, zaczynając wyciągać sobie liście i drobne gałązki z włosów.
-Coś tak czułam, że mnie znosi. -rzuciła odkrywczo, nie za bardzo przejmując się stanem Leiru.
-Yhh... -westchnął nieco zirytowany, wyciągając z włosów ptasie gniazdo. -To mówisz, że to miasto jest mieszaniną nacji z kilku szczepów? -zapytał, doprowadzając się do ładu.
-Dziwi mnie, że nie zauważyłeś. -przyznała szczerze i usiadła wygodnie po zewnętrznej stronie barierki. -Przecież kilka osób już poznałeś.
Zrobił sobie w głowie szybką kartkówkę z ostatnich wydarzeń.
-Ale żadne z nich nie wyglądało na "inną" istotę. Że się tak wyrażę. -przyznał.
-No dobra, to ci muszę nieco rozświetlić w głowie. Ymm.. dajmy na to Leina, to zmiennokształtna, a Ejja to hybryda. Hoe to człowiek, ja również, ale zdecydowana większość Kryształowego miasta to przedstawiciele ras, których pani z diamentowego pałacu nie lubi -odchrząknęła znacząco. -Że tak powiem.
-Kryształowe miasto? -podchwycił.
-Na wszystkie macki Terevena! -zakrzyknęła zdumiona odwracając się do niego na raz. -Nie wyjaśnili Ci nawet tego? -zapytała, wybijając wzrok w ciało tresera. Ten zaskoczony z początku reakcją Tilki, wzruszył zaraz niedbale ramionami.
-Może zamierzali wyjaśnić mi wszystko jak zgodzę się na współpracę?
-To się nie zgodziłeś? -zapytała i na raz, stanęła przed nim potrząsając go za ramiona. Musiał przyznać, miała żelazny uścisk. -Rozum postradałeś nieszczęsny łowco? -tarmosiła go, jak pies szmacianą lalkę.
Zmarszczył brwi i strącając jej dłonie odskoczył od niej.
-Nie jestem łowcą - to po pierwsze, po drugie - chciałem najpierw dowiedzieć się na własną rękę gdzie jestem i co mogę zrobić. Bo w piękne słówka nie wierze dziecino. -powiedział szorstko, poprawiając swoje ubranie. -Więc? wyjaśnisz mi łaskawie, co to za miasto skoro już mnie tu przytachałaś? -zapytał.
Tym razem to Tilki spojrzała zaskoczona nagłą zmianą zachowania Leiru, dopiero po chwili skinęła mu głową. Odetchnęła, przymykając swoje drapieżne ślepia.
-Ale obiecaj, że jakbyś jednak tu nie został to nie wypaplesz nikomu o tym miejscu.
Wywrócił oczami.
-Skoro uważasz to, za konieczne. -odetchnął głęboko widząc jej poważne spojrzenie. -Słowo tresera.
-Tak więc, to miasto nazywane jest kryształowym przez jego założycieli i część najwyższej rady... -zaczęła swoją opowieść.
***
W międzyczasie, Hoe wszedł do izby przeznaczonej dla Leiru myśląc, że w niej przebywa albo ewentualnie na niego poczeka, skoro nie zastał tresera. Rozejrzał się po pomieszczeniu - jako wytrawnemu łowcy, instynkt podopowiadał że coś jest nie tak.
Na małym stoliku, przeniesionym przez Leiru niemal pod same okno zauważył stos kartek. Przejrzał je i stwierdził, że to nic nadzwyczajnego, ot nudziło się młokosowi to zaczął rysować i opisywać zauważone z okna stworzenia.
Jeden z kilku kompletów szkiców, przykuł bardziej jego uwagę. Przedstawił on dziwnego małego ptaszka, może nie zwrócił by na to uwagi, gdyby nie dokładny opis przy rozrysowanych częściach ciała. Nad niektórymi znajdował się podpis "Świecące skrzydła" a poniżej "zastosowanie; ??"
Ten wpis zabił w głowie łowcy ćwieka, bo niby zwierze wyglądało normalnie, aż nie spostrzegł dziwnie uformowanych kresek na piersi - To nie mogły być pióra, w dodatku tak dziwnie podpisane.
Coś zadzwoniło przy oknie, łowca odwrócił się i zastygł w przerażeniu widząc pryzmatycznego wróbla.
Ptaszek przechylił głowę przyglądając się Hoemu z ciekawości, ten zaś podniósł się powoli z krzesła i pochwycił małe stworzenie nim zdążyło odfrunąć.
Posypał go proszkiem z rośliny zwanej Migeasem, a po krótkiej chwili ptaszek słabł, by przy następnej próbie wyrwania się - zasnąć. Migeas - znana w tym regionie roślina, z której wytwarza się między innymi mikstury i wszelakie inne proszki ułatwiające zapadnięcie w sen.
Przyjrzał się ptaszkowi, ale na pierwszy rzut oka, nic w nim nie dostrzegł. Dopiero po chwili dojrzał dziwne zarysowania na jego klatce piersiowej, które Leiru uwzględnił w swoich rysunkach.
Wypadł jak błyskawica z mieszkania Leiru i skierował się prosto do Leiny.
-Przerwałeś mi drzemkę. -otworzyła jedno z gadzich ślepi. Wyciągnęła skrzydła i całą długość swojego wężowego ciała.
-Mamy poważny problem, inaczej bym Cię nie budził. Leiru, jest albo szpiegiem albo jest zamieszany w sporą aferę. Patrz na to. -wyciągnął małego, kryształowego ptaszka z wewnętrznej kieszeni i położył go na stole.
Leina niemal natychmiast przeistoczyła się w człowieka.
-Czy to jest, to co ja myślę? -zapytała przyglądając się śpiącemu ptaszkowi. Natychmiast dostrzegła to, co Hoe spostrzegł dopiero po chwili. Niefachowo zdjęta pieczęć, przykuwała uwagę znawców.
-Trzeba, znaleźć tego tresera. Musi nam to wyjaśnić, zajmij się tym, a ja powiadomię Kryształowych.
-To konieczne? -zapytał Hoe.
-Też wolałabym tego uniknąć, do tych ostrych jak brzytwy ciał mało co dociera. -westchnęła Leina. -Ale musimy to zrobić, jeżeli okaże się że jest w coś zamieszany bardziej niż sądzimy. Władze muszą o tym wiedzieć. -przyznała.
-To łowca, a przynajmniej potomek łowców. Sądzisz, że pani Światła mogłaby go dopuścić do jakiś swoich spraw?
-Nie wiem, teraz już nic nie wiem. Miejmy jednak nadzieje, że nie. A teraz idź po niego, a ja zajmę się konstruktami. -odetchnęła i zamykając migotliwego ptaszka w klatce, poszła przebrać się w stosowniejsze ubranie.
Może gdyby Leiru lepiej zdjął pieczęć i nie uszkodził przy tym małego wysłannik pałacu światłości, może nie byłby tematem rozmów najważniejszych osób w bastionie?

wtorek, 20 listopada 2018

Propozycja

Treser nudził się siedząc samemu pośród czterech ścian, umeblowanie z początku fascynujące bo nowe i w egzotycznych wzorach przedstawiających upierzone wężowe bóstwa i inne opierzone stwory. Leiru bardzo chciał wyjść, ta ochota wzmagała się za każdym razem kiedy siadał wyciągnięty na parapecie przy otwartym oknie.
Nie był wstanie określić swojej lokalizacji, nie dla tego że nie wędrował po tych lasach, ale nie przypominał sobie miasta wysuniętego na wschód od Kalnupe naniesionego na mapie. Widok zza okna też mu nic nie mówił, poza tym że ocenił iż otwierało się na południe. To wprawiało go w jeszcze większą zadumę, bo nie widział gór znad koron drzew, a tak charakterystyczny twór geologiczny nie mógł sobie od tak zniknąć nie?
Drzewa też wydały mu się jakieś inne, nie rozpoznawał większości gatunków, zdawało mu się również że trwa tu wieczna wiosna na łamach wczesnego lata. Młode liście mieniły się w odmianach zieleni, a co jakiś czas mocniejszy podmuch wiatru strącał kilka wprawiając je w niezwykły taniec w promieniach wiosennego słońca. Właśnie to jeden z takich podmuchów, przygnał małe połyskujące stworzonko.
-Myślałem, że Cię wróble rozdziobały. -przyznał Leiru, ciesząc się z widoku pryzmatycznego, małego ptaszka.
***
Tymczasem gdzieś w dolnych partiach miasta, życie toczyło się swoim rytmem. Po wybrukowanych uliczkach, przechodził się Hoe wraz z czymś mało podobnym do człowieka.
-Jesteś pewny? -zapytał stwór.
-Ja, zawsze jestem pewny. To łowca, bez dwóch zdań. Więc szpiegiem być nie może jak sugerowała Eja. -powiedział. Stwór odbił się od ziemi i znalazł się na podeście zawieszonym na wysokim drzewie i kiedy tylko go dotknął, przemienił się w człowieka.
-Więc zobaczmy to Twoje cudo. -odparła kobieta obwieszona złotem, jej czarna szata została wyszyta owym kruszcem w bajkowe niemal wzory. Weszli do środka, Leiru zeskoczył z parapetu, a mały ptaszek jakby przeczuwając kłopoty odleciał i ukrył się gdzieś.
-Dzień dobry. -przywitał się sympatycznie. -W końcu widzę jakieś istoty. -ucieszył się.
-Nam również miło widzieć Ciebie w zdrowiu. -odparł kobieta dość wyniosłym głosem i nie kiwając głową.
Hoe stanął koło Leiru, kiedy kobieta odziana w złoto zajmowała dostojne miejsce na drewnianym krześle.
-Poznaj przybyszu, to Leina, przedstawicielka tutejszej władzy, jedna z... -nie dokończył, Leina przerwała jego wypowiedź gestem dłoni.
-Chcę usłyszeć osobiście powód Twojej wędrówki.
-Chciałem iść do Kalnupe, miasta pod górami ale musiałem pomylić drogi. -przyznał prostodusznie.
Kobieta podniosła palce i pokiwała nim na boki.
-Nie, chcę usłyszeć dla czego opuściłeś Koer. -uniosła brwi i spojrzała na niego łagodnym, pełnym miłości spojrzeniem. Hoe lekko szturchnął go otwartą dłonią w plecy, aby chłopak zasiadł przy stole na przeciw Leiny.
Spojrzał na szpakowatego mężczyznę, który stał spokojnie z założonymi rękami i jedynie przymknął oczy opuszczając delikatnie głowę, westchnął i podniósł oczy na złotą panią.
-Czyli już słyszeliście o krwawej aferze w Koer, gdzie nawet Lupinalom się dostało i powieszono ich za własne wnętrzności, w które wbito ich szable nad główną bramą?
Kobieta przymknęła na wpół oczy.
-Tak i wiemy również kto za tym stoi. Było to powiązane bezpośrednio z Tobą?
-Nie wiem. -przyznał nieco bezradnie wzruszając ramionami. -Przecież jestem prostym treserem, może mieszkańcy mnie nie lubili, ale lepszy obrót w interesach mieli kiedy tam pracowałem i prowadziłem swoją farmę.
-Niewątpliwe. -przyznała. -Skąd się tam znalazłeś?
Wrodzona żyłka nieufności i podejrzliwości o najgorsze od istot żyjących, właśnie się naprężyła.
-Skąd to pytanie? -zapytał spokojnie choć spojrzenie mu się wyostrzyło, a każdy mięsień naprężył się tak, że czuł iż byłby w stanie doskoczyć do okna i rzucić się do ucieczki. Hoe, jakby czując zdenerwowanie i desperacje Leiru. 
-Bo mamy podejrzenie, że jesteś łowcą krwi, a nie nauki. -powiedziała spokojnie, po tych słowach poderwał się, a wtedy Hoe przystąpił w jego stronę z długim sztyletem w ręku. Leina uspokoiła mężczyznę gestem dłoni.
-Też zamierzacie mnie zabić z tego powodu? -zapytał.
-Nie Leiru... -Leina spojrzała na niego z miłym uśmiechem na twarzy. -Nie zamierzamy Cię zabić. Chcemy się upewnić czy możemy Ci zaufać. -powiedziała zaglądając mu głęboko w oczy, Szaro perłow o ciemnoniebieskiej źrenicy.
Dla tresera było to coś nowego. Zauwać? ktoś chciał się upewnić czy Jemu zaufać? To było jak sen. Nigdy nikt się nad tym nie rozwodził, zwyczajnie albo go potępiano albo zlewano jego istnienie i to On musiał się zastanawiać czy komuś zaufać. Patrzał na złotą panią w zdumieniu jeszcze przez moment, potem usiadł.
Leina, wyciągnęła dłoń do niego.
-Ale może najpierw powiedz czy Ty ufasz Nam? -zapytała. Leiru powoli podniósł głowę i spojrzał na dłoń kobiety jakby zastanawiał się ku czemu ona służy.
***
W międzyczasie, ponad zatłoczonymi ulicami Hikari-Niwa (stolicy frakcji) w jednym z pięknych budynków wzniesionych z białego kamienia, na jednym z najwyższych pięter toczyła się ciekawa dyskusja.
Pomiędzy Velniasem, a ciekawym delegatem z dalekiej północy. Cóż dzięki pomocy Rakszasy, Velnias mógł się kontentować nader wysokim urzędem jak na mało znanego szlachcica z pośredniej miejscowości.
-Byłbym Ci wdzięczny, gdybyś mógł mi pomóc. -powiedział, spokojnym głosem znawcy jegomość odziany w niebieski płaszcz i takiż sam surdut na którym spoczywała biała kryza i specyficznie wywinięty symbol wiary z rubinowym kamieniem.
-Jestem tylko pośrednikiem. Ale skoro twierdzisz, że Tygriusz zna...
-Znać sprawę zna. -przyznał przerywając Velniasowi w pół słowa.
-Wyczuwam tutaj niedopowiedzenie, a tego nie lubię. -przyznał. -Jak mógłbym Ci pomóc?

-Chodzi o dość delikatną sprawę. Ty jako szycha w dziale przepływu informacji, chyba powinieneś móc mi pomóc. Potrzebuje wieści o posłańcu, który miał dotrzeć do miasta Kalnupe oraz informacji wojskowych.
Velinias milczał czas jakiś.
-Słyszałem, że wampiry są dość bystre. Czemu sam tego nie sprawdzisz?
-Nie musisz znać powodów mojej ostrożności. Normalnie poszedł bym z tym do Tygriusza, ale nie mam możliwości. Potrzebuje tych danych maksymalnie do święta Geri Sieluna.
-A co będzie jak nie dam rady? muszę jeszcze wysłać z tego raport do Tygriusza.
-Nie musisz... -powiedział i wbił w biurko nóż z trupią czachą na krzyżu i klepsydrą zamiast normalnej rękojeści. -Wiesz mi, anie nie musisz, ani nie chcesz tego robić. Skoro dałeś mi słowo, że to zrobisz to jeżeli nie wywiążesz się z transakcji, to.. -stuknął w szafirowy klejnot zdobiący głownie. -Cię zabije.
-Nie masz prawa. -odparł Velnias.
-Jak to nie? -zapytał wampir. Pomimo iż na dworze panował dość gorący klimat jaki zazwyczaj bywa na pustyni. Venias odczół przeraźliwy chłód, który z łatwością mógłby skruszyć jego kości. -Jesteś jedynie psem Tygriusza, a ja jego współpracownikiem.
-Taak? -zapytał. -To wiedz, że... -Velnias podniósł jedną drżącą dłoń, która zapłonęła błękitnym ogniem gehenny i ze spokojnym wyrazem twarzy otworzył karmazynowe ślepia przedzielone siarczystą pionową źrenicą. -Tygriusz ma bardzo agresywne pieski, których ciężko się pozbyć.
Wampir cofnął się o pół kroku i po chwili zdumienia wzruszył ramionami, jakby nic przed chwilą nie zaszło. Chłód opuścił pomieszczenie.
-Jak zdobędziesz to o co proszę, nabij kartkę na sztylet i wyrzuć przez okno ile masz sił w kierunku północy. -powiedział wampir i wyszedł z pomieszczenia.
-Phi... -płomień na ręku Velniasa zgasł. Przymknął oczy i odwrócił się do okna. -Jeszcze trochę i Moja Pani odzyska wolność, a wówczas wszystko wróci do normy... -powiedział do siebie, odetchnął głęboko i otworzył oczy, po czerwonych, demonich ślepiach nie było śladu. Jedyna co musiał zrobić to przewietrzyć pomieszczenie, bo nie zauważył kiedy ale kopciła mu się czupryna przez co nadymił i osmalił białe sklepienie.

poniedziałek, 19 listopada 2018

Przebudzenie


Tak jak powiedzieli, tak też zrobili. Leiru dochodził do siebie dłuższy czas, cóż był odwodniony, niedożywiony i wycieńczony, a dodatkowo coś wysysało z niego życie…
Eja, zastanawiała się czy był to skutek rany jaką odniósł podczas spotkania z demonem lasu, czy tego że medykiem był powszechny krwiopijca imieniem Pinti.
-Nie jestem pewien czy obciąć mu rękę… -zadumał się, wyniszczony pod-wampir o siwiejących i rzednący włosach, które układały się w charakterystyczny sposób po bokach jego pociągłej twarzy.
-Mogłeś mu tyle krwi nie upuszczać. -prychnęła dziewczyna. -Lepiej powiedz, czy Hanh ma jeszcze na niego jakiś wpływ?
-Nie powinna, została przedwczoraj ceremonialnie poćwiartowana i przerobiona zgodnie z niektórymi wyznaniami i przetworzona przez przedstawicieli poszczególnych cechów.
-Czyli nie zmieni się w Potępionego… -mruknęła Eja, pod nosem po czym usiadła na krześle odchylając się na nim. -Upuść mu jeszcze krwi jako swoją zapłatę i się wynoś.
-Ooo tak moja pani. -krwiopijca oblizał się po pożółkłych kłach. Już miał zatopić je w ramieniu tresera, ale usłyszał charakterystyczny chrzęst, podniósł na chwilę pozbawione białek oczy.
-Ale ludzką metodą, ghula nie potrzebujemy. -mruknęła, mierząc w czaszkę Pintiego ręczną, pół automatyczną wyrzutnią kołków. Kiwnęła nią na bok, krwiopijca (o ile to możliwe) pobladł bardziej. Posłusznie odstąpił od kuracjusza i wyciągnął sprzęt stosowny do zabierania krwi.
Po chwili nie było go w pomieszczeniu. Eja – odetchnęła swobodnie i przymknęła oczy.
Szczerze? było jej obojętne czy chłopak zginie teraz czy później – bo zginie na pewno. Była jednak ciekawa, co w takiej nieciekawej okolicy porabia człowiek w dodatku podróżujący na grzbiecie Asperi. Widok żywego osobnika, nie był co prawda dla mieszkańców miasta niczym nadzwyczajnym, ale rzadko trafiał się taki cudak.
Wedle jej oceny, nie był poszukiwaczem przygód ani tropicielem. Żadnych konszachtów z większymi miastami też nie mieli. Nagle wpadła jej do głowy myśl, że zbłąkany wędrowiec może być szpiegiem na usługach Jej bezczelności Światłości. Ten trop jednak też porzuciła, świta tej białowłosej zołzy nie pojawiała się w lasach pod górami, a tym bardziej na tak bocznych szlakach i bez zbrojnej obstawy czy dobrego wyszkolenia.
Dumając tak, przeoczyła moment w którym Leiru odzyskał przytomność.
Był cały obolały i zdezorientowany, miał również wrażenie że coś się w nim zmieniło. Czuł szybki przypływ sił oraz większe tętno. Bystrość jego zmysłów również była dla niego nowa. Zwykły szczebiot ptaka siedzącego na gałęzi odległego drzewa, był dla niego wyraźny. Sądził jednak, że to zasługa leczenia jaki tego, że był nieprzytomny przez dłuższy czas.

***
Do pomieszczenie wszedł średniego wzrostu mężczyzna, Leiru dostrzegł w że jego oczy kobaltowe, a ciemne źrenice pionowe przechodzące zaraz w normalny stan – jak u człowieka.
-Eja... pobudka, delikwent Ci zaraz wstanie i ucieknie. -powiedział przyjemnie zachrypniętym, głębokim głosem, sprawiającym że słuchacz automatycznie mu ufał. Cóż, pogodne lice twarzy odznaczone siwiejącą bródką również sugerowały przyjazne usposobienie.
-Wiem, że się obudził. -usiadła normalnie na krześle i obróciła się w stronę tresera opierając ramieniem o krzesło. -Czekałam aż coś powie, ale chyba jakiś milczek się trafił.
Leiru zdziwił się słowami kobiety, chciał na przekór jej słowom udać że śpi, ale wydało mu się to pozbawione sensu, skoro on i pozostali lokatorzy izby wiedzieli, że jest inaczej.
Obrócił się w stronę kobiety; Eja, była ładna i młoda. Prawdopodobnie młodsza od tresera, co do tego akurat nie miał wątpliwości. Miała przyjemne, kobiece rysy twarzy i małe, głęboko osadzone oczy w kolorze platyny. Jej zgrabne ciało, zdobiła elastyczna tunika, która jak się później dowiedział była swego rodzaju pancerzem bowiem wyrabiano ją w specjalny sposób z nietypowego splotu.
Jej długie zgrabne nogi, były obute w wysokie kozaki pozapinane na tuzin sprzączek – ciekawe co się stanie, jak podczas walki się poodpinają? -przeszło Leiru przez myśl.
Przez moment wydawało się treserowi, że jej uda są zasłonięte, ale się mylił, były zakryte szeregiem specyficznych tatuaży, których sensu nie pojmował. Przynajmniej w chwili obecnej…
-Nie milczek… -powiedział w końcu. -Staram się zebrać zmysły do kupy i przypomnieć sobie co się zdarzyło i dla czego Tu jestem.
-hmm... -zadumał się mężczyzna. -Widząc po przebudzeniu nieznane osoby, ja bym zaczął od przedstawienia się i zapytania „co to za miejsce?”
Eja, zaśmiała się.
-Tak oberwał w łeb, i tyle krwi z niego zeszło że może nie pamiętać. -zaśmiała się kobieta łapiąc za brzuch i zaraz ocierając łzy, które zaczęła ronić z rozbawienia.
-Pamiętam... -mruknął treser. -Jestem Leiru… treser z Koer-kibuvits. -powiedział.
-Miło poznać, ja jestem Hoe Avici. -przedstawił się starszy. -A ta rechocząca kobita to…
-Eja Kacak. -kiwnęła głową. -I dla Ciebie nie „kobita” tylko Kacak… KA-CAK
-Dobrze cacak. -zadrwił starszy.
-Czuje się pominięty… -mruknął Leiru nie spodziewając się odpowiedzi.

Oboje spojrzeli na niego.
-Nami się nie przejmuj. To zwykłe rodzinne spory. -stwierdził.
-Aha... -odetchnął. -To gdzie się znajduję? -zapytał.
-Cóż... pochodzisz z dość daleka i nie wyglądasz na takiego co był rodzony przed wojną… -zakłopotał się Hoe.
-No bo rodziłem się w wojnę. A co to ma do rzeczy?
Eja i Hoe, spojrzeli po sobie.
-Ma i to wiele. -przyznała dziewczyna. -Na przód musimy wiedzieć z jakim interesem wędrowałeś na wschodni skraj frakcji i to lasem.
-Na wschód? -zdziwił się Leiru. -Wędrowałem na północ, w kierunku Kalnupe, czy powszechniej znanego Miasta pod górą.
Zapadła cisza.
-No to musiałeś pomylić drogę i to kilka dwa tygodnie temu, tak mniej więcej. -przyznał Hoe. -skoro wędrujesz z Koer… Co właściwie Cię ciągnie do Kalnupe? Nie wyglądasz na takiego co szuka guza…
Leiru odzyskał dość przytomności, by wiedzieć że nie należy dzielić się krwawymi szczegółami z wydarzeń z Koer, skoro miejscowi o tym nie wiedzą. Postanowił więc wycofać się bezpieczną drogą:
-Jestem treserem wierzchowców i znawcą magicznych bestii, chciałem tam otworzyć własny interes.
Ruch tam większy, lepsze wyzwania jeżeli chodzi o gatunki stworzeń i tyle. -wzruszył ramionami.
Hoe zaśmiał się i usiadł na łóżku tresera przeczesując swoje krótkie, czarne i już siwiejące włosy ręką. Spojrzał bystrze i przenikliwie na tresera.
Leiru zmarszczył brwił, czuł jakby Hoe usiłował czytać z jego duszy. Nie godził się na to, chciał odeprzeć to przeszywające go na wskroś spojrzenie, nie wiedział nawet kiedy ale mocując się z oczyma Hoego, odepchnął go. Zielony pigment w oczach Leiru, nabrał żywszego wyrazu.
-No... nawet jeżeli nie mówisz całej prawdy, nie będę Cię do tego obligował. -stwierdził i uderzając dłońmi o kolana wstał. Taki obrót spraw, zaskoczył Ejje, podskoczyła i wstała na równe nogi.
-A co jeśli jest szpiegiem? -zapytała nagle.
Hoe odwrócił się w pół kroku i uśmiechnął się pogodnie.
-Nie może być szpiegiem… Ktoś taki, nie jest wygodny… -powiedział i przywołał Eje do siebie. -Twoje ubranie Leiru, leży na szafce. -wskazał przeciwległą ścianę, pod którą stał mebel. -Do wieczora ktoś przyniesie Ci posiłek, do tego czasu nie wyjdziesz stąd. -oznajmił, mówił łagodnym, opanowanym i pełnym sympatii głosem. Chyba tylko dla tego Leiru nie zaprotestował…

***
-Skąd Twoja pewność? -zapytała Ejja.
-Bo ktoś taki jak On jest dla Nich niewygodny. Dla nas też może być, ale już mniej. Musimy wybadać jego intencje, ale to zostawmy starszyźnie. Do tego czasu, dlej będziesz się nim opiekować. Zgoda?
-Mam męża i młode. -odparła.
-Przecież Raktu poszedł na tacierzyński. -zarechotał.

niedziela, 18 listopada 2018

Demon lasu 2/2

Zwinny zamaskowany wybawca Leiru zeskoczył na dno uskoku, podniósł rękę tresera do swoich oczu, nie bacząc na stan szatyna. A mógłby być nieco milszy, albowiem Leiru właśnie umierał, nie znał tego uczucia, to było tak jakby coś wysysało z niego siły witalne.
Pozostali zamaskowani jegomoście doskoczyli do swojego kompana.
-Musimy unicesstwić Tego Hanh-Saburo zanim ten odda ossstatni dech. -powiedział, albo raczej wysyczał i puścił rękę Leiru. -To tego czasssu radzę go związać. -powiedział gadzio przechylając łeb.
-Ty tu jesteś kapłanem. -odpowiedział lider grupy.
Leiru chciał zaprotestować kiedy wiązano go do drzewa, ale szarpała jego duszą jakaś nienaturalna siła obca mu zupełnie.
-On Ją tu przyzwie! Zakneblujcie go! -rozkazał. Ale na ten ruch było już za późno... Po całym lesie rozległy się głośne wołania Lupilorów - leśnych wilków. Były dobrze zorganizowane i nie sposób było je oswoić. Tworzyły liczne watahy, ale nie były bezrozumnymi bestiami wielkości średniego człowieka. Najważniejszy w stadzie, był szaman jednocześnie wódz całej sfory. Poza wyrastającą z jego futra roślinnością, która z wiekiem matowiała i całkowicie zastępowała futro, alfa posiadał małe rogi. Wyrastały mu jak nagie drewno ze łba, tuż koło uszu i rosły w szpic zakręcając się nieco po drodze.
Niżej w hierarchii byli wojownicy. Charakterystyczne bestie o smołowatej sierści poznaczone karmazynowymi plamami. I to głownie oni stawiali się do walki oraz na wezwania istot mogących kontrolować umysły. Wśród Lupilorów występowali także zbieracze i obserwatorzy - Ci ostatni to najciekawszy motyw. W całej grupie istniał jeden maksymalnie dwóch obserwatorów, bezpośrednio podlegający pod władzę szamana, rodzony ze skrzydłami. Ich liczebność i umaszczenie nie było pewne, ale znany badacz i obserwator natury, zauważył, że jeden z tych skrzydlatych przyjemniaczków jest białej maści.
Więcej o tych wspaniałych zwierzętach nie wiadomo...
-Wytropiły nas! -oznajmiła dziewczyna, kiedy dudnienie ziemi nasiliło się w koło miejsca ich pobytu.
-Ja i Hoe ściągniemy ich uwagę... reszta bić Hanh! -zakomenderował syczący, kiedy wyskoczyli z dołu, szaman odrzucił swój płaszcz i ustawił do ataku wywijając swoją laską jak batutą. Wyciągnął drugą dłoń spod płaszcza i wygiął swoje jaszczurcze szpony w smoczą łapę.
-Na moc nadaną mi przez Shasherę... Skrusz się i ukorz, przed najpotężniejszym... -Wyciągnął dłoń o specyficznym ułożeniu w tył. Złote litery spowiły ciało czarodzieja i układały się w ciąg zdań przed jego laską. -Władco ognia..., Władco dymu..., Władco zniszczenia... otwórz swą bramę przede mną i zniszcz oddechem Tych co na Twej drodze stoją. Smoczy oddech! -rzucił zaklęcie, którym podpalił krwawe futra wojownikom Lupilorów.
-Na szczęście nie ma alfy. Znaczy że bestia nie jest zbyt silna. -odetchnął Hoe, zakładający ze spokojem swoje, białe aksamitne rękawiczki. -Idę pomóc reszcie, ze zwykłymi wojownikami powinieneś sobie poradzić Ates. -Zdjął swój ciemny płaszcz, pod którym krył się strój arystokraty. Blade i gładkie jak porcelana lica, przyozdobił cienki uśmiech trupiosinych ust. Wyciągnął swoją szpadę, jednocześnie rzucając sztylet do którego była przymocowana srebrna żyłka wysoko w pień drzewa. Siepał lupilory, które na niego skakały jak krowa odgania ogonem natrętne muchy.
Hanh, stawiała czynny opór ale powoli przytłaczająca siła najeźdźców, zaczęła się jej przykrzyć. Wysysała jedno życie, to trwało za długo i za późno przynosiło efekty.
-Odsuńcie się! -oświadczył i skoczył ku leśnej bestii z jarzącymi się na czerwono ślepiami i alabastrowymi włosami połyskującymi na kobaltowy kolor.
-Eje! -dziewczynę z ekipy złapał partner i przyciskając ją do swojej piersi, schował się za drzewem.
Niewyobrażalny chłód przeszył ich ciała, liście łamał najmniejszy podmuch.
-Noo... -odetchnął Hoe, i stuknął palcem w zamarzniętą figurkę, spadając rozpiła się na kawałki. -Myślałem, że będzie silniejsza. -przyznał lekko zawiedziony. -Weźcie se z niej co chcecie. -powiedział i spokojnym krokiem podszedł do najbliższego pnia, by sobie usiąść. Nie tylko demon lasu był zamarznięty, cała okolica pokryła się szronem i lodem. Liście i drobne gałązki pękały, jak nie od samego efektu to od najmniejszego podmuchu wiatru.
Jednemu z ludzi odpadły palce.
-No i będę musiał doszyć nowe. -stwierdził zrozpaczony.
Lupilory przestały być w amoku i kiedy Hanh przestała je kontrolować, zwyczajnie stanęły w miejscu i zawyły donośnie. Szaman Lupilorów dotychczas w ukryciu, spojrzał na drogę i kiwnął przyjaźnie do Asperi. Zawył nieco delikatniej od kompanii i uskoczył w las.
Ates zobaczył tylko rogi lupilorowego szamana i wyjść nie mógł z podziwu, że ten nie podjął walki tylko zwołał swoją brać i odszedł.
Zaraz jeszcze większe zdziwienie go ogarnęło, bo oto drogą spokojnie sunął wichrowy i nie ujarzmiony rumak - przynajmniej Ates, takowego cuda nie spotkał.
Ryzgar, buznął swojego właściciela pyskiem. Ale Leiru się nie poruszył, pomimo że stwór był zamarznięty, treser wciąż tkwił zatopiony w swojej duszy usiłując ją wyszarpać owej nieznanej sile.
-To jego koń? -zapytała Eja.
-To nie koń... to Asperi. -wyjaśnił Hoe. -Prawda? -zwrócił się do Atesa.
-Choć nie mogę w to uwierzyć i pewnie Ty w to nie uwierzysz... To legendarny, nieujarzmiony rumak wichrów, ze szczytów Gór lodu. -przyznał.
Zapadła głęboka cisza.
-Nie da się zapewne odciągnąć od swojego właściciela... -zadumał się Hoe, zakładając nogę na nogę. -To może weźmiemy go do nas. W sensie, że tego chłoptasia. Jeżeli się nam do niczego nie przysłuży, zrobimy z niego paszę co Wy na to? -zaproponował.
-Nie widzę przeszkód. -odparł Ates, zasłaniając swoją gadzią skórę czarnym płaszczem.
-No dzieciaki, słyszeliście co mówił kierownik wycieczki? brać tego chłystka i prowadzimy go do nas. -oznajmił wstając.
-A koń? -zapytał chłopak bez palców.
-Pójdzie za nami o ile to nie chwilowe zauroczenie jeźdźcem. -wzruszył ramionami. -W każdym układzie, nie nakładać uzdy ani się nie zbliżać, bo może być niebezpieczny.


___
Hanh Saburo - Demony-wampiry z wierzeń Indyjskich. Żyją w lasach i poddane im są wszystkie psy. Zwabiają podróżników do lasu i tam ich atakują.
Lupilar - z romskiego Wilk
Ates (czt. Atef) - z Tureckiego Ogień

piątek, 16 listopada 2018

Demon lasu 1/2

Przechodząc od paru dni zapomnianymi przez wszystkich bogów duktami leśnymi. Większość zmysłów Leiru uległo znacznemu wyostrzeniu, zdawało mu się że wariował. Ale niekiedy słyszał, jak na najwyższych partiach drzew siadają magiczne bestie, które potem niemal bezszelestnie lądowały na ściółce leśnej polując na pełzające w krzakach stwory.
Uszy tresera filtrowały, każdy nawet najmniejszy dźwięk. Kiedy zapadła noc, poszycie lasu rozświetlały w pełni zakwitłe kwiaty Tardy leseli, kwiaty gęsto występujące na terenach pod górzystych. Leiru słyszał, że jakoby są za górami specjaliści posługujący się tą i innymi roślinami jak bronią.
Podłoże migotało od blasku latającego robactwa, które rozświetlały rozkwitające w mroku świeczniki dumne. Świetlisty blask odwłoków nocnych robaków, igrał w pięknej grze fioletowych, drobnych płatków rośliny, której pnącza rozciągały się niczym mięsisty dywan, dopiero teraz wychodzący spod ostrych traw.
-Może dni nie są miłe... ale nocki piękne. -westchnął romantycznie Leiru. -Ja dalej nie idę. -oznajmił swojemu wierzchowcowi i ułożył się pod drzewem.
Zdawało mu się, że ten las strzelistych drzew zaczął rozbrzmiewać milionami dźwięków, zapachy drażniły jego nos. Odetchnął ciężko.
-Nienawidzę się... -mruknął. Cóż, tak to już z Leiru, było że nie tylko On się sam nienawidził. Jego nienawidziło pół frakcji.
Jak to się stało? Rozwiązanie tej zagadki jest proste, Leiru był potomkiem łowcy, dla tego zamiast białych czy perłowych włosów miał brązowe lekko wpadające w ciemny blond. A zamiast szarych czy platynowych oczu, miał szmaragdowe - głównie nimi łowcy się wyróżniali. Chociaż u niego ten szmaragdowy kolor, był na dalszym planie. By uzyskać agresywnie zielony, unikatowy odcieniem pigment, musiałby przebudzić w sobie instynkt. Ten jednak został przez niego stłumiony, lata temu kiedy pracował na wybrzeżu jako zaklinacz zwierząt na pokazach objazdowych.
Obudził go kwik Asperi i dziki ryk boleści mgielnej pantery od której zerwało się w przestrzeń kilka śpiących na gałęziach intybusów - ptaków, które świetnie maskowały się w każdym odcieniu zieleni. W porze migracji leciały nad morze wzdłuż górskiego pasa, a potem na powrót do serca kontynentu.
Poderwał się płosząc pozostałe świetliki krzątające się za swoimi sprawami koło kwiatów, odleciały do jaśniejącego jutrzenką nieba, jako najżywsze z gwiazd.
Rozejrzał się w koło, Ryzgar (czt. Ryzgan) - jak ochrzcił swojego Asperi,  uderzył mocnym podmuchem wiatru w napastnika, Leiru musiał zaprzeć się mocno ziemi i zasłonić oczy.
Mocna bestia - stwierdził do siebie w myślach. Wyciągnął z pod narzuty, jedyną broń jaką miał, nóż którym swego czasu chciał potraktować Velniasa, skoczył ku swojemu wierzchowcowi.
Walczył mężnie pomiędzy drzewami z wielką panterą mgieł. Dla czego tak? jej furo było szare, opatrzonę wieloma plamkami o zbliżonej tonacji, ponadto miała nieprzyjemną zdolność maskowania, kiedy podskoczyła w odpowiedni sposób przywoływała gęstą mgłę w której się ukrywała.
Teraz też chciała to zrobić, Ryzgar stanął w gotowości bojowej.
Leiru skoczył ku niemu i złapał się jego karku. Z początku wierzchowiec prychnął i zadrżał, ale zaraz się uspokoił.
-spokojnie jestem z Tobą. -szepnął do rumaka. Czas jakby się zatrzymał, mgła która zaczęła ich otaczać rozpłynęła się, a pantera w pół skoku z wysuniętymi pazurami wbiła w nich przerażony wzrok.
Obok wielkiego kota zjawiła się zielona pani, jakby wyrosła z trawy, bo w nią była przyodziana. Obłaskawiła agresywne zwierzę i szepnęła coś do niego. Pantera poruszyła się, jakby przyklękła na jednej łapie i uskoczyła w mroki lasu, dalej nieco rozpływając się we mgle.
-Darujcie proszę, małe kociaki już takie są. -odwróciła się do Leiru. Treser w tych miłych kobiecych lisach dostrzegł swoją matkę, ale nim coś powiedział potrząsnął głową i zobaczył jak Ryzgar, parska zaczął wierzgać a jego srebrna grzywa zaczęła połyskiwać, jakby szykował się do rzucenia sobie znanego zaklęcia.
-Kim Ty jesteś? -zapytał Leiru. Kobieta przytknęła palec do ust z tajemniczym uśmiechem. Coś słabo pulsowało pod ziemią chciał się ruszyć ale hipnotyczne oczy kobiety nie pozwalały mu na to. Asperi rzucił się do ucieczki, przetrącając swojego pana.
-Ryzgar! -zawołał.
-Nie martw się o niego. -powiedziała miło kobieta. -Znajdzie się... -powiedziała uwodzicielsko. Nim spostrzegł, że ciało oplatają mu drzewne pnącza i skutecznie uniemożliwiają mu poruszanie się. Otoczyła go gruba ściana z liści z obu stron.
-To zajmie chwilkę. -powiedziała kobieta, zbliżając swoją twarz. Nagle jej wyraz zmienił się nie do poznania, stała się sina, a z jej gardła wydobył się syk. Leiru jakby obudził się ze snu, ujrzał przed sobą maszkarę o dwóch szeregach brudnych kłów z których kapała ślina, wężowaty język i czerwone ślepia.
Zza liściastych ścian usłyszał stłumione "Tu jest!" "Łapać to!" stwór tracąc na chwilę skupienie, osłabił swoje sidła. Leiru wyrwał z nich ręce i nogi, po czym chwycił za nóż.
Pomiędzy drzewami uwijały się ciemne sylwetki, w stronę syczącej bestii która chciała pochwycić w dzikim szale któregokolwiek z nich sypały się krótkie strzałki, całkowicie wykonane z metalu.
Ktoś capnął Leiru za plecy i odciągnął .
-Capnęła cię? -zapytał zamaskowany przybysz, po głosie rozpoznał że to kobieta.
-Nie, nie drasnęła mnie nawet. -stwierdził.
-Zostań tu i się nie wtrącaj. -przestrzegła i ruszyła w bój. Leiru jednak się mylił, podczas oswobadzania się z drewnianych pęt ranił się w rękę.
Kręciło się w okół rozszalałego stwora tyle osób, że ktoś ciągle stał przed nim i zauważył cieknącą krew po ręce chłopaka.
-Zranił się! -krzyknął mężczyzna. Wszyscy zamaskowani cofnęli się.
-Mówił, że nie jest ranny.
-Przybysz, nie wie czym to grozi. Weź go i idziemy stąd. -rozkazał.
-Tak jest.
Dziewczyna wzięła Leiru pod ramię i wszyscy uskoczyli we wgłębienie nieopodal szalejącej bestii. Treser stoczył się po górce i oplątał w roślinności jaka tylko się nawinęła.
-Skąd ta sierota? -zapytał któryś z grupy.

niedziela, 4 listopada 2018

Kariera diabła

-I Velniasowi się dostało. -szepnął ktoś z garści ocalałych. Wszyscy ustępowali przejścia szlachcicowi, którego perłowe włosy pokryły się popielatym pyłem.
Velinias pogrążony w wygrażaniu pandołakowi, nie zauważył ani nie usłyszał szeptów gawiedzi. Z zamyśleń wyrwał go dopiero odór rozkładających się ciał i zatęchłej krwi.

-Deszcz tego nie zmyje, zanim przyjdą tu sługi światła, dobrze by było to choć trochę posprzątać bo zeżre nas epidemia, a Wy nowomodni przybysze z poza granic naszej krainy raczej nie jesteście szczepieni, ani na pęklizne ani gadzilizne. -powiedział głośno, niektórzy pospuszczali zaczerwienione twarze.
-Veliniasie! co mamy zrobić? -zapytała zrozpaczona kobieta. -Do czasu, aż nie przybędzie pomoc z zewnątrz nikt nam nie pomoże. -podniosła na szlachcica brązowe oczęta, obrosłe dookoła piaskowym futrem.
-Mam przez to rozumieć, że mam stać się burmistrzem z Waszej woli? -zapytał dla upewnienia się. W sumie było mu to na rękę, jeżeli chciał awansować dodatkowo w stolicy to sprawowanie takiego urzędu będzie idealną rozgrzewką. Przedtem jednak musiał zagrać, by zebrać poparcie dobrej ludności…
-Czy jesteście pewni, że to właśnie ja jestem w stanie podnieść tak ciężkie brzemię jakim jest zapewnienie Wam ocalałym godziwej ochrony? Czy uważacie, że nadaje się na kogoś kto pokrzepi Wasze serca i poprowadzi Was ku świetlistej przyszłości? -z każdym słowem, jego postawa i jego ton brzmiał coraz śmielej, trafiając tym samym do cierpiących serc mieszkańców miasta.
Odpowiedziało mu zgodne:
-Tak, vivat Velinias!
Przed szereg wysunął się jeden jegomość:
-A czy zakład ubezpieczeń frakcyjnych, pokryje koszty leczenia?
-Jak nie byłeś na spisie przed ostatnią wojną, to nie masz na co liczyć. Ale mamy wybitnych lekarzy z prywatnego ramienia. Prawda? To jak, Pomożecie?!
I tu również odpowiedzieli mu zgodnie.
-To zabieramy się do pracy. Najpierw zbierzcie zwierzęta, to największe truchła i za szybko się rozkładają… -obejrzał się, koło fontanny gdzie puchły zielonkawe i z lekka ruszające się zwłoki. -niepewnego pochodzenia. -skrzywił się i odszedł od tego, czegoś…
Mieszkańcy prężnie wzięli się do roboty.
-Panie Veliniasie. A co potem? -zaczepił go jeden z mężczyzn.

-A kim jesteś?
-Budowniczym. -odparł z dumą.
-To odbuduj dom publiczny, a potem karczmę przy rynku, bo widać że trochę się tym przybytkom oberwało…
-I nie tylko tym… może, jednak lepiej najpierw prywatne mieszkania potem karczmę?
-Nie, robotnicy muszą być zadowoleni. Burdel – karczma – prywata. Taki harmonogram.
-I to się nazywa burmistrz, nie zapomnimy panu tego. -uśmiechnął się szczerze.
Velinias zajął się organizacją pracy ludności, a także pomagał na ile mógł swoją mocą, albo raczej ile chciał – cóż, dzięki swojej mocy mógłby zrównać z ziemią całe miasteczko i zniekształcić teren w koło niego, gdyby obudził się i wstał nie tą nogą co trzeba. Jednak bądź co bądź urodził się jako przedstawiciel czystej krwi rasy Anhelinów, więc resztka dobra w nim nigdy nie wygasła.
***
W między czasie, Seizetsu przeprawiał się niestrudzenie przez gorące piaski pustyni, na grzbiecie niezmordowanego diabolikańskiego wierzchowca, aż dotarł na grzbiecie Pożogi – bo tak ochrzcił swojego końskiego druha na skraj frakcji.
Wjechał na brukowaną drogę, prowadzącą do jednego z najbogatszych miast tego świata; Fehir, było miastem można powiedzieć – idealnie położonym. Śmiało mogło konkurować ze stolicą frakcji o ten tytuł. Z tym, że przez Hikari-niwa musiał przejść każdy, kto chciał iść dalej ku północy i na wschód, a Fehir było położone nad południowym morzem dzięki czemu miało dostęp do zamorskich rarytasów, a i przepływ informacji z głębi frakcji był nieco utrudniony.

Zlany deszczową wodą bruk, syczał pod żelaznymi i rozgrzanymi do czerwoności kopytami Pożogi.
Seizetsu, zaciągnął mocno morską bryzę.
-Oood razu lepiej. -odetchnął. -Tak dobrze się słuchasz, że aż żal mi tego tresera. -westchnął, kiedy wprawnie manewrując pośród splotu wąskich uliczek, trafił przed złotą bramę, którą otworzono natychmiast, gdy się zbliżył.

-Chyba na mnie czeka… -mruknął. -patrząc na kolorowo ubrane sługi, czekające przed marmurowymi schodami. Zeskoczył kilka końskich kroków przed nimi. -Tylko uważajcie, bo mocno kopie. -zarechotał. Przystanął na trzecim stopniu i złapał trochę tchu, obejrzał się na ocean. Niebo zasnuwało się ołowianymi chmurami, a wiatr się wzmagał.
-Nie jest w najlepszym nastroju. -mruknął, ale gdzieś w głębi duszy, miał nadzieje, że to jednak kaprys pogody – nie Tygriusza.
Co jakiś czas mijał zbrojnych na schodach, a na tarasie nawet dwa rzędy rozmieszczone po obu skrzydłach. Czarnoskórzy, potężni mężczyźni o złotych oczach pozbawionych białek stali nieruchomo jakby pogoda nie robiła im różnicy. Nie zwrócili najmniejszej uwagi na Seizetsu.
-I na co komu takie osiłki? -westchnął przymykając oczy, przestąpił kilka kroków do złotych drzwi ozdobionych płaskorzeźbami lampartów – były tak realistycznie zrobione, że wydawać by się mogło, że te potężne koty właśnie wyskakują, aby pożreć intruza. Na obu skrzydłach wrót, wyrzeźbiono setki humanoidalnych zwierząt, a z samego szczytu jakby z błogosławieństwem schodził w dzikie bestie dumny Rakshasa, pod mocą którego zwierzęta dostały nowe życie i przewyższenie rasy ludzkiej … Chociaż to nie był problem.

Kołatka na olbrzymiej obręczy, była dość… ohydnym dodatkiem do całego tego, pokazowego bogactwa. Była to ręka niby ludzka, stworzona z brązu, stali i domieszki zakazanego materiału. Była mniej więcej długości ramienia, obleczona w nieco wystrzępiony atłasowy materiał. Wszystko niby w porządku, gdyby nie kość, która z niej ukradkiem wystawała.
Kiedy Seizetsu się zbliżył, ręka się uniosła i otworzyła jedno skrzydło drzwi.
-Odrażające... -mruknął pandołak i zmrużył oczy, jasne wnętrze pałacu raziło wędrowca w oczy. Blask świec odbijający się w lśniących marmurach, w złotych i srebrnych ozdobach na które nie skąpiono zdobień.

Wszędzie na miękkich łapach krzątała się zwierzęca służba.
-No i jesteś wreszcie. -rozległo się echem pomiędzy filarami. Bestia w dziwaczny sposób oparta na swojej łapie, obnażyła kły w złowrogim uśmiechu. Seizetsu podszedł bliżej i klęknął, kładąc jedną dłoń na piersi, schyli pokornie głowę.

-Tak panie, wszystko idzie z godnie z planem. -powiedział głębokim tonem, pokornego i lojalnego sługi. Ubrany arystokratycznie tygrys o ciele człowieka i wywiniętych przednich łapach na odwrót (wierzch łapy rakszasy, jest tam gdzie spód normalnego stworzenia. Nie przeszkadza to im jednak w ich zręczności…). Doprawdy ciężej sobie wyobrazić, bardziej przerażające stworzenia: humanoidalne ciało, pokrywała gruba tygrysia sierść, a wredne złote oczy o pionowych źrenicach w których tlił się płomyk czytesgo zła, zawsze miały baczenie na wszystko. Rakszasa nie stronił od magicznych forteli, często manipulował innymi, by na ich koszt wieść swoje wystawne i wygodne życie.
Z jego gardła wydobył się basowy mruk, a wąsiska wyrastające z porośniętego gęstym futrem pyska poruszyły się.
Seizetsu spojrzał na oblicze Tygriusza i również się uśmiechnął.

piątek, 2 listopada 2018

Krwiożercza bestia

Wieści o tym co zaszło, w Koer-kibuvits doszły do uszu Pani światła. Była zdumiona rozmiarem dramatu jaki się tam odegrał, choć bardziej niż martwić się o ucierpiały na wskutek rzezi lud ciekawił ją fakt, jak do tego doszło? 
-Wszakże od krwawej pełni minęło sporo czasu, istoty są spokojne. Poza tym strażnicy nie donieśli o żadnych zamieszkach, a kto, jak kto, ale Lupinale są bystre i słabo podatne na magię. A mimo to i ich obdarto ze skóry, a kilku powieszono za ogolone ogony na bramie miasta. Co o tym myślisz? -Ambriel zwróciła się do Kołbuga. 
-Sądzę, moja Pani, że to była sprawka łowców. -odparł doradca. 
-Łowców? -powtórzyła jakby pierwszy raz usłyszała to słowo. -Wszystkie zakony w naszych granicach upadły. A do tej pory uciemiężony przez nich lud, zorganizował samosąd na prawiące się tą profesją istoty. 
-Nie do końca. -pogładził się po wąsie. -Zakonów już nie ma, ale potomkowie łowców są obecni. Może któryś postanowił wziąć odwet za swojego zmarłego krewnego? Nie tak łatwo wytrzeć ślady historii, a już na pewno nie w niecałe czterdzieści lat. 
Pani światła milczała przez dłuższy czas błądząc oczyma po wymalowanym suficie. Starannie wymalowane freski przedstawiały jedno z jej największych osiągnięć - uczestnictwo w pieczętowaniu Zniszczenia. W tej kampanii towarzyszyło jej wielu łowców, a znaczą ich część miała pod swoją komendą. 
-Hmmm... -przymknęła oczy i założyła ręce pod głowę. -To z teorią o łowcach nie jest takie głupie, ale jeśli ich potomkowie żyją, to wynieśli się do frakcji Leśnych gończych. -podskoczyła, by usiąść. -Sprawdź kto przechodził przez tamtą granice. 
-Tak jest moja Pani. -Kołbug skłonił się głęboko. 
***
Tymczasem na peryferiach miasteczka Koer-kibuvits, dwaj przyjaciele świętowali udaną sprawę.
-Muszę Ci przyznać, że całkiem nieźle narozrabiałeś i dość szybko poszło Ci wymordowanie większej połowy mieszkańców miasteczka włącznie z przyjezdnymi. Myślisz, że wywoła to wojnę? -zapytał jak gdyby z troską
Velnias. Jego rozmówca siedział wygodnie rozparty na obszernym krześle. Brzuch miał trochę wydęty i wydawać by się mogło, że z natury jest skorym do lenistwa stworzeniem. Jednak jego okrągła twarz, sprawiająca wrażenie sympatycznej, była bardzo myląca.
Otworzył powoli jedno ze swoich jadeitowych oczu i łypnął nim na szlachcica. 
-Jeszcze trochę, a pomyślę że jesteś litościwy jak na praworządnego błogosławieńca przystało. -mruknął. Gdyby był zwierzęciem, ten mruk mógłby z łatwością wydać się ostrzegawczym warkotem. 
Velnias, przechylił głowę w zdziwieniu.
-Litość? To jakiś tutejszy przysmak? -zapytał. 
-Już zaczynałem się martwić. -Seizetsu poczochrał się po czarnych włosach upstrzonych białymi łatami. 
-Nigdy nie przestanę się dziwić szachownicy jaką masz na głowie. -wyznał szlachcic. Westchnął. -Pewnie słuchy o Twojej eskapadzie dotarły już do władz. -zauważył jak gdyby od niechcenia. 
-I co z tego skoro nie wiedzą, że to Ja? Wszystko spadnie na tego wystraszonego chłystka. 
-Ale tak trzeba przyjacielu. Jak myślisz, co się stanie kiedy wpadnie w łapy wampirów? 
-Zanim tam dotrze może zginąć, albo zginie kiedy tam dotrze. -podrapał się za uchem, jakby był psem. -Tygriusz osobiście się tam pofatygował, nieco przed pełnią. Wampiry nigdy nie były tak dobrze zorganizowane i tak pewne swojej wiktorii. Rzekomo jednego z nich wspiera niedoszły władca tronu umrzyków, no i królowa Lodu ma wrócić na szczyt. -powiedział Seizetsu, jakby to była powszechnie wiadoma informacje.
Veliniasowi, omal gały nie wyszyły z orbit.
-To, że mieszkam na zadupiu nie oznacza, że możecie mnie zlewać... -mruknął. -Czemu Ja o niczym nie wiem?!
-oj jo joj... za dużo powiedziałem. -westchnął Seizetsu. Podniósł leniwie oczy na szlachcica. -Mam dwie opcje do wyboru. -Albo Cię zabije... czego przyznam się szczerze nie chce mi się robić, bo jestem najedzony. Albo wyślę Cię do stolicy. 
-Po co niby do stolicy? -zapytał Velinias, nie martwiąc się za bardzo o swoje życie.
-Będziesz wtyką Tygriusza na dworze jej wysokości, a nawet awansujesz na jakiś ciepły polityczny urząd... O ile się postarasz. -spojrzał na swoją dłoń. 
-Kiedy mam ruszać? -zapytał szlachcic. 
-Kiedy przyjdzie po Ciebie straż. -twarz Seizetsu przybrała nieciekawy wyraz. Jego obnażone białe kły zalśniły złowrogo, wstał i podszedł do Veliniasa, który zaczął na powrót obawiać się o swój byt na tym świecie. 
-Co Ty chcesz zrobić? -zapytał spanikowanym głosem cofając się. Kiedy Seizetsu rozdziawił paszczę w której znajdował się podwójny szereg zębów, szlachcic naszykował dłoń, a w głowie zaczynał inkantować zaklęcie.
-Zobacz, bo chyba coś mam między zębami i nie mogę tego wyciągnąć. 
-Człowieku chcesz żebym na zawał padł?! -krzyknął na kompana.
-Tylko mnie tu nie obrażaj! Nie jestem żadnym człowiekiem... -zaprotestował. -przynajmniej nie w pełni... -dopowiedział ciszej. -Poza tym, Ty i umrzeć... myślałem, że te słowa nie występują w jednym zdaniu. -przyznał. -No patrz, bo mnie to irytuje. -rozdziawił na powrót paszczę. 
-Faktycznie... -przyznał Velinias. -coś tu masz. Uuu.. może zaboleć. -stwierdził i wsunął w niemożliwie otwarte szczęki dłoń. -Tylko jej nie odgryź... -mruknął.
Chwycił za wbity w dziąsło pomiędzy zębami przyjaciela fragment czegoś i... 
-Popaprało Cię?! Szmyrgnięta panda! -wrzasnął Velinias, by po chwili zawyć z bólu. -Przywykłem do Tego ciała. Ałaała! 
Zamiast jego przyjaciela stała w salonie potężnie zbudowana bestia o biało-czarnym futrze i zakrwawionym niedźwiedzim pysku, w którym wierzgała ręka szlachcica.  Bestia zgryzła ją kilka razy i połknęła.
Założył łapę za głowę. 
-Daruj, ale na prawdę zabolało.
-A co z moją ręką? -zapytał Velinias. -Tego ciała nie mogę od tak zregenerować. -wył na podłodze dalej, spodziewał się, że pandołak ją wypluje i że choć pogryziona to nada się na przeszczep. Jednak nic się nie działo, szlachcic podniósł głowę.
-Zeżarłeś ją tak? I co ja teraz zrobię?!
Pandołak stał skonsternowany całym zajściem. Po długiej chwili wycia Veliniasa w niebogłosy. 
-Ale teraz jak to wiarygodnie wygląda. I Ty padłeś ofiarą rzezi, tylko ocaliłeś się w ostatniej chwili tracąc przy tym rękę. -Podsunął Seizetsu.
-Oż Ty... -pozostała lewa ręka Veliniasa, posłużyła szlachcicowi do skupienia swojej mocy, której już część zużył na powstrzymanie krwawienia. 
-To ten... -Seizetsu zmienił się w człowieka. -To ja już uciekam, zanim przyjdą tu mundurowi od światła. Zdam dokładną relacje Tygriuszowi, to awans na państwowego urzędnika będziesz miał od razu. To bywaj! -rzucił i wybiegł, Veliniasowi to nie przeszkodziło w dokończeniu inkantacji. - Wybuch kuli ognia, spowodował poważny uszczerbek w dobytku szlachcica. 
-Co za gad... Wracaj tu! -wrzasnął, wyskakując przez okno. 
-Pandy to ssaki! -zawołał Seizetsu, na grzbiecie diabolikańskiej bestii.
-Zatłukę Cię futrzaku! Pieprzony likantrop... -skwasił się Velinias. Wyszedł z domostwa, które zajęte ogniem powoli się waliło, machnął pozostałą ręką na to. -A żeby mu się tak futro zmechaciło,... żeby doprać tych białych łat nie mógł... żeby mu kuźwa kołtun przy tym omyku skudlił! -tak złorzecząc i odgrażając się Pandołakowi, dotarł do miasteczka, w którym trwały porządki... 

czwartek, 1 listopada 2018

Intryga 2/2

Stał osłupiały, patrząc na zgliszcza całego swojego dobytku. Stworzenia, które hodował dla siebie były rozszarpane, albo obnażone z całego mięsa do białej kości.
Leiru, stracił wszelką nadzieje na poczucie ciepła bijącego serca, którejkolwiek z bestii kiedy spostrzegł pryzmatycznego ptaszka.
Podszedł do niego i poczuł słabe ciepło bijące spod zwęglonych desek. Nie potrzebował dużej siły, by dostać się do bijącego serca swojego wieloletniego druha.
-Felek... -szepnął i przypadł do łba gryfa. Zwierze miało wyrwaną łapę, a obie przednie złamane pod dziwnym kontem, zupełnie tak jakby coś z nieludzką siłą rozwarł je niemożliwie. Jego skrzydłem i ogonem, trzęsły agonalne dreszcze.
Mętne oczy gryfa zetknęły się z oczami Leiru. Krzyknął niemal niedosłyszalnie, a ciężkie powieki opadły powoli, treser domknął oczy przyjaciela, nie mogąc patrzeć jak ulatuje z nich resztka życia wiernego towarzysza.
Leiru trzymał dłoń na dziobie gryfa, a głowę wzniósł ku niebiosom, odśpiewał psalm, który niesiony lodowatym wichrem pomknął ku zachmurzonemu sklepieniu. Treser chętnie wyprawiłby pogrzeb swojemu najwierniejszemu towarzyszowi, ale nie zdążył dokończyć słów "żegnaj przyjacielu" głaszcząc nieżywego już gryfa, po brudnych piórach, gdy zza wzgórza wychynęła rozwścieczona, zbrojna banda mieszkańców Koer-kibuvits, szła po jego głowę.
Godził się z losem jaki mu szykuje rozbestwiona tłuszcza, gdyby nie mały ptaszek, który z wdzięczności za uratowane życie odwdzięczył się tym samym dla Leiru. Wbił małe kryształowe pazurki w zad Asperi, koń zarżał i rzucił się w opętańczym galopie przed siebie.
Gdyby nie to zajście, pogrążony w rozpaczy Leiru dałby się rozszarpać. A tak, skoczył na równe nogi i rzucił się na rumaka wichrów, by nie wpadł w łapska rozwścieczonej gawiedzi.
Cóż, zapewne magiczna bestia, mogłaby sobie poradzić z ludźmi, jednak ten okaz był na to jeszcze za młody. 

Treser wskoczył na grzbiet siwego konia i chwytając się za grzywę szarpnął ją tak by odbić w bok i móc pognać przed siebie. Nie miał sił, by roztrząsać co się stało oraz kto za tym stoi, wiedział jedynie że już nic nie ma i nie może tu zostać. 
***
Zatrzymał się kiedy rumak wichrów padł na kolana ryjąc nimi w ziemi.
-Nie zauważyłem kiedy się zmęczyłeś. -podniósł się z błota, w które upadł spadając z wierzchowca. Podszedł do bestii i zarzucił na jej grzbiet swój płaszcz, położył dłoń na karku zwierzęcia.
-Przepraszam. Zaraz dostaniesz coś do picia. -pogłaskał rumaka wichrów, rozejrzał się po okolicy, był na skraju lasu, zmieniło się powietrze i cały klimat. Leiru wspiął się na drzewo, nie znał okolicy. Nie było stąd widać nawet zarysów jego rodzinnego miasteczka. Za to z drugiej strony, prawdziwy szok, był bliżej Gór lodu niż się spodziewał, ich szary masyw przeraził go. Do tej pory widywał w ciepłe dni jedynie ich śnieżne szczyty, ginące w najwyższych partiach pod pierzyną z chmur. 
Do jego głowy podleciał skrzący się ptaszek.
-Dawno tu nie byłem... -westchnął. -Czas coś zjeść. -przyznał i zszedł z drzewa. Rumak wichrów spał w najlepsze. 
Leiru rozbił obóz i zaczął rozmyślać... Jedyne wyjście jakie ujrzał w tej sytuacji było pójście dalej i zatrzymać się w najbliższym mieście. O ile dobrze pamiętał miasto pod górami nazywało się Kalnupe, co ze starego języka wampirów lodu oznaczało dosłownie "Pod górą"