-I Velniasowi się dostało. -szepnął ktoś z garści ocalałych. Wszyscy ustępowali przejścia szlachcicowi, którego perłowe włosy pokryły się popielatym pyłem.
Velinias pogrążony w wygrażaniu pandołakowi, nie zauważył ani nie usłyszał szeptów gawiedzi. Z zamyśleń wyrwał go dopiero odór rozkładających się ciał i zatęchłej krwi.
-Deszcz tego nie zmyje, zanim przyjdą tu sługi światła, dobrze by było to choć trochę posprzątać bo zeżre nas epidemia, a Wy nowomodni przybysze z poza granic naszej krainy raczej nie jesteście szczepieni, ani na pęklizne ani gadzilizne. -powiedział głośno, niektórzy pospuszczali zaczerwienione twarze.
-Veliniasie! co mamy zrobić? -zapytała zrozpaczona kobieta. -Do czasu, aż nie przybędzie pomoc z zewnątrz nikt nam nie pomoże. -podniosła na szlachcica brązowe oczęta, obrosłe dookoła piaskowym futrem.
-Mam przez to rozumieć, że mam stać się burmistrzem z Waszej woli? -zapytał dla upewnienia się. W sumie było mu to na rękę, jeżeli chciał awansować dodatkowo w stolicy to sprawowanie takiego urzędu będzie idealną rozgrzewką. Przedtem jednak musiał zagrać, by zebrać poparcie dobrej ludności…
-Czy jesteście pewni, że to właśnie ja jestem w stanie podnieść tak ciężkie brzemię jakim jest zapewnienie Wam ocalałym godziwej ochrony? Czy uważacie, że nadaje się na kogoś kto pokrzepi Wasze serca i poprowadzi Was ku świetlistej przyszłości? -z każdym słowem, jego postawa i jego ton brzmiał coraz śmielej, trafiając tym samym do cierpiących serc mieszkańców miasta.
Odpowiedziało mu zgodne:
-Tak, vivat Velinias!
Przed szereg wysunął się jeden jegomość:
-A czy zakład ubezpieczeń frakcyjnych, pokryje koszty leczenia?
-Jak nie byłeś na spisie przed ostatnią wojną, to nie masz na co liczyć. Ale mamy wybitnych lekarzy z prywatnego ramienia. Prawda? To jak, Pomożecie?!
I tu również odpowiedzieli mu zgodnie.
-To zabieramy się do pracy. Najpierw zbierzcie zwierzęta, to największe truchła i za szybko się rozkładają… -obejrzał się, koło fontanny gdzie puchły zielonkawe i z lekka ruszające się zwłoki. -niepewnego pochodzenia. -skrzywił się i odszedł od tego, czegoś…
Mieszkańcy prężnie wzięli się do roboty.
-Panie Veliniasie. A co potem? -zaczepił go jeden z mężczyzn.
-A kim jesteś?
-Budowniczym. -odparł z dumą.
-To odbuduj dom publiczny, a potem karczmę przy rynku, bo widać że trochę się tym przybytkom oberwało…
-I nie tylko tym… może, jednak lepiej najpierw prywatne mieszkania potem karczmę?
-Nie, robotnicy muszą być zadowoleni. Burdel – karczma – prywata. Taki harmonogram.
-I to się nazywa burmistrz, nie zapomnimy panu tego. -uśmiechnął się szczerze.
Velinias zajął się organizacją pracy ludności, a także pomagał na ile mógł swoją mocą, albo raczej ile chciał – cóż, dzięki swojej mocy mógłby zrównać z ziemią całe miasteczko i zniekształcić teren w koło niego, gdyby obudził się i wstał nie tą nogą co trzeba. Jednak bądź co bądź urodził się jako przedstawiciel czystej krwi rasy Anhelinów, więc resztka dobra w nim nigdy nie wygasła.
Wjechał na brukowaną drogę, prowadzącą do jednego z najbogatszych miast tego świata; Fehir, było miastem można powiedzieć – idealnie położonym. Śmiało mogło konkurować ze stolicą frakcji o ten tytuł. Z tym, że przez Hikari-niwa musiał przejść każdy, kto chciał iść dalej ku północy i na wschód, a Fehir było położone nad południowym morzem dzięki czemu miało dostęp do zamorskich rarytasów, a i przepływ informacji z głębi frakcji był nieco utrudniony.
Zlany deszczową wodą bruk, syczał pod żelaznymi i rozgrzanymi do czerwoności kopytami Pożogi.
Seizetsu, zaciągnął mocno morską bryzę.
-Oood razu lepiej. -odetchnął. -Tak dobrze się słuchasz, że aż żal mi tego tresera. -westchnął, kiedy wprawnie manewrując pośród splotu wąskich uliczek, trafił przed złotą bramę, którą otworzono natychmiast, gdy się zbliżył.
-Chyba na mnie czeka… -mruknął. -patrząc na kolorowo ubrane sługi, czekające przed marmurowymi schodami. Zeskoczył kilka końskich kroków przed nimi. -Tylko uważajcie, bo mocno kopie. -zarechotał. Przystanął na trzecim stopniu i złapał trochę tchu, obejrzał się na ocean. Niebo zasnuwało się ołowianymi chmurami, a wiatr się wzmagał.
-Nie jest w najlepszym nastroju. -mruknął, ale gdzieś w głębi duszy, miał nadzieje, że to jednak kaprys pogody – nie Tygriusza.
Co jakiś czas mijał zbrojnych na schodach, a na tarasie nawet dwa rzędy rozmieszczone po obu skrzydłach. Czarnoskórzy, potężni mężczyźni o złotych oczach pozbawionych białek stali nieruchomo jakby pogoda nie robiła im różnicy. Nie zwrócili najmniejszej uwagi na Seizetsu.
-I na co komu takie osiłki? -westchnął przymykając oczy, przestąpił kilka kroków do złotych drzwi ozdobionych płaskorzeźbami lampartów – były tak realistycznie zrobione, że wydawać by się mogło, że te potężne koty właśnie wyskakują, aby pożreć intruza. Na obu skrzydłach wrót, wyrzeźbiono setki humanoidalnych zwierząt, a z samego szczytu jakby z błogosławieństwem schodził w dzikie bestie dumny Rakshasa, pod mocą którego zwierzęta dostały nowe życie i przewyższenie rasy ludzkiej … Chociaż to nie był problem.
Kołatka na olbrzymiej obręczy, była dość… ohydnym dodatkiem do całego tego, pokazowego bogactwa. Była to ręka niby ludzka, stworzona z brązu, stali i domieszki zakazanego materiału. Była mniej więcej długości ramienia, obleczona w nieco wystrzępiony atłasowy materiał. Wszystko niby w porządku, gdyby nie kość, która z niej ukradkiem wystawała.
Kiedy Seizetsu się zbliżył, ręka się uniosła i otworzyła jedno skrzydło drzwi.
-Odrażające... -mruknął pandołak i zmrużył oczy, jasne wnętrze pałacu raziło wędrowca w oczy. Blask świec odbijający się w lśniących marmurach, w złotych i srebrnych ozdobach na które nie skąpiono zdobień.
Wszędzie na miękkich łapach krzątała się zwierzęca służba.
-No i jesteś wreszcie. -rozległo się echem pomiędzy filarami. Bestia w dziwaczny sposób oparta na swojej łapie, obnażyła kły w złowrogim uśmiechu. Seizetsu podszedł bliżej i klęknął, kładąc jedną dłoń na piersi, schyli pokornie głowę.
-Tak panie, wszystko idzie z godnie z planem. -powiedział głębokim tonem, pokornego i lojalnego sługi. Ubrany arystokratycznie tygrys o ciele człowieka i wywiniętych przednich łapach na odwrót (wierzch łapy rakszasy, jest tam gdzie spód normalnego stworzenia. Nie przeszkadza to im jednak w ich zręczności…). Doprawdy ciężej sobie wyobrazić, bardziej przerażające stworzenia: humanoidalne ciało, pokrywała gruba tygrysia sierść, a wredne złote oczy o pionowych źrenicach w których tlił się płomyk czytesgo zła, zawsze miały baczenie na wszystko. Rakszasa nie stronił od magicznych forteli, często manipulował innymi, by na ich koszt wieść swoje wystawne i wygodne życie.
Z jego gardła wydobył się basowy mruk, a wąsiska wyrastające z porośniętego gęstym futrem pyska poruszyły się.
Seizetsu spojrzał na oblicze Tygriusza i również się uśmiechnął.
Velinias pogrążony w wygrażaniu pandołakowi, nie zauważył ani nie usłyszał szeptów gawiedzi. Z zamyśleń wyrwał go dopiero odór rozkładających się ciał i zatęchłej krwi.
-Deszcz tego nie zmyje, zanim przyjdą tu sługi światła, dobrze by było to choć trochę posprzątać bo zeżre nas epidemia, a Wy nowomodni przybysze z poza granic naszej krainy raczej nie jesteście szczepieni, ani na pęklizne ani gadzilizne. -powiedział głośno, niektórzy pospuszczali zaczerwienione twarze.
-Veliniasie! co mamy zrobić? -zapytała zrozpaczona kobieta. -Do czasu, aż nie przybędzie pomoc z zewnątrz nikt nam nie pomoże. -podniosła na szlachcica brązowe oczęta, obrosłe dookoła piaskowym futrem.
-Mam przez to rozumieć, że mam stać się burmistrzem z Waszej woli? -zapytał dla upewnienia się. W sumie było mu to na rękę, jeżeli chciał awansować dodatkowo w stolicy to sprawowanie takiego urzędu będzie idealną rozgrzewką. Przedtem jednak musiał zagrać, by zebrać poparcie dobrej ludności…
-Czy jesteście pewni, że to właśnie ja jestem w stanie podnieść tak ciężkie brzemię jakim jest zapewnienie Wam ocalałym godziwej ochrony? Czy uważacie, że nadaje się na kogoś kto pokrzepi Wasze serca i poprowadzi Was ku świetlistej przyszłości? -z każdym słowem, jego postawa i jego ton brzmiał coraz śmielej, trafiając tym samym do cierpiących serc mieszkańców miasta.
Odpowiedziało mu zgodne:
-Tak, vivat Velinias!
Przed szereg wysunął się jeden jegomość:
-A czy zakład ubezpieczeń frakcyjnych, pokryje koszty leczenia?
-Jak nie byłeś na spisie przed ostatnią wojną, to nie masz na co liczyć. Ale mamy wybitnych lekarzy z prywatnego ramienia. Prawda? To jak, Pomożecie?!
I tu również odpowiedzieli mu zgodnie.
-To zabieramy się do pracy. Najpierw zbierzcie zwierzęta, to największe truchła i za szybko się rozkładają… -obejrzał się, koło fontanny gdzie puchły zielonkawe i z lekka ruszające się zwłoki. -niepewnego pochodzenia. -skrzywił się i odszedł od tego, czegoś…
Mieszkańcy prężnie wzięli się do roboty.
-Panie Veliniasie. A co potem? -zaczepił go jeden z mężczyzn.
-A kim jesteś?
-Budowniczym. -odparł z dumą.
-To odbuduj dom publiczny, a potem karczmę przy rynku, bo widać że trochę się tym przybytkom oberwało…
-I nie tylko tym… może, jednak lepiej najpierw prywatne mieszkania potem karczmę?
-Nie, robotnicy muszą być zadowoleni. Burdel – karczma – prywata. Taki harmonogram.
-I to się nazywa burmistrz, nie zapomnimy panu tego. -uśmiechnął się szczerze.
Velinias zajął się organizacją pracy ludności, a także pomagał na ile mógł swoją mocą, albo raczej ile chciał – cóż, dzięki swojej mocy mógłby zrównać z ziemią całe miasteczko i zniekształcić teren w koło niego, gdyby obudził się i wstał nie tą nogą co trzeba. Jednak bądź co bądź urodził się jako przedstawiciel czystej krwi rasy Anhelinów, więc resztka dobra w nim nigdy nie wygasła.
***
W między czasie, Seizetsu przeprawiał się niestrudzenie przez gorące piaski pustyni, na grzbiecie niezmordowanego diabolikańskiego wierzchowca, aż dotarł na grzbiecie Pożogi – bo tak ochrzcił swojego końskiego druha na skraj frakcji. Wjechał na brukowaną drogę, prowadzącą do jednego z najbogatszych miast tego świata; Fehir, było miastem można powiedzieć – idealnie położonym. Śmiało mogło konkurować ze stolicą frakcji o ten tytuł. Z tym, że przez Hikari-niwa musiał przejść każdy, kto chciał iść dalej ku północy i na wschód, a Fehir było położone nad południowym morzem dzięki czemu miało dostęp do zamorskich rarytasów, a i przepływ informacji z głębi frakcji był nieco utrudniony.
Zlany deszczową wodą bruk, syczał pod żelaznymi i rozgrzanymi do czerwoności kopytami Pożogi.
Seizetsu, zaciągnął mocno morską bryzę.
-Oood razu lepiej. -odetchnął. -Tak dobrze się słuchasz, że aż żal mi tego tresera. -westchnął, kiedy wprawnie manewrując pośród splotu wąskich uliczek, trafił przed złotą bramę, którą otworzono natychmiast, gdy się zbliżył.
-Chyba na mnie czeka… -mruknął. -patrząc na kolorowo ubrane sługi, czekające przed marmurowymi schodami. Zeskoczył kilka końskich kroków przed nimi. -Tylko uważajcie, bo mocno kopie. -zarechotał. Przystanął na trzecim stopniu i złapał trochę tchu, obejrzał się na ocean. Niebo zasnuwało się ołowianymi chmurami, a wiatr się wzmagał.
-Nie jest w najlepszym nastroju. -mruknął, ale gdzieś w głębi duszy, miał nadzieje, że to jednak kaprys pogody – nie Tygriusza.
Co jakiś czas mijał zbrojnych na schodach, a na tarasie nawet dwa rzędy rozmieszczone po obu skrzydłach. Czarnoskórzy, potężni mężczyźni o złotych oczach pozbawionych białek stali nieruchomo jakby pogoda nie robiła im różnicy. Nie zwrócili najmniejszej uwagi na Seizetsu.
-I na co komu takie osiłki? -westchnął przymykając oczy, przestąpił kilka kroków do złotych drzwi ozdobionych płaskorzeźbami lampartów – były tak realistycznie zrobione, że wydawać by się mogło, że te potężne koty właśnie wyskakują, aby pożreć intruza. Na obu skrzydłach wrót, wyrzeźbiono setki humanoidalnych zwierząt, a z samego szczytu jakby z błogosławieństwem schodził w dzikie bestie dumny Rakshasa, pod mocą którego zwierzęta dostały nowe życie i przewyższenie rasy ludzkiej … Chociaż to nie był problem.
Kołatka na olbrzymiej obręczy, była dość… ohydnym dodatkiem do całego tego, pokazowego bogactwa. Była to ręka niby ludzka, stworzona z brązu, stali i domieszki zakazanego materiału. Była mniej więcej długości ramienia, obleczona w nieco wystrzępiony atłasowy materiał. Wszystko niby w porządku, gdyby nie kość, która z niej ukradkiem wystawała.
Kiedy Seizetsu się zbliżył, ręka się uniosła i otworzyła jedno skrzydło drzwi.
-Odrażające... -mruknął pandołak i zmrużył oczy, jasne wnętrze pałacu raziło wędrowca w oczy. Blask świec odbijający się w lśniących marmurach, w złotych i srebrnych ozdobach na które nie skąpiono zdobień.
Wszędzie na miękkich łapach krzątała się zwierzęca służba.
-No i jesteś wreszcie. -rozległo się echem pomiędzy filarami. Bestia w dziwaczny sposób oparta na swojej łapie, obnażyła kły w złowrogim uśmiechu. Seizetsu podszedł bliżej i klęknął, kładąc jedną dłoń na piersi, schyli pokornie głowę.
-Tak panie, wszystko idzie z godnie z planem. -powiedział głębokim tonem, pokornego i lojalnego sługi. Ubrany arystokratycznie tygrys o ciele człowieka i wywiniętych przednich łapach na odwrót (wierzch łapy rakszasy, jest tam gdzie spód normalnego stworzenia. Nie przeszkadza to im jednak w ich zręczności…). Doprawdy ciężej sobie wyobrazić, bardziej przerażające stworzenia: humanoidalne ciało, pokrywała gruba tygrysia sierść, a wredne złote oczy o pionowych źrenicach w których tlił się płomyk czytesgo zła, zawsze miały baczenie na wszystko. Rakszasa nie stronił od magicznych forteli, często manipulował innymi, by na ich koszt wieść swoje wystawne i wygodne życie.
Z jego gardła wydobył się basowy mruk, a wąsiska wyrastające z porośniętego gęstym futrem pyska poruszyły się.
Seizetsu spojrzał na oblicze Tygriusza i również się uśmiechnął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz