Tak jak powiedzieli, tak też zrobili. Leiru dochodził do siebie dłuższy czas, cóż był odwodniony, niedożywiony i wycieńczony, a dodatkowo coś wysysało z niego życie…
Eja, zastanawiała się czy był to skutek rany jaką odniósł podczas spotkania z demonem lasu, czy tego że medykiem był powszechny krwiopijca imieniem Pinti.
-Nie jestem pewien czy obciąć mu rękę… -zadumał się, wyniszczony pod-wampir o siwiejących i rzednący włosach, które układały się w charakterystyczny sposób po bokach jego pociągłej twarzy.
-Mogłeś mu tyle krwi nie upuszczać. -prychnęła dziewczyna. -Lepiej powiedz, czy Hanh ma jeszcze na niego jakiś wpływ?
-Nie powinna, została przedwczoraj ceremonialnie poćwiartowana i przerobiona zgodnie z niektórymi wyznaniami i przetworzona przez przedstawicieli poszczególnych cechów.
-Czyli nie zmieni się w Potępionego… -mruknęła Eja, pod nosem po czym usiadła na krześle odchylając się na nim. -Upuść mu jeszcze krwi jako swoją zapłatę i się wynoś.
-Ooo tak moja pani. -krwiopijca oblizał się po pożółkłych kłach. Już miał zatopić je w ramieniu tresera, ale usłyszał charakterystyczny chrzęst, podniósł na chwilę pozbawione białek oczy.
-Ale ludzką metodą, ghula nie potrzebujemy. -mruknęła, mierząc w czaszkę Pintiego ręczną, pół automatyczną wyrzutnią kołków. Kiwnęła nią na bok, krwiopijca (o ile to możliwe) pobladł bardziej. Posłusznie odstąpił od kuracjusza i wyciągnął sprzęt stosowny do zabierania krwi.
Po chwili nie było go w pomieszczeniu. Eja – odetchnęła swobodnie i przymknęła oczy.
Szczerze? było jej obojętne czy chłopak zginie teraz czy później – bo zginie na pewno. Była jednak ciekawa, co w takiej nieciekawej okolicy porabia człowiek w dodatku podróżujący na grzbiecie Asperi. Widok żywego osobnika, nie był co prawda dla mieszkańców miasta niczym nadzwyczajnym, ale rzadko trafiał się taki cudak.
Wedle jej oceny, nie był poszukiwaczem przygód ani tropicielem. Żadnych konszachtów z większymi miastami też nie mieli. Nagle wpadła jej do głowy myśl, że zbłąkany wędrowiec może być szpiegiem na usługach Jej bezczelności Światłości. Ten trop jednak też porzuciła, świta tej białowłosej zołzy nie pojawiała się w lasach pod górami, a tym bardziej na tak bocznych szlakach i bez zbrojnej obstawy czy dobrego wyszkolenia.
Dumając tak, przeoczyła moment w którym Leiru odzyskał przytomność.
Był cały obolały i zdezorientowany, miał również wrażenie że coś się w nim zmieniło. Czuł szybki przypływ sił oraz większe tętno. Bystrość jego zmysłów również była dla niego nowa. Zwykły szczebiot ptaka siedzącego na gałęzi odległego drzewa, był dla niego wyraźny. Sądził jednak, że to zasługa leczenia jaki tego, że był nieprzytomny przez dłuższy czas.
***
Do
pomieszczenie wszedł średniego wzrostu mężczyzna, Leiru dostrzegł w że
jego oczy kobaltowe, a ciemne źrenice pionowe przechodzące zaraz
w normalny stan – jak u człowieka. -Eja... pobudka, delikwent Ci zaraz wstanie i ucieknie. -powiedział przyjemnie zachrypniętym, głębokim głosem, sprawiającym że słuchacz automatycznie mu ufał. Cóż, pogodne lice twarzy odznaczone siwiejącą bródką również sugerowały przyjazne usposobienie.
-Wiem, że się obudził. -usiadła normalnie na krześle i obróciła się w stronę tresera opierając ramieniem o krzesło. -Czekałam aż coś powie, ale chyba jakiś milczek się trafił.
Leiru zdziwił się słowami kobiety, chciał na przekór jej słowom udać że śpi, ale wydało mu się to pozbawione sensu, skoro on i pozostali lokatorzy izby wiedzieli, że jest inaczej.
Obrócił się w stronę kobiety; Eja, była ładna i młoda. Prawdopodobnie młodsza od tresera, co do tego akurat nie miał wątpliwości. Miała przyjemne, kobiece rysy twarzy i małe, głęboko osadzone oczy w kolorze platyny. Jej zgrabne ciało, zdobiła elastyczna tunika, która jak się później dowiedział była swego rodzaju pancerzem bowiem wyrabiano ją w specjalny sposób z nietypowego splotu.
Jej długie zgrabne nogi, były obute w wysokie kozaki pozapinane na tuzin sprzączek – ciekawe co się stanie, jak podczas walki się poodpinają? -przeszło Leiru przez myśl.
Przez moment wydawało się treserowi, że jej uda są zasłonięte, ale się mylił, były zakryte szeregiem specyficznych tatuaży, których sensu nie pojmował. Przynajmniej w chwili obecnej…
-Nie milczek… -powiedział w końcu. -Staram się zebrać zmysły do kupy i przypomnieć sobie co się zdarzyło i dla czego Tu jestem.
-hmm... -zadumał się mężczyzna. -Widząc po przebudzeniu nieznane osoby, ja bym zaczął od przedstawienia się i zapytania „co to za miejsce?”
Eja, zaśmiała się.
-Tak oberwał w łeb, i tyle krwi z niego zeszło że może nie pamiętać. -zaśmiała się kobieta łapiąc za brzuch i zaraz ocierając łzy, które zaczęła ronić z rozbawienia.
-Pamiętam... -mruknął treser. -Jestem Leiru… treser z Koer-kibuvits. -powiedział.
-Miło poznać, ja jestem Hoe Avici. -przedstawił się starszy. -A ta rechocząca kobita to…
-Eja Kacak. -kiwnęła głową. -I dla Ciebie nie „kobita” tylko Kacak… KA-CAK
-Dobrze cacak. -zadrwił starszy.
-Czuje się pominięty… -mruknął Leiru nie spodziewając się odpowiedzi.
Oboje spojrzeli na niego.
-Nami się nie przejmuj. To zwykłe rodzinne spory. -stwierdził.
-Aha... -odetchnął. -To gdzie się znajduję? -zapytał.
-Cóż... pochodzisz z dość daleka i nie wyglądasz na takiego co był rodzony przed wojną… -zakłopotał się Hoe.
-No bo rodziłem się w wojnę. A co to ma do rzeczy?
Eja i Hoe, spojrzeli po sobie.
-Ma i to wiele. -przyznała dziewczyna. -Na przód musimy wiedzieć z jakim interesem wędrowałeś na wschodni skraj frakcji i to lasem.
-Na wschód? -zdziwił się Leiru. -Wędrowałem na północ, w kierunku Kalnupe, czy powszechniej znanego Miasta pod górą.
Zapadła cisza.
-No to musiałeś pomylić drogę i to kilka dwa tygodnie temu, tak mniej więcej. -przyznał Hoe. -skoro wędrujesz z Koer… Co właściwie Cię ciągnie do Kalnupe? Nie wyglądasz na takiego co szuka guza…
Leiru odzyskał dość przytomności, by wiedzieć że nie należy dzielić się krwawymi szczegółami z wydarzeń z Koer, skoro miejscowi o tym nie wiedzą. Postanowił więc wycofać się bezpieczną drogą:
-Jestem treserem wierzchowców i znawcą magicznych bestii, chciałem tam otworzyć własny interes. Ruch tam większy, lepsze wyzwania jeżeli chodzi o gatunki stworzeń i tyle. -wzruszył ramionami.
Hoe zaśmiał się i usiadł na łóżku tresera przeczesując swoje krótkie, czarne i już siwiejące włosy ręką. Spojrzał bystrze i przenikliwie na tresera.
Leiru zmarszczył brwił, czuł jakby Hoe usiłował czytać z jego duszy. Nie godził się na to, chciał odeprzeć to przeszywające go na wskroś spojrzenie, nie wiedział nawet kiedy ale mocując się z oczyma Hoego, odepchnął go. Zielony pigment w oczach Leiru, nabrał żywszego wyrazu.
-No... nawet jeżeli nie mówisz całej prawdy, nie będę Cię do tego obligował. -stwierdził i uderzając dłońmi o kolana wstał. Taki obrót spraw, zaskoczył Ejje, podskoczyła i wstała na równe nogi.
-A co jeśli jest szpiegiem? -zapytała nagle.
Hoe odwrócił się w pół kroku i uśmiechnął się pogodnie.
-Nie może być szpiegiem… Ktoś taki, nie jest wygodny… -powiedział i przywołał Eje do siebie. -Twoje ubranie Leiru, leży na szafce. -wskazał przeciwległą ścianę, pod którą stał mebel. -Do wieczora ktoś przyniesie Ci posiłek, do tego czasu nie wyjdziesz stąd. -oznajmił, mówił łagodnym, opanowanym i pełnym sympatii głosem. Chyba tylko dla tego Leiru nie zaprotestował…
***
-Skąd Twoja pewność? -zapytała Ejja. -Bo ktoś taki jak On jest dla Nich niewygodny. Dla nas też może być, ale już mniej. Musimy wybadać jego intencje, ale to zostawmy starszyźnie. Do tego czasu, dlej będziesz się nim opiekować. Zgoda?
-Mam męża i młode. -odparła.
-Przecież Raktu poszedł na tacierzyński. -zarechotał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz