piątek, 16 listopada 2018

Demon lasu 1/2

Przechodząc od paru dni zapomnianymi przez wszystkich bogów duktami leśnymi. Większość zmysłów Leiru uległo znacznemu wyostrzeniu, zdawało mu się że wariował. Ale niekiedy słyszał, jak na najwyższych partiach drzew siadają magiczne bestie, które potem niemal bezszelestnie lądowały na ściółce leśnej polując na pełzające w krzakach stwory.
Uszy tresera filtrowały, każdy nawet najmniejszy dźwięk. Kiedy zapadła noc, poszycie lasu rozświetlały w pełni zakwitłe kwiaty Tardy leseli, kwiaty gęsto występujące na terenach pod górzystych. Leiru słyszał, że jakoby są za górami specjaliści posługujący się tą i innymi roślinami jak bronią.
Podłoże migotało od blasku latającego robactwa, które rozświetlały rozkwitające w mroku świeczniki dumne. Świetlisty blask odwłoków nocnych robaków, igrał w pięknej grze fioletowych, drobnych płatków rośliny, której pnącza rozciągały się niczym mięsisty dywan, dopiero teraz wychodzący spod ostrych traw.
-Może dni nie są miłe... ale nocki piękne. -westchnął romantycznie Leiru. -Ja dalej nie idę. -oznajmił swojemu wierzchowcowi i ułożył się pod drzewem.
Zdawało mu się, że ten las strzelistych drzew zaczął rozbrzmiewać milionami dźwięków, zapachy drażniły jego nos. Odetchnął ciężko.
-Nienawidzę się... -mruknął. Cóż, tak to już z Leiru, było że nie tylko On się sam nienawidził. Jego nienawidziło pół frakcji.
Jak to się stało? Rozwiązanie tej zagadki jest proste, Leiru był potomkiem łowcy, dla tego zamiast białych czy perłowych włosów miał brązowe lekko wpadające w ciemny blond. A zamiast szarych czy platynowych oczu, miał szmaragdowe - głównie nimi łowcy się wyróżniali. Chociaż u niego ten szmaragdowy kolor, był na dalszym planie. By uzyskać agresywnie zielony, unikatowy odcieniem pigment, musiałby przebudzić w sobie instynkt. Ten jednak został przez niego stłumiony, lata temu kiedy pracował na wybrzeżu jako zaklinacz zwierząt na pokazach objazdowych.
Obudził go kwik Asperi i dziki ryk boleści mgielnej pantery od której zerwało się w przestrzeń kilka śpiących na gałęziach intybusów - ptaków, które świetnie maskowały się w każdym odcieniu zieleni. W porze migracji leciały nad morze wzdłuż górskiego pasa, a potem na powrót do serca kontynentu.
Poderwał się płosząc pozostałe świetliki krzątające się za swoimi sprawami koło kwiatów, odleciały do jaśniejącego jutrzenką nieba, jako najżywsze z gwiazd.
Rozejrzał się w koło, Ryzgar (czt. Ryzgan) - jak ochrzcił swojego Asperi,  uderzył mocnym podmuchem wiatru w napastnika, Leiru musiał zaprzeć się mocno ziemi i zasłonić oczy.
Mocna bestia - stwierdził do siebie w myślach. Wyciągnął z pod narzuty, jedyną broń jaką miał, nóż którym swego czasu chciał potraktować Velniasa, skoczył ku swojemu wierzchowcowi.
Walczył mężnie pomiędzy drzewami z wielką panterą mgieł. Dla czego tak? jej furo było szare, opatrzonę wieloma plamkami o zbliżonej tonacji, ponadto miała nieprzyjemną zdolność maskowania, kiedy podskoczyła w odpowiedni sposób przywoływała gęstą mgłę w której się ukrywała.
Teraz też chciała to zrobić, Ryzgar stanął w gotowości bojowej.
Leiru skoczył ku niemu i złapał się jego karku. Z początku wierzchowiec prychnął i zadrżał, ale zaraz się uspokoił.
-spokojnie jestem z Tobą. -szepnął do rumaka. Czas jakby się zatrzymał, mgła która zaczęła ich otaczać rozpłynęła się, a pantera w pół skoku z wysuniętymi pazurami wbiła w nich przerażony wzrok.
Obok wielkiego kota zjawiła się zielona pani, jakby wyrosła z trawy, bo w nią była przyodziana. Obłaskawiła agresywne zwierzę i szepnęła coś do niego. Pantera poruszyła się, jakby przyklękła na jednej łapie i uskoczyła w mroki lasu, dalej nieco rozpływając się we mgle.
-Darujcie proszę, małe kociaki już takie są. -odwróciła się do Leiru. Treser w tych miłych kobiecych lisach dostrzegł swoją matkę, ale nim coś powiedział potrząsnął głową i zobaczył jak Ryzgar, parska zaczął wierzgać a jego srebrna grzywa zaczęła połyskiwać, jakby szykował się do rzucenia sobie znanego zaklęcia.
-Kim Ty jesteś? -zapytał Leiru. Kobieta przytknęła palec do ust z tajemniczym uśmiechem. Coś słabo pulsowało pod ziemią chciał się ruszyć ale hipnotyczne oczy kobiety nie pozwalały mu na to. Asperi rzucił się do ucieczki, przetrącając swojego pana.
-Ryzgar! -zawołał.
-Nie martw się o niego. -powiedziała miło kobieta. -Znajdzie się... -powiedziała uwodzicielsko. Nim spostrzegł, że ciało oplatają mu drzewne pnącza i skutecznie uniemożliwiają mu poruszanie się. Otoczyła go gruba ściana z liści z obu stron.
-To zajmie chwilkę. -powiedziała kobieta, zbliżając swoją twarz. Nagle jej wyraz zmienił się nie do poznania, stała się sina, a z jej gardła wydobył się syk. Leiru jakby obudził się ze snu, ujrzał przed sobą maszkarę o dwóch szeregach brudnych kłów z których kapała ślina, wężowaty język i czerwone ślepia.
Zza liściastych ścian usłyszał stłumione "Tu jest!" "Łapać to!" stwór tracąc na chwilę skupienie, osłabił swoje sidła. Leiru wyrwał z nich ręce i nogi, po czym chwycił za nóż.
Pomiędzy drzewami uwijały się ciemne sylwetki, w stronę syczącej bestii która chciała pochwycić w dzikim szale któregokolwiek z nich sypały się krótkie strzałki, całkowicie wykonane z metalu.
Ktoś capnął Leiru za plecy i odciągnął .
-Capnęła cię? -zapytał zamaskowany przybysz, po głosie rozpoznał że to kobieta.
-Nie, nie drasnęła mnie nawet. -stwierdził.
-Zostań tu i się nie wtrącaj. -przestrzegła i ruszyła w bój. Leiru jednak się mylił, podczas oswobadzania się z drewnianych pęt ranił się w rękę.
Kręciło się w okół rozszalałego stwora tyle osób, że ktoś ciągle stał przed nim i zauważył cieknącą krew po ręce chłopaka.
-Zranił się! -krzyknął mężczyzna. Wszyscy zamaskowani cofnęli się.
-Mówił, że nie jest ranny.
-Przybysz, nie wie czym to grozi. Weź go i idziemy stąd. -rozkazał.
-Tak jest.
Dziewczyna wzięła Leiru pod ramię i wszyscy uskoczyli we wgłębienie nieopodal szalejącej bestii. Treser stoczył się po górce i oplątał w roślinności jaka tylko się nawinęła.
-Skąd ta sierota? -zapytał któryś z grupy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz