-Wszakże od krwawej pełni minęło sporo czasu, istoty są spokojne. Poza tym strażnicy nie donieśli o żadnych zamieszkach, a kto, jak kto, ale Lupinale są bystre i słabo podatne na magię. A mimo to i ich obdarto ze skóry, a kilku powieszono za ogolone ogony na bramie miasta. Co o tym myślisz? -Ambriel zwróciła się do Kołbuga.
-Sądzę, moja Pani, że to była sprawka łowców. -odparł doradca.
-Łowców? -powtórzyła jakby pierwszy raz usłyszała to słowo. -Wszystkie zakony w naszych granicach upadły. A do tej pory uciemiężony przez nich lud, zorganizował samosąd na prawiące się tą profesją istoty.
-Nie do końca. -pogładził się po wąsie. -Zakonów już nie ma, ale potomkowie łowców są obecni. Może któryś postanowił wziąć odwet za swojego zmarłego krewnego? Nie tak łatwo wytrzeć ślady historii, a już na pewno nie w niecałe czterdzieści lat.
Pani światła milczała przez dłuższy czas błądząc oczyma po wymalowanym suficie. Starannie wymalowane freski przedstawiały jedno z jej największych osiągnięć - uczestnictwo w pieczętowaniu Zniszczenia. W tej kampanii towarzyszyło jej wielu łowców, a znaczą ich część miała pod swoją komendą.
-Hmmm... -przymknęła oczy i założyła ręce pod głowę. -To z teorią o łowcach nie jest takie głupie, ale jeśli ich potomkowie żyją, to wynieśli się do frakcji Leśnych gończych. -podskoczyła, by usiąść. -Sprawdź kto przechodził przez tamtą granice.
-Tak jest moja Pani. -Kołbug skłonił się głęboko.
***
Tymczasem na peryferiach miasteczka Koer-kibuvits, dwaj przyjaciele świętowali udaną sprawę.
-Muszę Ci przyznać, że całkiem nieźle narozrabiałeś i dość szybko poszło Ci wymordowanie większej połowy mieszkańców miasteczka włącznie z przyjezdnymi. Myślisz, że wywoła to wojnę? -zapytał jak gdyby z troską Velnias. Jego rozmówca siedział wygodnie rozparty na obszernym krześle. Brzuch miał trochę wydęty i wydawać by się mogło, że z natury jest skorym do lenistwa stworzeniem. Jednak jego okrągła twarz, sprawiająca wrażenie sympatycznej, była bardzo myląca.
Otworzył powoli jedno ze swoich jadeitowych oczu i łypnął nim na szlachcica.
-Muszę Ci przyznać, że całkiem nieźle narozrabiałeś i dość szybko poszło Ci wymordowanie większej połowy mieszkańców miasteczka włącznie z przyjezdnymi. Myślisz, że wywoła to wojnę? -zapytał jak gdyby z troską Velnias. Jego rozmówca siedział wygodnie rozparty na obszernym krześle. Brzuch miał trochę wydęty i wydawać by się mogło, że z natury jest skorym do lenistwa stworzeniem. Jednak jego okrągła twarz, sprawiająca wrażenie sympatycznej, była bardzo myląca.
Otworzył powoli jedno ze swoich jadeitowych oczu i łypnął nim na szlachcica.
-Jeszcze trochę, a pomyślę że jesteś litościwy jak na praworządnego błogosławieńca przystało. -mruknął. Gdyby był zwierzęciem, ten mruk mógłby z łatwością wydać się ostrzegawczym warkotem.
Velnias, przechylił głowę w zdziwieniu.
-Litość? To jakiś tutejszy przysmak? -zapytał.
-Litość? To jakiś tutejszy przysmak? -zapytał.
-Już zaczynałem się martwić. -Seizetsu poczochrał się po czarnych włosach upstrzonych białymi łatami.
-Nigdy nie przestanę się dziwić szachownicy jaką masz na głowie. -wyznał szlachcic. Westchnął. -Pewnie słuchy o Twojej eskapadzie dotarły już do władz. -zauważył jak gdyby od niechcenia.
-I co z tego skoro nie wiedzą, że to Ja? Wszystko spadnie na tego wystraszonego chłystka.
-Ale tak trzeba przyjacielu. Jak myślisz, co się stanie kiedy wpadnie w łapy wampirów?
-Zanim tam dotrze może zginąć, albo zginie kiedy tam dotrze. -podrapał się za uchem, jakby był psem. -Tygriusz osobiście się tam pofatygował, nieco przed pełnią. Wampiry nigdy nie były tak dobrze zorganizowane i tak pewne swojej wiktorii. Rzekomo jednego z nich wspiera niedoszły władca tronu umrzyków, no i królowa Lodu ma wrócić na szczyt. -powiedział Seizetsu, jakby to była powszechnie wiadoma informacje.
Veliniasowi, omal gały nie wyszyły z orbit.
-To, że mieszkam na zadupiu nie oznacza, że możecie mnie zlewać... -mruknął. -Czemu Ja o niczym nie wiem?!
Veliniasowi, omal gały nie wyszyły z orbit.
-To, że mieszkam na zadupiu nie oznacza, że możecie mnie zlewać... -mruknął. -Czemu Ja o niczym nie wiem?!
-oj jo joj... za dużo powiedziałem. -westchnął Seizetsu. Podniósł leniwie oczy na szlachcica. -Mam dwie opcje do wyboru. -Albo Cię zabije... czego przyznam się szczerze nie chce mi się robić, bo jestem najedzony. Albo wyślę Cię do stolicy.
-Po co niby do stolicy? -zapytał Velinias, nie martwiąc się za bardzo o swoje życie.
-Będziesz wtyką Tygriusza na dworze jej wysokości, a nawet awansujesz na jakiś ciepły polityczny urząd... O ile się postarasz. -spojrzał na swoją dłoń.
-Będziesz wtyką Tygriusza na dworze jej wysokości, a nawet awansujesz na jakiś ciepły polityczny urząd... O ile się postarasz. -spojrzał na swoją dłoń.
-Kiedy mam ruszać? -zapytał szlachcic.
-Kiedy przyjdzie po Ciebie straż. -twarz Seizetsu przybrała nieciekawy wyraz. Jego obnażone białe kły zalśniły złowrogo, wstał i podszedł do Veliniasa, który zaczął na powrót obawiać się o swój byt na tym świecie.
-Co Ty chcesz zrobić? -zapytał spanikowanym głosem cofając się. Kiedy Seizetsu rozdziawił paszczę w której znajdował się podwójny szereg zębów, szlachcic naszykował dłoń, a w głowie zaczynał inkantować zaklęcie.
-Zobacz, bo chyba coś mam między zębami i nie mogę tego wyciągnąć.
-Zobacz, bo chyba coś mam między zębami i nie mogę tego wyciągnąć.
-Człowieku chcesz żebym na zawał padł?! -krzyknął na kompana.
-Tylko mnie tu nie obrażaj! Nie jestem żadnym człowiekiem... -zaprotestował. -przynajmniej nie w pełni... -dopowiedział ciszej. -Poza tym, Ty i umrzeć... myślałem, że te słowa nie występują w jednym zdaniu. -przyznał. -No patrz, bo mnie to irytuje. -rozdziawił na powrót paszczę.
-Tylko mnie tu nie obrażaj! Nie jestem żadnym człowiekiem... -zaprotestował. -przynajmniej nie w pełni... -dopowiedział ciszej. -Poza tym, Ty i umrzeć... myślałem, że te słowa nie występują w jednym zdaniu. -przyznał. -No patrz, bo mnie to irytuje. -rozdziawił na powrót paszczę.
-Faktycznie... -przyznał Velinias. -coś tu masz. Uuu.. może zaboleć. -stwierdził i wsunął w niemożliwie otwarte szczęki dłoń. -Tylko jej nie odgryź... -mruknął.
Chwycił za wbity w dziąsło pomiędzy zębami przyjaciela fragment czegoś i...
Chwycił za wbity w dziąsło pomiędzy zębami przyjaciela fragment czegoś i...
-Popaprało Cię?! Szmyrgnięta panda! -wrzasnął Velinias, by po chwili zawyć z bólu. -Przywykłem do Tego ciała. Ałaała!
Zamiast jego przyjaciela stała w salonie potężnie zbudowana bestia o biało-czarnym futrze i zakrwawionym niedźwiedzim pysku, w którym wierzgała ręka szlachcica. Bestia zgryzła ją kilka razy i połknęła.
Założył łapę za głowę.
-Daruj, ale na prawdę zabolało.
-A co z moją ręką? -zapytał Velinias. -Tego ciała nie mogę od tak zregenerować. -wył na podłodze dalej, spodziewał się, że pandołak ją wypluje i że choć pogryziona to nada się na przeszczep. Jednak nic się nie działo, szlachcic podniósł głowę.
-Zeżarłeś ją tak? I co ja teraz zrobię?!
Pandołak stał skonsternowany całym zajściem. Po długiej chwili wycia Veliniasa w niebogłosy.
-A co z moją ręką? -zapytał Velinias. -Tego ciała nie mogę od tak zregenerować. -wył na podłodze dalej, spodziewał się, że pandołak ją wypluje i że choć pogryziona to nada się na przeszczep. Jednak nic się nie działo, szlachcic podniósł głowę.
-Zeżarłeś ją tak? I co ja teraz zrobię?!
Pandołak stał skonsternowany całym zajściem. Po długiej chwili wycia Veliniasa w niebogłosy.
-Ale teraz jak to wiarygodnie wygląda. I Ty padłeś ofiarą rzezi, tylko ocaliłeś się w ostatniej chwili tracąc przy tym rękę. -Podsunął Seizetsu.
-Oż Ty... -pozostała lewa ręka Veliniasa, posłużyła szlachcicowi do skupienia swojej mocy, której już część zużył na powstrzymanie krwawienia.
-Oż Ty... -pozostała lewa ręka Veliniasa, posłużyła szlachcicowi do skupienia swojej mocy, której już część zużył na powstrzymanie krwawienia.
-To ten... -Seizetsu zmienił się w człowieka. -To ja już uciekam, zanim przyjdą tu mundurowi od światła. Zdam dokładną relacje Tygriuszowi, to awans na państwowego urzędnika będziesz miał od razu. To bywaj! -rzucił i wybiegł, Veliniasowi to nie przeszkodziło w dokończeniu inkantacji. - Wybuch kuli ognia, spowodował poważny uszczerbek w dobytku szlachcica.
-Co za gad... Wracaj tu! -wrzasnął, wyskakując przez okno.
-Pandy to ssaki! -zawołał Seizetsu, na grzbiecie diabolikańskiej bestii.
-Zatłukę Cię futrzaku! Pieprzony likantrop... -skwasił się Velinias. Wyszedł z domostwa, które zajęte ogniem powoli się waliło, machnął pozostałą ręką na to. -A żeby mu się tak futro zmechaciło,... żeby doprać tych białych łat nie mógł... żeby mu kuźwa kołtun przy tym omyku skudlił! -tak złorzecząc i odgrażając się Pandołakowi, dotarł do miasteczka, w którym trwały porządki...
-Zatłukę Cię futrzaku! Pieprzony likantrop... -skwasił się Velinias. Wyszedł z domostwa, które zajęte ogniem powoli się waliło, machnął pozostałą ręką na to. -A żeby mu się tak futro zmechaciło,... żeby doprać tych białych łat nie mógł... żeby mu kuźwa kołtun przy tym omyku skudlił! -tak złorzecząc i odgrażając się Pandołakowi, dotarł do miasteczka, w którym trwały porządki...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz