Nie był wstanie określić swojej lokalizacji, nie dla tego że nie wędrował po tych lasach, ale nie przypominał sobie miasta wysuniętego na wschód od Kalnupe naniesionego na mapie. Widok zza okna też mu nic nie mówił, poza tym że ocenił iż otwierało się na południe. To wprawiało go w jeszcze większą zadumę, bo nie widział gór znad koron drzew, a tak charakterystyczny twór geologiczny nie mógł sobie od tak zniknąć nie?
Drzewa też wydały mu się jakieś inne, nie rozpoznawał większości gatunków, zdawało mu się również że trwa tu wieczna wiosna na łamach wczesnego lata. Młode liście mieniły się w odmianach zieleni, a co jakiś czas mocniejszy podmuch wiatru strącał kilka wprawiając je w niezwykły taniec w promieniach wiosennego słońca. Właśnie to jeden z takich podmuchów, przygnał małe połyskujące stworzonko.
-Myślałem, że Cię wróble rozdziobały. -przyznał Leiru, ciesząc się z widoku pryzmatycznego, małego ptaszka.
***
Tymczasem
gdzieś w dolnych partiach miasta, życie toczyło się swoim rytmem. Po
wybrukowanych uliczkach, przechodził się Hoe wraz z czymś mało podobnym
do człowieka.-Jesteś pewny? -zapytał stwór.
-Ja, zawsze jestem pewny. To łowca, bez dwóch zdań. Więc szpiegiem być nie może jak sugerowała Eja. -powiedział. Stwór odbił się od ziemi i znalazł się na podeście zawieszonym na wysokim drzewie i kiedy tylko go dotknął, przemienił się w człowieka.
-Więc zobaczmy to Twoje cudo. -odparła kobieta obwieszona złotem, jej czarna szata została wyszyta owym kruszcem w bajkowe niemal wzory. Weszli do środka, Leiru zeskoczył z parapetu, a mały ptaszek jakby przeczuwając kłopoty odleciał i ukrył się gdzieś.
-Dzień dobry. -przywitał się sympatycznie. -W końcu widzę jakieś istoty. -ucieszył się.
-Nam również miło widzieć Ciebie w zdrowiu. -odparł kobieta dość wyniosłym głosem i nie kiwając głową.
Hoe stanął koło Leiru, kiedy kobieta odziana w złoto zajmowała dostojne miejsce na drewnianym krześle.
-Poznaj przybyszu, to Leina, przedstawicielka tutejszej władzy, jedna z... -nie dokończył, Leina przerwała jego wypowiedź gestem dłoni.
-Chcę usłyszeć osobiście powód Twojej wędrówki.
-Chciałem iść do Kalnupe, miasta pod górami ale musiałem pomylić drogi. -przyznał prostodusznie.
Kobieta podniosła palce i pokiwała nim na boki.
-Nie, chcę usłyszeć dla czego opuściłeś Koer. -uniosła brwi i spojrzała na niego łagodnym, pełnym miłości spojrzeniem. Hoe lekko szturchnął go otwartą dłonią w plecy, aby chłopak zasiadł przy stole na przeciw Leiny.
Spojrzał na szpakowatego mężczyznę, który stał spokojnie z założonymi rękami i jedynie przymknął oczy opuszczając delikatnie głowę, westchnął i podniósł oczy na złotą panią.
-Czyli już słyszeliście o krwawej aferze w Koer, gdzie nawet Lupinalom się dostało i powieszono ich za własne wnętrzności, w które wbito ich szable nad główną bramą?
Kobieta przymknęła na wpół oczy.
-Tak i wiemy również kto za tym stoi. Było to powiązane bezpośrednio z Tobą?
-Nie wiem. -przyznał nieco bezradnie wzruszając ramionami. -Przecież jestem prostym treserem, może mieszkańcy mnie nie lubili, ale lepszy obrót w interesach mieli kiedy tam pracowałem i prowadziłem swoją farmę.
-Niewątpliwe. -przyznała. -Skąd się tam znalazłeś?
Wrodzona żyłka nieufności i podejrzliwości o najgorsze od istot żyjących, właśnie się naprężyła.
-Skąd to pytanie? -zapytał spokojnie choć spojrzenie mu się wyostrzyło, a każdy mięsień naprężył się tak, że czuł iż byłby w stanie doskoczyć do okna i rzucić się do ucieczki. Hoe, jakby czując zdenerwowanie i desperacje Leiru.
-Bo mamy podejrzenie, że jesteś łowcą krwi, a nie nauki. -powiedziała spokojnie, po tych słowach poderwał się, a wtedy Hoe przystąpił w jego stronę z długim sztyletem w ręku. Leina uspokoiła mężczyznę gestem dłoni.
-Też zamierzacie mnie zabić z tego powodu? -zapytał.
-Nie Leiru... -Leina spojrzała na niego z miłym uśmiechem na twarzy. -Nie zamierzamy Cię zabić. Chcemy się upewnić czy możemy Ci zaufać. -powiedziała zaglądając mu głęboko w oczy, Szaro perłow o ciemnoniebieskiej źrenicy.
Dla tresera było to coś nowego. Zauwać? ktoś chciał się upewnić czy Jemu zaufać? To było jak sen. Nigdy nikt się nad tym nie rozwodził, zwyczajnie albo go potępiano albo zlewano jego istnienie i to On musiał się zastanawiać czy komuś zaufać. Patrzał na złotą panią w zdumieniu jeszcze przez moment, potem usiadł.
Leina, wyciągnęła dłoń do niego.
-Ale może najpierw powiedz czy Ty ufasz Nam? -zapytała. Leiru powoli podniósł głowę i spojrzał na dłoń kobiety jakby zastanawiał się ku czemu ona służy.
***
W międzyczasie, ponad zatłoczonymi ulicami
Hikari-Niwa (stolicy frakcji) w jednym z pięknych budynków wzniesionych z
białego kamienia, na jednym z najwyższych pięter toczyła się ciekawa
dyskusja. Pomiędzy Velniasem, a ciekawym delegatem z dalekiej północy. Cóż dzięki pomocy Rakszasy, Velnias mógł się kontentować nader wysokim urzędem jak na mało znanego szlachcica z pośredniej miejscowości.
-Byłbym Ci wdzięczny, gdybyś mógł mi pomóc. -powiedział, spokojnym głosem znawcy jegomość odziany w niebieski płaszcz i takiż sam surdut na którym spoczywała biała kryza i specyficznie wywinięty symbol wiary z rubinowym kamieniem.
-Jestem tylko pośrednikiem. Ale skoro twierdzisz, że Tygriusz zna...
-Znać sprawę zna. -przyznał przerywając Velniasowi w pół słowa.
-Wyczuwam tutaj niedopowiedzenie, a tego nie lubię. -przyznał. -Jak mógłbym Ci pomóc?
-Chodzi o dość delikatną sprawę. Ty jako szycha w dziale przepływu informacji, chyba powinieneś móc mi pomóc. Potrzebuje wieści o posłańcu, który miał dotrzeć do miasta Kalnupe oraz informacji wojskowych.
Velinias milczał czas jakiś.
-Słyszałem, że wampiry są dość bystre. Czemu sam tego nie sprawdzisz?
-Nie musisz znać powodów mojej ostrożności. Normalnie poszedł bym z tym do Tygriusza, ale nie mam możliwości. Potrzebuje tych danych maksymalnie do święta Geri Sieluna.
-A co będzie jak nie dam rady? muszę jeszcze wysłać z tego raport do Tygriusza.
-Nie musisz... -powiedział i wbił w biurko nóż z trupią czachą na krzyżu i klepsydrą zamiast normalnej rękojeści. -Wiesz mi, anie nie musisz, ani nie chcesz tego robić. Skoro dałeś mi słowo, że to zrobisz to jeżeli nie wywiążesz się z transakcji, to.. -stuknął w szafirowy klejnot zdobiący głownie. -Cię zabije.
-Nie masz prawa. -odparł Velnias.
-Jak to nie? -zapytał wampir. Pomimo iż na dworze panował dość gorący klimat jaki zazwyczaj bywa na pustyni. Venias odczół przeraźliwy chłód, który z łatwością mógłby skruszyć jego kości. -Jesteś jedynie psem Tygriusza, a ja jego współpracownikiem.
-Taak? -zapytał. -To wiedz, że... -Velnias podniósł jedną drżącą dłoń, która zapłonęła błękitnym ogniem gehenny i ze spokojnym wyrazem twarzy otworzył karmazynowe ślepia przedzielone siarczystą pionową źrenicą. -Tygriusz ma bardzo agresywne pieski, których ciężko się pozbyć.
Wampir cofnął się o pół kroku i po chwili zdumienia wzruszył ramionami, jakby nic przed chwilą nie zaszło. Chłód opuścił pomieszczenie.
-Jak zdobędziesz to o co proszę, nabij kartkę na sztylet i wyrzuć przez okno ile masz sił w kierunku północy. -powiedział wampir i wyszedł z pomieszczenia.
-Phi... -płomień na ręku Velniasa zgasł. Przymknął oczy i odwrócił się do okna. -Jeszcze trochę i Moja Pani odzyska wolność, a wówczas wszystko wróci do normy... -powiedział do siebie, odetchnął głęboko i otworzył oczy, po czerwonych, demonich ślepiach nie było śladu. Jedyna co musiał zrobić to przewietrzyć pomieszczenie, bo nie zauważył kiedy ale kopciła mu się czupryna przez co nadymił i osmalił białe sklepienie.
Następny rozdział będzie nieco dłuższy prawdopodobnie rozbity na trzy części ;3
OdpowiedzUsuń