środa, 19 grudnia 2018

Leiru poszukiwany

W tym samym czasie, kiedy niczego nieświadomy i skołowany zaistniałą sytuacją Leiru, był prowadzony przed swoisty sąd kryształowego miasta, w skład którego wchodziła rada starszych zakonu łowieckiego.
W odległych częściach frakcji błogosławionych wrzało niczym w ulu, zacznijmy od Tygriusza i jego powiązań...
Dumny i groźny Rakszasa, siedział na złotym tronie w przeraźliwie cichym pałacu. Nic nie śmiało przerwać onej grozy jaką spowity był przybytek, po chwili z gardła Tygriusza wydobył się złowrogi, ciężki mruk podobny do warknięć dużego kota.
Mieszał czerwoną ciecz w przeźroczystym kielichu i wbijał swoje nienaturalnie złote oczy w ciało pandołaka...
-Seizetsu -odezwał się w końcu. -Zapewniałeś mnie, że mamy Go po swojej stronie.
-Bo tak jest mój panie. Nie wiem, co mogło się stać że nie dotarł na miejsce. To wręcz niemożliwe. -przyznał likantrop. -Ruszę w tamtym kierunku i zobaczę co...
-Nie! -wrzasnął Tygriusz obnażając swoje kły. Seizetsu skulił się w sobie, jakby chciał ukryć się we własnym ciele. Rakszasa przechylił kielich. -Nie... Ten cały łowca jest poszukiwany listem gończym, przez Twoją nieuwagę. -warknął.
Pandołak czuł jak mu serce podchodzi do krtani, pomimo tego wydusił z siebie ciche i jakże pokorne pytanie;
-Jaką karę mi wyznaczysz?
-Karę? -Tygriusz uniósł w zdumieniu brwi, aż mu się czarne paski na błękitnym futrze wygięły. -Seizetsu, jesteś najlepszym agentem jakiego mam. Przynajmniej jednym z najlepszych, jak to się mówi "Nie myli się ten, co nic nie robi" Ruszysz w inną stronę z innym zadaniem.
Seizetsu położył dłoń na swojej piersi i skłonił się pokorniej.
-Okazujesz mi niezwykłą łaskę Mój panie. Co mogę dla Ciebie zrobić?
Wyciągnął leniwie wolną łapę i zrobił swój szacher macher, by w dymie ukazał się punkt docelowy wyprawy Seizetsu.
-Jako, że zdecydowanie lepiej idzie Ci na gruncie Diabolików, wrócisz morzem do onej frakcji. Po drodze zatrzymasz się na wyspach księżycowych, które zamieszkują Yuu-tsuki. Tam zdobędziesz ampułkę krwi. Nie wiem gdzie ona jest, więc musisz ją odnaleźć za wszelką cenę.
Po Seizetsu przeszedł dreszcz, przeląkł się myśli Tygriusza domyślał się do czego ten artefakt będzie mu potrzebny. Jednak jaki miał wybór?
-Jeżeli nie podołam, to zginę próbując. -zapewnił oddanie. -Co mam dalej zrobić w razie przejęcia artefaktu?
-Płynąć do Diabolikanowa. -Rakszasa zacisnął łapę rozpraszając wizerunek wysp księżycowych i fiolki krwi po czym zakręcił swoje kocie wąsiska. -Jeżeli tutaj wszystko mi się powiedzie, dołączę do siebie. Muszę mieć nad Tą sprawą osobisty nadzór, rozumiesz? -wychylił resztę czerwonego płynu, a oczy jego zalśniły złowrogo.
-Rozumiem wasza miłość. Pozwól więc, że przyszykuje się do podróży.
Tygriusz wywinął łapę i machnął jakby odganiał nieznośną muchę.
-Dobrze powiedziane, o ile Ci się uda... -zarechotał, a jego śmiech zaraz odbił się echem w złotych komnatach.
***
Niewiele, bo kilka dni wcześniej stolicę frakcji nawiedziła Pani Światła, pospiesznie wróciła z objazdu swoich włości i z wielkim niepokojem przyglądała się miastu zza kryształowych okien. 
-Coś Cię niepokoi? -zagadnął delikatnie Kołbug.
-Hmf -odparła fuknięciem, nie spoglądając na przyjaciela. Kiedy jednak usilnie wbijał wzrok w jej jasne, wręcz boskie oblicze, które pomimo upływających lat nie zmieniło się za bardzo. Odetchnęła przymykając głębokie, szmaragdowe oczy. 
-Dziwie się, że sam tego nie widzisz. -mruknęła i odeszła od okna.
-Uuu... czy mi się wydaję, czy znów poczułaś coś w końcu? -zapytał, a w jego głosie dało się wyczuć nutkę ekscytacji. Spojrzała na niego szorstko.
-Coś sugerujesz? -jej głos wyraźnie się oziębił i znacznie wyostrzył, gdyby mogła poraniłaby nim Nefe, który przyglądał się ciekawie władczyni, jak gdyby z zadowoleniem głaszcząc się po siwej bródce. 
-Ależ skąd, po prostu odwykłem od Twoich niepokoi. -stwierdził swobodnie. -Co Cię trapi?
-Smród zakłamania. Gdzieś w tym mieście, coś się czai. Pod moim nosem! -uderzyła płaską dłonią w szafirowy dzban, który tym samym rozbiła.
-Pod latarnią zawsze najciemniej. Już, już... -Kołbug, podszedł do stłuczonego naczynia, ociekającego perlistą posoką. -Zraniłaś się. -zauważył.
Mruknęła coś pod nosem i wyszła z pomieszczenia, dopiero kiedy końcówki jej mlecznych włosów zniknęły Nefe westchnął, zabierając się do naprawy szkód. Choć swego czasu był wojownikiem, to jego artystyczna dusza płakała kiedy widział krzywdę ślicznych błyskotek.
Zastanowił się chwilę, wszak dzban był z minerału szlachetnego, nie powinien tak łatwo pęknąć, przecież to nie kryształ napuszczony błękitną barwą. Przeszło mu przez myśl, że Ambrliel się starzeje, jednak zaraz potrząsnął głową wyrzucając te myśli z głowy.
Następnym co mu przyszło na myśl, to powaga sytuacji. Choć był zaufanym druhem Pani Światła, nie był wstanie odgadnąć większości jej myśli, nie posiadał też zdolności wyczuwania takiego niebezpieczeństwa - w końcu nie był aniołem... 
-Czy jej wysokość Ambriel, jest w nastroju na przyjęcie gościa? -zapytała ślicznie wyglądająca, mała istotka na kozich nóżkach i o popielatych włoskach, sądząc po wielkości zarostu na piersi - była to przedstawicielka płci kobiecej, rasy Diasu.
Diasu, prawdopodobnie kiedyś były kózkami górskimi zamieszkującymi tutejsze tereny i zajmującymi się kryształowymi grotami. Teraz zamiast odpędzać intruzów, czy wróżyć ze swoich stawów zajmowały się służbą u bogatych obywateli. Najczęściej można spotkać Diasu jako pokojówki.
-Zaraz zobaczę. -westchnął zrezygnowany Kołbug. -A kto przyszedł? -zapytał, chyba bardziej od niechcenia niż z ciekawości czy konieczności obowiązku. Bo choćby to był sam Demilicz, jeżeli Ambriel nie miałaby ochoty musiałby pocałować klamkę.
-Przedstawiła się jako Bendis i mówi, że ma coś ważnego do przekazania. Upiera się by widzieć się z panią Ambriel.
Kołbug zmarszczył czoło, coś mu mówiło to imię. Nagle skoczył i pobiegł do Ambriel, którą nakrył na kopulowaniu z jakimś stworzeniem, przechylił głowę w zdumieniu, bo za nic w tej pozie nie mógł odgadnąć do jakiego gatunku należy ten nieborak.
Zaraz poczuł za sobą czyjąś obecność i lekkie szturchnięcie w ramię;
-A gdzie to ma głowę? -zapytał ewidentnie kobiecy głos. Kołbug z trudem oderwał wzrok i podniósł go na gościa. Wypchnął niedelikatnie kobietę za drzwi.
-Bendis, zapomnij o tym najlepiej. -polecił, a zaczerwieniona dziewczyna bawiła się w zakłopotaniu swoimi alabastrowymi włosami.
-Już zapomniałam. -zapewniła i odetchnęła. -Jak skończy to powiedz, że na nią czekam. -z tymi słowy położyła swój korbacz w jego rękach.
-Jestem na to za stary... -wystękał uginając się pod jego ciężarem. -A mogę wiedzieć w czym rzecz? -zapytał i odłożył narzędzie mordu na przeznaczonym na to haku.
-Ktoś wykradł informacje, jakie miała nam przekazać Ambriel.
-Skąd wiesz?
Spojrzała na niego podejrzliwie popielatymi oczami. Podniósł łapy do góry.
-Dobra, idę stracić głowę. -odetchnął i pociągając za klamkę od pokoju Ambriel nieomal nie dostał głową jej zużytego kochanka. -Na zbuki Behemota i wymiociny Topielca!
-Po co bez pukania włazisz? -zapytała jak gdyby nigdy nic Ambriel opuszczając miecz, mając jeszcze po między udami lędźwie kochanka.
-Bo przyszła Bendis mówi, że to pilne.
-Skoro przyszła osobiste to na pewno. -pani światła, zlizała krew zamordowanego ze swoich ust i zaraz była gotowa by wyjść. Dopiero kiedy minęła go w drzwiach, spojrzał na głowę trupa Lupinianin. Wzdrygnął się, ale cieszył się że tym razem był to nader piękny błogosławiony, a nie coś co znalazła po drodze...
**
-Jak to, informacje przechwycone? -zapytała Ambriel. 
-No tak to, goniec dotarł do nas niedawno. Pieczęć była zerwana, część informacji nie do odczytania, widać, że pieczęć zrywał ktoś nierozgarnięty. Zostawił swój wizerunek -z tym słowem podała Ambriel kartkę z wizerunkiem podejrzanego. Szatyn o zielonych oczach, samo to było podejrzane, jednak sądząc po rysach to człowiek w sile wieku. 
-Moi szpiedzy powiązali go z masakrą w  Koer-kibuvits. To Leiru Vadasz, jest synem po ojcu łowcy i matce Rozmownej, to jest; potrafiła rozmawiać ze zwierzętami.
-Ciekawa rodzinka. -przyznała Ambriel. -Skoro, to potomek łowcy i wykradł informacje. Niezwłocznie wyślę za nim list gończy. A co, do wieści ode mnie... Jak u was po krwawej pełni?
-Było całkiem spokojnie, nic z gór nie przeszło na naszą stronę. -przyznała Bendis. 
-Wracaj tam jak najszybciej i o wszystkim mnie informuj. -rozkazała ostro. A potem już jakby do siebie powtórzyła. -Vadasz... -coś to nazwisko jej mówiło, ale co?...

sobota, 1 grudnia 2018

Kryształowe miasto 3/3

Łowczyni przykazała treserowi, nie przerywać jej podczas snucia opowieści. Zaintrygowało go to i siadając oparł się o barierkę tarasu.
-No więc tak, jak już wspomniałam to miasto zyskało przydomek "kryształowego" od jego założycieli. Byli to przedstawiciele kryształowych konstruktów, nie pytaj mnie potem jak funkcjonują bo nie wiem i zgaduję, że mało kto jest wstanie to rozgryźć. Mieszkali tu, zapewne jeszcze przed przebudzeniem bestii. -bardziej rzuciła to jako niepewną ciekawostkę, niż sprawdzony fakt. Szturchnęła nagle Leiru szpicem buta, treser wstał, a Tilki wskazywała mu jakiś punkt ręką, odwrócił się w rzeczoną stronę.
-Tam są góry lodu, a właściwie koniec ich łańcucha. -powiedziała, stali niemalże na przeciw nich, najpotężniejszych gór jednych z niewielu jakie zachowały się z początków świata. Łowiecki potomek, musiał zamknąć swoje usta, przysuwając żuchwę do szczęki, bo oto najpotężniejsze z tworów natury, tkwiły przed jego oczami jako rosnące z pokruszonych gór do wielkości dużych wzniesień w ginące w dali sine masywy.
Stanęła w rozkroku i wyciągnęła ręce wzdłuż swojego ciała:
-Zarówno to co jest tam, tu i w tamtą stronę... -wskazała odległą, ledwie majaczącą w promieniach zachodzącego słońca skałę. -To pozostałości wielkiego Ejderaha - przynajmniej, my go tak określamy. -widząc z deka niezrozumiałe spojrzenie Leiru, postanowiła zagłębić się w tę historię. -Bestia, którą obudziła chciwość istot z powierzchni.Ten potężny gad, który spowodował zmiany na całym świecie, nazywamy go Ejderahan, co oznacza Ten który powróci. Wszystkie granice jakie istnieją teraz, oddzielające cztery frakcje, powstały w momencie w którym Ejderaha upadł.
W tym momencie Leiru się nie powstrzymał:
-Czyli góry lodu, tamta góra...
-Tak... to jego kości grzbietowe. To miasto, zostało wzniesione na jednym z jego żeber. -powiedziała poważnie. -Szpik jego kości, pozwolił przetrwać kryształowcom, w nowym świecie.
To czego dowiedział się treser wywołało u niego szok, cóż nie znał tej części historii. Tak po prawdzie to miał wątpliwości czy w nią wierzyć, ale z drugiej strony nie miał powodów by nie zawierzyć słowom Tilki. Jednak postanowił podejść ostrożnie do nowo nabytej wiedzy:
-Skoro to prawda, to czemu o tym nie uczą?
-To proste, zapomnieli albo uważają to za nie ważne. Słyszałeś o czymś takim jak Gwiezdna ruda, ruda bogów? -podała dwa warianty odpowiedzi, bowiem każda nacja miała tendencje do tego, by inaczej przezwać owy materiał.
-Zakazany materiał? -zapytał Leiru. -Nawet dziecko wie co przez to się stało. -prychnął.
-No i dobrze, już kiedy trwała wojna pomiędzy rasami Gwiezdna ruda została zakazana, a kiedy pokój ogarnął świat oznajmiono, że nie ma więcej żył i uznali to za krew Ejderaha.
Leiru, pokiwał twierdząco głową.
-A co jeżeli powiedziałabym Ci, że w tych górach i w pozostałościach kości Wielkiej bestii znajdują się wciąż jej pokłady, a władze frakcji tają ją przed zwykłymi obywatelami, zlecając jej poszukiwania ścisłemu gronu w gildiach magicznych i sobie potrzebnych hufcach?
Leiru spojrzał na nią bystrze, w głowie zapaliła mu się czerwona lampka. Gdzieś z tyłu głowy pojawiło się wspomnienie o zapieczętowanej wiadomości w ciele pryzmatycznego wróbla.
Treść wiadomości jaką odczytał wtedy, pokrywała się znacznie ze słowami Tilki. Nie chciał jednak, się na razie odsłaniać, więc ugryzł się w język.
Założył ręce na piersi.
-Odparłbym, że to ciekawa teoria, a następnie zapytał skąd taki pokład wiedzy u postronnej osoby?
Tilki, przymknęła oczy.
-Wśród łowców to powszechna wiedza. -rzuciła lekko i wzruszyła ramionami. Leiru spodziewał się jakieś rewelacji, jak na przykład tego, że mają na dworze Pani Światła swoją wtykę. Tym czasem łowczyni rzucił dość wymijająco i obojętnie swoje twierdzenie, zupełnie tak, jakby było to coś oczywistego.
-No to ciekawe macie podręczniki. -zażartował sobie.
Tilki, nic na to nie odparła, jedynie odwróciła się w kierunku miasta, a jej wzrok błądził po ulicach, jakby doskonale widziała w gęstniejącym mroku, rozpraszanym przez rozmywające się z tej wysokości światło migotliwych kwiatów, a teraz występujących z ukrycia grzybów.
-Ho, ho... będziesz miał nie miłą niespodziankę. -stwierdziła.
Leiru zbliżył się do niej i dostrzegł, że jej lśniące złote oczy, miały poblask niby to płynnej rozgrzanej siarki.
-Co takiego wypatrzałaś? -zapytał przechylając się wraz z nią za barierkę.
-Widzisz... -wskazała palcem na lewo. -Te zielone zbroje i liściaste płaszcze?
Nie był pewny czy wzrok nie płata mu figli, zmrużył oczy i wpatrzył się we wskazany przez dziewczynę punkt. To chyba było to, zdawało mu się że pod świecącymi kwiatami przemieszcza się równym krokiem kilku lekkozbrojnych istot. Dostrzegł migoczące zbroje, które odbijały światło latarni.
-Skąd Twoja pewność, że idę po mnie? -zapytał.
-Bo Ejja, jest na czele. Jest dowódcą gwardii miejskiej. -wyjaśniła. -A że idą po Ciebie wnioskuje po pokazowym uzbrojeniu, by "obcy" poczuł trwogę. -wzruszyła ramionami.
Leiru, był pod wrażeniem. On dostrzegał z tego punktu jedynie zarysy i niektóre wyraźniejsze elementy ubioru niektórych jednostek przemieszczających się kilka metrów pod nimi, a Tilki rozpoznała nawet konkretną osobę i rodzaj ubioru, który nomen omen służył w warunkach leśnych za kamuflaż.
Dziewczyna spojrzała na niego i klepnęła go w ramię.
-Nie spodziewałam się że dostrzeżesz choćby odblask od ich pancerzy. -przymrużyła oczy. -Byłby z Ciebie dobry łowca, więc posłuchaj mojej rady - jeżeli będziesz mieć okazje idź do zakonu łowieckiego.
-Nie jest mi to potrzebne. -mruknął. -Możesz mi powiedzieć, czemu idą po mnie?
-A ja wiem? pewnie coś przeskrobałeś. -powiedziała i biorąc go w pasie, zeskoczyła z tarasu. -Daruj, ale mam obowiązek Cię oddać w ręce władz i naprostować Cię jako istotę rozumną. -powiedziała i puściła go kilka gałęzi nad ziemią.
Leiru nie zrozumiał jej ostatnich słów, ale nie miał też szansy zapytać o to, bowiem zawadzając o kilka konarów wylądował twarzą na bruku, niemal tuż przed nogami Ejji.
Wyciągnęła swój krótki miecz i wymierzyła nim w niego.
-Leiru, przybyszu z Koer, jesteś oskarżony o szpiegostwo i tym samym mam nakaz aresztowania Cię i doprowadzenia przed oblicze najwyższej rady. -po tej urzędowej formułce, podeszło do niego dwóch gwardzistów, podnosząc go za ramiona.
-Nie próbuj sztuczek, bo nie mamy rozkazu by doprowadzić Cię w jednym zdrowym kawałku. -powiedziała lodowato Ejja.
Leiru nie wiedział co się dzieje i z początku miotał się z żelaznych uścisków gwardii, ale potem zaprzestał wszelkich szamotanin.
Zdążył bowiem w swoim życiu, przyzwyczaić się że jest oskarżony.
-Mogę chociaż znać podstawę oskarżenia?
-To nie należy do zakresu mojej wiedzy. Wszystkiego dowiesz się przed sądem. Sam z resztą dobrze powinieneś wiedzieć, czym sobie nagrabiłeś. -stwierdziła i prychnęła, jej zimny urzędowy ton ani na moment się nie ocieplił.
Leiru natomiast, zamiast się przejąć zaczął się zastanawiać czemu nie ma przy nim jego nowej przyjaciółki? w sumie... była łowcą, pewnie nie chciała plamić sobie rąk przyznając się do zadawania z kryminalistą. - westchnął i podniósł oczy. - A zapowiadało się miło...

środa, 28 listopada 2018

Kryształowe miasto 2/3

-Jestem Tilki. -przedstawiła się dziewczyna, gdy tylko Leiru ją dogonił. Jej ton świadczył o zadowoleniu z działań tresera. Dziwnie obco zabrzmiało to imię w uszach Leiru, do tego stopnia że postanowił o to zapytać.
-Miło poznać, Leiru jestem; treser i badacz magicznych bestii. -odparł. -Nie jesteś stąd prawda? -zapytał. -W sensie, że z Tej frakcji.
Odetchnęła na moment się zatrzymując, na tej jakże malowniczej uliczce, której system oświetlenia był taki sam jak w karczmie.
-Jak większość istot z tej frakcji. -odpowiedziała na jego pytanie. -A teraz pozwól, że zabiorę Cię na najwyższe drzewo. -wyciągnęła do niego rękę. -Tylko złap się porządnie mojego ramienia. -przestrzegła.
Prośba dziewczyny wydała mu się dziwna, ale nie wiele myśląc zrobił to o co poprosiła. Obróciła się do niego na moment i tylko w tej jednej, krótkiej chwili dostrzegł chytry błysk w jej oczach zaniepokoił nieco tresera. Miał racje, odrzuciła fragment płaszcza, a spod niego wystrzelił hak zaczepiony o żyłkę. Leiru usiłował dostrzec gdzie się wbił, jednak nim zdążył Tilki uruchomiła mechaniczny kołowrotek i w mgnieniu oka, zwinnie manewrując pomiędzy gałęziami zaczęła ich wciągać.
-No! jesteśmy na miejscu. -oświadczyła puszczając Leiru na wysoko położonym tarasie. Zdziwiła się, że mężczyzna nie odpowiada, a zamiast słów wydaje dziwne odgłosy, odwróciła się do niego.
-Może następnym razem, jak będziesz kogoś gdzieś targać, to będziesz tak lawirować wśród konarów, żeby i pasażerowi się nic nie stało hm? -zironizował, zaczynając wyciągać sobie liście i drobne gałązki z włosów.
-Coś tak czułam, że mnie znosi. -rzuciła odkrywczo, nie za bardzo przejmując się stanem Leiru.
-Yhh... -westchnął nieco zirytowany, wyciągając z włosów ptasie gniazdo. -To mówisz, że to miasto jest mieszaniną nacji z kilku szczepów? -zapytał, doprowadzając się do ładu.
-Dziwi mnie, że nie zauważyłeś. -przyznała szczerze i usiadła wygodnie po zewnętrznej stronie barierki. -Przecież kilka osób już poznałeś.
Zrobił sobie w głowie szybką kartkówkę z ostatnich wydarzeń.
-Ale żadne z nich nie wyglądało na "inną" istotę. Że się tak wyrażę. -przyznał.
-No dobra, to ci muszę nieco rozświetlić w głowie. Ymm.. dajmy na to Leina, to zmiennokształtna, a Ejja to hybryda. Hoe to człowiek, ja również, ale zdecydowana większość Kryształowego miasta to przedstawiciele ras, których pani z diamentowego pałacu nie lubi -odchrząknęła znacząco. -Że tak powiem.
-Kryształowe miasto? -podchwycił.
-Na wszystkie macki Terevena! -zakrzyknęła zdumiona odwracając się do niego na raz. -Nie wyjaśnili Ci nawet tego? -zapytała, wybijając wzrok w ciało tresera. Ten zaskoczony z początku reakcją Tilki, wzruszył zaraz niedbale ramionami.
-Może zamierzali wyjaśnić mi wszystko jak zgodzę się na współpracę?
-To się nie zgodziłeś? -zapytała i na raz, stanęła przed nim potrząsając go za ramiona. Musiał przyznać, miała żelazny uścisk. -Rozum postradałeś nieszczęsny łowco? -tarmosiła go, jak pies szmacianą lalkę.
Zmarszczył brwi i strącając jej dłonie odskoczył od niej.
-Nie jestem łowcą - to po pierwsze, po drugie - chciałem najpierw dowiedzieć się na własną rękę gdzie jestem i co mogę zrobić. Bo w piękne słówka nie wierze dziecino. -powiedział szorstko, poprawiając swoje ubranie. -Więc? wyjaśnisz mi łaskawie, co to za miasto skoro już mnie tu przytachałaś? -zapytał.
Tym razem to Tilki spojrzała zaskoczona nagłą zmianą zachowania Leiru, dopiero po chwili skinęła mu głową. Odetchnęła, przymykając swoje drapieżne ślepia.
-Ale obiecaj, że jakbyś jednak tu nie został to nie wypaplesz nikomu o tym miejscu.
Wywrócił oczami.
-Skoro uważasz to, za konieczne. -odetchnął głęboko widząc jej poważne spojrzenie. -Słowo tresera.
-Tak więc, to miasto nazywane jest kryształowym przez jego założycieli i część najwyższej rady... -zaczęła swoją opowieść.
***
W międzyczasie, Hoe wszedł do izby przeznaczonej dla Leiru myśląc, że w niej przebywa albo ewentualnie na niego poczeka, skoro nie zastał tresera. Rozejrzał się po pomieszczeniu - jako wytrawnemu łowcy, instynkt podopowiadał że coś jest nie tak.
Na małym stoliku, przeniesionym przez Leiru niemal pod same okno zauważył stos kartek. Przejrzał je i stwierdził, że to nic nadzwyczajnego, ot nudziło się młokosowi to zaczął rysować i opisywać zauważone z okna stworzenia.
Jeden z kilku kompletów szkiców, przykuł bardziej jego uwagę. Przedstawił on dziwnego małego ptaszka, może nie zwrócił by na to uwagi, gdyby nie dokładny opis przy rozrysowanych częściach ciała. Nad niektórymi znajdował się podpis "Świecące skrzydła" a poniżej "zastosowanie; ??"
Ten wpis zabił w głowie łowcy ćwieka, bo niby zwierze wyglądało normalnie, aż nie spostrzegł dziwnie uformowanych kresek na piersi - To nie mogły być pióra, w dodatku tak dziwnie podpisane.
Coś zadzwoniło przy oknie, łowca odwrócił się i zastygł w przerażeniu widząc pryzmatycznego wróbla.
Ptaszek przechylił głowę przyglądając się Hoemu z ciekawości, ten zaś podniósł się powoli z krzesła i pochwycił małe stworzenie nim zdążyło odfrunąć.
Posypał go proszkiem z rośliny zwanej Migeasem, a po krótkiej chwili ptaszek słabł, by przy następnej próbie wyrwania się - zasnąć. Migeas - znana w tym regionie roślina, z której wytwarza się między innymi mikstury i wszelakie inne proszki ułatwiające zapadnięcie w sen.
Przyjrzał się ptaszkowi, ale na pierwszy rzut oka, nic w nim nie dostrzegł. Dopiero po chwili dojrzał dziwne zarysowania na jego klatce piersiowej, które Leiru uwzględnił w swoich rysunkach.
Wypadł jak błyskawica z mieszkania Leiru i skierował się prosto do Leiny.
-Przerwałeś mi drzemkę. -otworzyła jedno z gadzich ślepi. Wyciągnęła skrzydła i całą długość swojego wężowego ciała.
-Mamy poważny problem, inaczej bym Cię nie budził. Leiru, jest albo szpiegiem albo jest zamieszany w sporą aferę. Patrz na to. -wyciągnął małego, kryształowego ptaszka z wewnętrznej kieszeni i położył go na stole.
Leina niemal natychmiast przeistoczyła się w człowieka.
-Czy to jest, to co ja myślę? -zapytała przyglądając się śpiącemu ptaszkowi. Natychmiast dostrzegła to, co Hoe spostrzegł dopiero po chwili. Niefachowo zdjęta pieczęć, przykuwała uwagę znawców.
-Trzeba, znaleźć tego tresera. Musi nam to wyjaśnić, zajmij się tym, a ja powiadomię Kryształowych.
-To konieczne? -zapytał Hoe.
-Też wolałabym tego uniknąć, do tych ostrych jak brzytwy ciał mało co dociera. -westchnęła Leina. -Ale musimy to zrobić, jeżeli okaże się że jest w coś zamieszany bardziej niż sądzimy. Władze muszą o tym wiedzieć. -przyznała.
-To łowca, a przynajmniej potomek łowców. Sądzisz, że pani Światła mogłaby go dopuścić do jakiś swoich spraw?
-Nie wiem, teraz już nic nie wiem. Miejmy jednak nadzieje, że nie. A teraz idź po niego, a ja zajmę się konstruktami. -odetchnęła i zamykając migotliwego ptaszka w klatce, poszła przebrać się w stosowniejsze ubranie.
Może gdyby Leiru lepiej zdjął pieczęć i nie uszkodził przy tym małego wysłannik pałacu światłości, może nie byłby tematem rozmów najważniejszych osób w bastionie?

wtorek, 20 listopada 2018

Propozycja

Treser nudził się siedząc samemu pośród czterech ścian, umeblowanie z początku fascynujące bo nowe i w egzotycznych wzorach przedstawiających upierzone wężowe bóstwa i inne opierzone stwory. Leiru bardzo chciał wyjść, ta ochota wzmagała się za każdym razem kiedy siadał wyciągnięty na parapecie przy otwartym oknie.
Nie był wstanie określić swojej lokalizacji, nie dla tego że nie wędrował po tych lasach, ale nie przypominał sobie miasta wysuniętego na wschód od Kalnupe naniesionego na mapie. Widok zza okna też mu nic nie mówił, poza tym że ocenił iż otwierało się na południe. To wprawiało go w jeszcze większą zadumę, bo nie widział gór znad koron drzew, a tak charakterystyczny twór geologiczny nie mógł sobie od tak zniknąć nie?
Drzewa też wydały mu się jakieś inne, nie rozpoznawał większości gatunków, zdawało mu się również że trwa tu wieczna wiosna na łamach wczesnego lata. Młode liście mieniły się w odmianach zieleni, a co jakiś czas mocniejszy podmuch wiatru strącał kilka wprawiając je w niezwykły taniec w promieniach wiosennego słońca. Właśnie to jeden z takich podmuchów, przygnał małe połyskujące stworzonko.
-Myślałem, że Cię wróble rozdziobały. -przyznał Leiru, ciesząc się z widoku pryzmatycznego, małego ptaszka.
***
Tymczasem gdzieś w dolnych partiach miasta, życie toczyło się swoim rytmem. Po wybrukowanych uliczkach, przechodził się Hoe wraz z czymś mało podobnym do człowieka.
-Jesteś pewny? -zapytał stwór.
-Ja, zawsze jestem pewny. To łowca, bez dwóch zdań. Więc szpiegiem być nie może jak sugerowała Eja. -powiedział. Stwór odbił się od ziemi i znalazł się na podeście zawieszonym na wysokim drzewie i kiedy tylko go dotknął, przemienił się w człowieka.
-Więc zobaczmy to Twoje cudo. -odparła kobieta obwieszona złotem, jej czarna szata została wyszyta owym kruszcem w bajkowe niemal wzory. Weszli do środka, Leiru zeskoczył z parapetu, a mały ptaszek jakby przeczuwając kłopoty odleciał i ukrył się gdzieś.
-Dzień dobry. -przywitał się sympatycznie. -W końcu widzę jakieś istoty. -ucieszył się.
-Nam również miło widzieć Ciebie w zdrowiu. -odparł kobieta dość wyniosłym głosem i nie kiwając głową.
Hoe stanął koło Leiru, kiedy kobieta odziana w złoto zajmowała dostojne miejsce na drewnianym krześle.
-Poznaj przybyszu, to Leina, przedstawicielka tutejszej władzy, jedna z... -nie dokończył, Leina przerwała jego wypowiedź gestem dłoni.
-Chcę usłyszeć osobiście powód Twojej wędrówki.
-Chciałem iść do Kalnupe, miasta pod górami ale musiałem pomylić drogi. -przyznał prostodusznie.
Kobieta podniosła palce i pokiwała nim na boki.
-Nie, chcę usłyszeć dla czego opuściłeś Koer. -uniosła brwi i spojrzała na niego łagodnym, pełnym miłości spojrzeniem. Hoe lekko szturchnął go otwartą dłonią w plecy, aby chłopak zasiadł przy stole na przeciw Leiny.
Spojrzał na szpakowatego mężczyznę, który stał spokojnie z założonymi rękami i jedynie przymknął oczy opuszczając delikatnie głowę, westchnął i podniósł oczy na złotą panią.
-Czyli już słyszeliście o krwawej aferze w Koer, gdzie nawet Lupinalom się dostało i powieszono ich za własne wnętrzności, w które wbito ich szable nad główną bramą?
Kobieta przymknęła na wpół oczy.
-Tak i wiemy również kto za tym stoi. Było to powiązane bezpośrednio z Tobą?
-Nie wiem. -przyznał nieco bezradnie wzruszając ramionami. -Przecież jestem prostym treserem, może mieszkańcy mnie nie lubili, ale lepszy obrót w interesach mieli kiedy tam pracowałem i prowadziłem swoją farmę.
-Niewątpliwe. -przyznała. -Skąd się tam znalazłeś?
Wrodzona żyłka nieufności i podejrzliwości o najgorsze od istot żyjących, właśnie się naprężyła.
-Skąd to pytanie? -zapytał spokojnie choć spojrzenie mu się wyostrzyło, a każdy mięsień naprężył się tak, że czuł iż byłby w stanie doskoczyć do okna i rzucić się do ucieczki. Hoe, jakby czując zdenerwowanie i desperacje Leiru. 
-Bo mamy podejrzenie, że jesteś łowcą krwi, a nie nauki. -powiedziała spokojnie, po tych słowach poderwał się, a wtedy Hoe przystąpił w jego stronę z długim sztyletem w ręku. Leina uspokoiła mężczyznę gestem dłoni.
-Też zamierzacie mnie zabić z tego powodu? -zapytał.
-Nie Leiru... -Leina spojrzała na niego z miłym uśmiechem na twarzy. -Nie zamierzamy Cię zabić. Chcemy się upewnić czy możemy Ci zaufać. -powiedziała zaglądając mu głęboko w oczy, Szaro perłow o ciemnoniebieskiej źrenicy.
Dla tresera było to coś nowego. Zauwać? ktoś chciał się upewnić czy Jemu zaufać? To było jak sen. Nigdy nikt się nad tym nie rozwodził, zwyczajnie albo go potępiano albo zlewano jego istnienie i to On musiał się zastanawiać czy komuś zaufać. Patrzał na złotą panią w zdumieniu jeszcze przez moment, potem usiadł.
Leina, wyciągnęła dłoń do niego.
-Ale może najpierw powiedz czy Ty ufasz Nam? -zapytała. Leiru powoli podniósł głowę i spojrzał na dłoń kobiety jakby zastanawiał się ku czemu ona służy.
***
W międzyczasie, ponad zatłoczonymi ulicami Hikari-Niwa (stolicy frakcji) w jednym z pięknych budynków wzniesionych z białego kamienia, na jednym z najwyższych pięter toczyła się ciekawa dyskusja.
Pomiędzy Velniasem, a ciekawym delegatem z dalekiej północy. Cóż dzięki pomocy Rakszasy, Velnias mógł się kontentować nader wysokim urzędem jak na mało znanego szlachcica z pośredniej miejscowości.
-Byłbym Ci wdzięczny, gdybyś mógł mi pomóc. -powiedział, spokojnym głosem znawcy jegomość odziany w niebieski płaszcz i takiż sam surdut na którym spoczywała biała kryza i specyficznie wywinięty symbol wiary z rubinowym kamieniem.
-Jestem tylko pośrednikiem. Ale skoro twierdzisz, że Tygriusz zna...
-Znać sprawę zna. -przyznał przerywając Velniasowi w pół słowa.
-Wyczuwam tutaj niedopowiedzenie, a tego nie lubię. -przyznał. -Jak mógłbym Ci pomóc?

-Chodzi o dość delikatną sprawę. Ty jako szycha w dziale przepływu informacji, chyba powinieneś móc mi pomóc. Potrzebuje wieści o posłańcu, który miał dotrzeć do miasta Kalnupe oraz informacji wojskowych.
Velinias milczał czas jakiś.
-Słyszałem, że wampiry są dość bystre. Czemu sam tego nie sprawdzisz?
-Nie musisz znać powodów mojej ostrożności. Normalnie poszedł bym z tym do Tygriusza, ale nie mam możliwości. Potrzebuje tych danych maksymalnie do święta Geri Sieluna.
-A co będzie jak nie dam rady? muszę jeszcze wysłać z tego raport do Tygriusza.
-Nie musisz... -powiedział i wbił w biurko nóż z trupią czachą na krzyżu i klepsydrą zamiast normalnej rękojeści. -Wiesz mi, anie nie musisz, ani nie chcesz tego robić. Skoro dałeś mi słowo, że to zrobisz to jeżeli nie wywiążesz się z transakcji, to.. -stuknął w szafirowy klejnot zdobiący głownie. -Cię zabije.
-Nie masz prawa. -odparł Velnias.
-Jak to nie? -zapytał wampir. Pomimo iż na dworze panował dość gorący klimat jaki zazwyczaj bywa na pustyni. Venias odczół przeraźliwy chłód, który z łatwością mógłby skruszyć jego kości. -Jesteś jedynie psem Tygriusza, a ja jego współpracownikiem.
-Taak? -zapytał. -To wiedz, że... -Velnias podniósł jedną drżącą dłoń, która zapłonęła błękitnym ogniem gehenny i ze spokojnym wyrazem twarzy otworzył karmazynowe ślepia przedzielone siarczystą pionową źrenicą. -Tygriusz ma bardzo agresywne pieski, których ciężko się pozbyć.
Wampir cofnął się o pół kroku i po chwili zdumienia wzruszył ramionami, jakby nic przed chwilą nie zaszło. Chłód opuścił pomieszczenie.
-Jak zdobędziesz to o co proszę, nabij kartkę na sztylet i wyrzuć przez okno ile masz sił w kierunku północy. -powiedział wampir i wyszedł z pomieszczenia.
-Phi... -płomień na ręku Velniasa zgasł. Przymknął oczy i odwrócił się do okna. -Jeszcze trochę i Moja Pani odzyska wolność, a wówczas wszystko wróci do normy... -powiedział do siebie, odetchnął głęboko i otworzył oczy, po czerwonych, demonich ślepiach nie było śladu. Jedyna co musiał zrobić to przewietrzyć pomieszczenie, bo nie zauważył kiedy ale kopciła mu się czupryna przez co nadymił i osmalił białe sklepienie.

poniedziałek, 19 listopada 2018

Przebudzenie


Tak jak powiedzieli, tak też zrobili. Leiru dochodził do siebie dłuższy czas, cóż był odwodniony, niedożywiony i wycieńczony, a dodatkowo coś wysysało z niego życie…
Eja, zastanawiała się czy był to skutek rany jaką odniósł podczas spotkania z demonem lasu, czy tego że medykiem był powszechny krwiopijca imieniem Pinti.
-Nie jestem pewien czy obciąć mu rękę… -zadumał się, wyniszczony pod-wampir o siwiejących i rzednący włosach, które układały się w charakterystyczny sposób po bokach jego pociągłej twarzy.
-Mogłeś mu tyle krwi nie upuszczać. -prychnęła dziewczyna. -Lepiej powiedz, czy Hanh ma jeszcze na niego jakiś wpływ?
-Nie powinna, została przedwczoraj ceremonialnie poćwiartowana i przerobiona zgodnie z niektórymi wyznaniami i przetworzona przez przedstawicieli poszczególnych cechów.
-Czyli nie zmieni się w Potępionego… -mruknęła Eja, pod nosem po czym usiadła na krześle odchylając się na nim. -Upuść mu jeszcze krwi jako swoją zapłatę i się wynoś.
-Ooo tak moja pani. -krwiopijca oblizał się po pożółkłych kłach. Już miał zatopić je w ramieniu tresera, ale usłyszał charakterystyczny chrzęst, podniósł na chwilę pozbawione białek oczy.
-Ale ludzką metodą, ghula nie potrzebujemy. -mruknęła, mierząc w czaszkę Pintiego ręczną, pół automatyczną wyrzutnią kołków. Kiwnęła nią na bok, krwiopijca (o ile to możliwe) pobladł bardziej. Posłusznie odstąpił od kuracjusza i wyciągnął sprzęt stosowny do zabierania krwi.
Po chwili nie było go w pomieszczeniu. Eja – odetchnęła swobodnie i przymknęła oczy.
Szczerze? było jej obojętne czy chłopak zginie teraz czy później – bo zginie na pewno. Była jednak ciekawa, co w takiej nieciekawej okolicy porabia człowiek w dodatku podróżujący na grzbiecie Asperi. Widok żywego osobnika, nie był co prawda dla mieszkańców miasta niczym nadzwyczajnym, ale rzadko trafiał się taki cudak.
Wedle jej oceny, nie był poszukiwaczem przygód ani tropicielem. Żadnych konszachtów z większymi miastami też nie mieli. Nagle wpadła jej do głowy myśl, że zbłąkany wędrowiec może być szpiegiem na usługach Jej bezczelności Światłości. Ten trop jednak też porzuciła, świta tej białowłosej zołzy nie pojawiała się w lasach pod górami, a tym bardziej na tak bocznych szlakach i bez zbrojnej obstawy czy dobrego wyszkolenia.
Dumając tak, przeoczyła moment w którym Leiru odzyskał przytomność.
Był cały obolały i zdezorientowany, miał również wrażenie że coś się w nim zmieniło. Czuł szybki przypływ sił oraz większe tętno. Bystrość jego zmysłów również była dla niego nowa. Zwykły szczebiot ptaka siedzącego na gałęzi odległego drzewa, był dla niego wyraźny. Sądził jednak, że to zasługa leczenia jaki tego, że był nieprzytomny przez dłuższy czas.

***
Do pomieszczenie wszedł średniego wzrostu mężczyzna, Leiru dostrzegł w że jego oczy kobaltowe, a ciemne źrenice pionowe przechodzące zaraz w normalny stan – jak u człowieka.
-Eja... pobudka, delikwent Ci zaraz wstanie i ucieknie. -powiedział przyjemnie zachrypniętym, głębokim głosem, sprawiającym że słuchacz automatycznie mu ufał. Cóż, pogodne lice twarzy odznaczone siwiejącą bródką również sugerowały przyjazne usposobienie.
-Wiem, że się obudził. -usiadła normalnie na krześle i obróciła się w stronę tresera opierając ramieniem o krzesło. -Czekałam aż coś powie, ale chyba jakiś milczek się trafił.
Leiru zdziwił się słowami kobiety, chciał na przekór jej słowom udać że śpi, ale wydało mu się to pozbawione sensu, skoro on i pozostali lokatorzy izby wiedzieli, że jest inaczej.
Obrócił się w stronę kobiety; Eja, była ładna i młoda. Prawdopodobnie młodsza od tresera, co do tego akurat nie miał wątpliwości. Miała przyjemne, kobiece rysy twarzy i małe, głęboko osadzone oczy w kolorze platyny. Jej zgrabne ciało, zdobiła elastyczna tunika, która jak się później dowiedział była swego rodzaju pancerzem bowiem wyrabiano ją w specjalny sposób z nietypowego splotu.
Jej długie zgrabne nogi, były obute w wysokie kozaki pozapinane na tuzin sprzączek – ciekawe co się stanie, jak podczas walki się poodpinają? -przeszło Leiru przez myśl.
Przez moment wydawało się treserowi, że jej uda są zasłonięte, ale się mylił, były zakryte szeregiem specyficznych tatuaży, których sensu nie pojmował. Przynajmniej w chwili obecnej…
-Nie milczek… -powiedział w końcu. -Staram się zebrać zmysły do kupy i przypomnieć sobie co się zdarzyło i dla czego Tu jestem.
-hmm... -zadumał się mężczyzna. -Widząc po przebudzeniu nieznane osoby, ja bym zaczął od przedstawienia się i zapytania „co to za miejsce?”
Eja, zaśmiała się.
-Tak oberwał w łeb, i tyle krwi z niego zeszło że może nie pamiętać. -zaśmiała się kobieta łapiąc za brzuch i zaraz ocierając łzy, które zaczęła ronić z rozbawienia.
-Pamiętam... -mruknął treser. -Jestem Leiru… treser z Koer-kibuvits. -powiedział.
-Miło poznać, ja jestem Hoe Avici. -przedstawił się starszy. -A ta rechocząca kobita to…
-Eja Kacak. -kiwnęła głową. -I dla Ciebie nie „kobita” tylko Kacak… KA-CAK
-Dobrze cacak. -zadrwił starszy.
-Czuje się pominięty… -mruknął Leiru nie spodziewając się odpowiedzi.

Oboje spojrzeli na niego.
-Nami się nie przejmuj. To zwykłe rodzinne spory. -stwierdził.
-Aha... -odetchnął. -To gdzie się znajduję? -zapytał.
-Cóż... pochodzisz z dość daleka i nie wyglądasz na takiego co był rodzony przed wojną… -zakłopotał się Hoe.
-No bo rodziłem się w wojnę. A co to ma do rzeczy?
Eja i Hoe, spojrzeli po sobie.
-Ma i to wiele. -przyznała dziewczyna. -Na przód musimy wiedzieć z jakim interesem wędrowałeś na wschodni skraj frakcji i to lasem.
-Na wschód? -zdziwił się Leiru. -Wędrowałem na północ, w kierunku Kalnupe, czy powszechniej znanego Miasta pod górą.
Zapadła cisza.
-No to musiałeś pomylić drogę i to kilka dwa tygodnie temu, tak mniej więcej. -przyznał Hoe. -skoro wędrujesz z Koer… Co właściwie Cię ciągnie do Kalnupe? Nie wyglądasz na takiego co szuka guza…
Leiru odzyskał dość przytomności, by wiedzieć że nie należy dzielić się krwawymi szczegółami z wydarzeń z Koer, skoro miejscowi o tym nie wiedzą. Postanowił więc wycofać się bezpieczną drogą:
-Jestem treserem wierzchowców i znawcą magicznych bestii, chciałem tam otworzyć własny interes.
Ruch tam większy, lepsze wyzwania jeżeli chodzi o gatunki stworzeń i tyle. -wzruszył ramionami.
Hoe zaśmiał się i usiadł na łóżku tresera przeczesując swoje krótkie, czarne i już siwiejące włosy ręką. Spojrzał bystrze i przenikliwie na tresera.
Leiru zmarszczył brwił, czuł jakby Hoe usiłował czytać z jego duszy. Nie godził się na to, chciał odeprzeć to przeszywające go na wskroś spojrzenie, nie wiedział nawet kiedy ale mocując się z oczyma Hoego, odepchnął go. Zielony pigment w oczach Leiru, nabrał żywszego wyrazu.
-No... nawet jeżeli nie mówisz całej prawdy, nie będę Cię do tego obligował. -stwierdził i uderzając dłońmi o kolana wstał. Taki obrót spraw, zaskoczył Ejje, podskoczyła i wstała na równe nogi.
-A co jeśli jest szpiegiem? -zapytała nagle.
Hoe odwrócił się w pół kroku i uśmiechnął się pogodnie.
-Nie może być szpiegiem… Ktoś taki, nie jest wygodny… -powiedział i przywołał Eje do siebie. -Twoje ubranie Leiru, leży na szafce. -wskazał przeciwległą ścianę, pod którą stał mebel. -Do wieczora ktoś przyniesie Ci posiłek, do tego czasu nie wyjdziesz stąd. -oznajmił, mówił łagodnym, opanowanym i pełnym sympatii głosem. Chyba tylko dla tego Leiru nie zaprotestował…

***
-Skąd Twoja pewność? -zapytała Ejja.
-Bo ktoś taki jak On jest dla Nich niewygodny. Dla nas też może być, ale już mniej. Musimy wybadać jego intencje, ale to zostawmy starszyźnie. Do tego czasu, dlej będziesz się nim opiekować. Zgoda?
-Mam męża i młode. -odparła.
-Przecież Raktu poszedł na tacierzyński. -zarechotał.

niedziela, 18 listopada 2018

Demon lasu 2/2

Zwinny zamaskowany wybawca Leiru zeskoczył na dno uskoku, podniósł rękę tresera do swoich oczu, nie bacząc na stan szatyna. A mógłby być nieco milszy, albowiem Leiru właśnie umierał, nie znał tego uczucia, to było tak jakby coś wysysało z niego siły witalne.
Pozostali zamaskowani jegomoście doskoczyli do swojego kompana.
-Musimy unicesstwić Tego Hanh-Saburo zanim ten odda ossstatni dech. -powiedział, albo raczej wysyczał i puścił rękę Leiru. -To tego czasssu radzę go związać. -powiedział gadzio przechylając łeb.
-Ty tu jesteś kapłanem. -odpowiedział lider grupy.
Leiru chciał zaprotestować kiedy wiązano go do drzewa, ale szarpała jego duszą jakaś nienaturalna siła obca mu zupełnie.
-On Ją tu przyzwie! Zakneblujcie go! -rozkazał. Ale na ten ruch było już za późno... Po całym lesie rozległy się głośne wołania Lupilorów - leśnych wilków. Były dobrze zorganizowane i nie sposób było je oswoić. Tworzyły liczne watahy, ale nie były bezrozumnymi bestiami wielkości średniego człowieka. Najważniejszy w stadzie, był szaman jednocześnie wódz całej sfory. Poza wyrastającą z jego futra roślinnością, która z wiekiem matowiała i całkowicie zastępowała futro, alfa posiadał małe rogi. Wyrastały mu jak nagie drewno ze łba, tuż koło uszu i rosły w szpic zakręcając się nieco po drodze.
Niżej w hierarchii byli wojownicy. Charakterystyczne bestie o smołowatej sierści poznaczone karmazynowymi plamami. I to głownie oni stawiali się do walki oraz na wezwania istot mogących kontrolować umysły. Wśród Lupilorów występowali także zbieracze i obserwatorzy - Ci ostatni to najciekawszy motyw. W całej grupie istniał jeden maksymalnie dwóch obserwatorów, bezpośrednio podlegający pod władzę szamana, rodzony ze skrzydłami. Ich liczebność i umaszczenie nie było pewne, ale znany badacz i obserwator natury, zauważył, że jeden z tych skrzydlatych przyjemniaczków jest białej maści.
Więcej o tych wspaniałych zwierzętach nie wiadomo...
-Wytropiły nas! -oznajmiła dziewczyna, kiedy dudnienie ziemi nasiliło się w koło miejsca ich pobytu.
-Ja i Hoe ściągniemy ich uwagę... reszta bić Hanh! -zakomenderował syczący, kiedy wyskoczyli z dołu, szaman odrzucił swój płaszcz i ustawił do ataku wywijając swoją laską jak batutą. Wyciągnął drugą dłoń spod płaszcza i wygiął swoje jaszczurcze szpony w smoczą łapę.
-Na moc nadaną mi przez Shasherę... Skrusz się i ukorz, przed najpotężniejszym... -Wyciągnął dłoń o specyficznym ułożeniu w tył. Złote litery spowiły ciało czarodzieja i układały się w ciąg zdań przed jego laską. -Władco ognia..., Władco dymu..., Władco zniszczenia... otwórz swą bramę przede mną i zniszcz oddechem Tych co na Twej drodze stoją. Smoczy oddech! -rzucił zaklęcie, którym podpalił krwawe futra wojownikom Lupilorów.
-Na szczęście nie ma alfy. Znaczy że bestia nie jest zbyt silna. -odetchnął Hoe, zakładający ze spokojem swoje, białe aksamitne rękawiczki. -Idę pomóc reszcie, ze zwykłymi wojownikami powinieneś sobie poradzić Ates. -Zdjął swój ciemny płaszcz, pod którym krył się strój arystokraty. Blade i gładkie jak porcelana lica, przyozdobił cienki uśmiech trupiosinych ust. Wyciągnął swoją szpadę, jednocześnie rzucając sztylet do którego była przymocowana srebrna żyłka wysoko w pień drzewa. Siepał lupilory, które na niego skakały jak krowa odgania ogonem natrętne muchy.
Hanh, stawiała czynny opór ale powoli przytłaczająca siła najeźdźców, zaczęła się jej przykrzyć. Wysysała jedno życie, to trwało za długo i za późno przynosiło efekty.
-Odsuńcie się! -oświadczył i skoczył ku leśnej bestii z jarzącymi się na czerwono ślepiami i alabastrowymi włosami połyskującymi na kobaltowy kolor.
-Eje! -dziewczynę z ekipy złapał partner i przyciskając ją do swojej piersi, schował się za drzewem.
Niewyobrażalny chłód przeszył ich ciała, liście łamał najmniejszy podmuch.
-Noo... -odetchnął Hoe, i stuknął palcem w zamarzniętą figurkę, spadając rozpiła się na kawałki. -Myślałem, że będzie silniejsza. -przyznał lekko zawiedziony. -Weźcie se z niej co chcecie. -powiedział i spokojnym krokiem podszedł do najbliższego pnia, by sobie usiąść. Nie tylko demon lasu był zamarznięty, cała okolica pokryła się szronem i lodem. Liście i drobne gałązki pękały, jak nie od samego efektu to od najmniejszego podmuchu wiatru.
Jednemu z ludzi odpadły palce.
-No i będę musiał doszyć nowe. -stwierdził zrozpaczony.
Lupilory przestały być w amoku i kiedy Hanh przestała je kontrolować, zwyczajnie stanęły w miejscu i zawyły donośnie. Szaman Lupilorów dotychczas w ukryciu, spojrzał na drogę i kiwnął przyjaźnie do Asperi. Zawył nieco delikatniej od kompanii i uskoczył w las.
Ates zobaczył tylko rogi lupilorowego szamana i wyjść nie mógł z podziwu, że ten nie podjął walki tylko zwołał swoją brać i odszedł.
Zaraz jeszcze większe zdziwienie go ogarnęło, bo oto drogą spokojnie sunął wichrowy i nie ujarzmiony rumak - przynajmniej Ates, takowego cuda nie spotkał.
Ryzgar, buznął swojego właściciela pyskiem. Ale Leiru się nie poruszył, pomimo że stwór był zamarznięty, treser wciąż tkwił zatopiony w swojej duszy usiłując ją wyszarpać owej nieznanej sile.
-To jego koń? -zapytała Eja.
-To nie koń... to Asperi. -wyjaśnił Hoe. -Prawda? -zwrócił się do Atesa.
-Choć nie mogę w to uwierzyć i pewnie Ty w to nie uwierzysz... To legendarny, nieujarzmiony rumak wichrów, ze szczytów Gór lodu. -przyznał.
Zapadła głęboka cisza.
-Nie da się zapewne odciągnąć od swojego właściciela... -zadumał się Hoe, zakładając nogę na nogę. -To może weźmiemy go do nas. W sensie, że tego chłoptasia. Jeżeli się nam do niczego nie przysłuży, zrobimy z niego paszę co Wy na to? -zaproponował.
-Nie widzę przeszkód. -odparł Ates, zasłaniając swoją gadzią skórę czarnym płaszczem.
-No dzieciaki, słyszeliście co mówił kierownik wycieczki? brać tego chłystka i prowadzimy go do nas. -oznajmił wstając.
-A koń? -zapytał chłopak bez palców.
-Pójdzie za nami o ile to nie chwilowe zauroczenie jeźdźcem. -wzruszył ramionami. -W każdym układzie, nie nakładać uzdy ani się nie zbliżać, bo może być niebezpieczny.


___
Hanh Saburo - Demony-wampiry z wierzeń Indyjskich. Żyją w lasach i poddane im są wszystkie psy. Zwabiają podróżników do lasu i tam ich atakują.
Lupilar - z romskiego Wilk
Ates (czt. Atef) - z Tureckiego Ogień

piątek, 16 listopada 2018

Demon lasu 1/2

Przechodząc od paru dni zapomnianymi przez wszystkich bogów duktami leśnymi. Większość zmysłów Leiru uległo znacznemu wyostrzeniu, zdawało mu się że wariował. Ale niekiedy słyszał, jak na najwyższych partiach drzew siadają magiczne bestie, które potem niemal bezszelestnie lądowały na ściółce leśnej polując na pełzające w krzakach stwory.
Uszy tresera filtrowały, każdy nawet najmniejszy dźwięk. Kiedy zapadła noc, poszycie lasu rozświetlały w pełni zakwitłe kwiaty Tardy leseli, kwiaty gęsto występujące na terenach pod górzystych. Leiru słyszał, że jakoby są za górami specjaliści posługujący się tą i innymi roślinami jak bronią.
Podłoże migotało od blasku latającego robactwa, które rozświetlały rozkwitające w mroku świeczniki dumne. Świetlisty blask odwłoków nocnych robaków, igrał w pięknej grze fioletowych, drobnych płatków rośliny, której pnącza rozciągały się niczym mięsisty dywan, dopiero teraz wychodzący spod ostrych traw.
-Może dni nie są miłe... ale nocki piękne. -westchnął romantycznie Leiru. -Ja dalej nie idę. -oznajmił swojemu wierzchowcowi i ułożył się pod drzewem.
Zdawało mu się, że ten las strzelistych drzew zaczął rozbrzmiewać milionami dźwięków, zapachy drażniły jego nos. Odetchnął ciężko.
-Nienawidzę się... -mruknął. Cóż, tak to już z Leiru, było że nie tylko On się sam nienawidził. Jego nienawidziło pół frakcji.
Jak to się stało? Rozwiązanie tej zagadki jest proste, Leiru był potomkiem łowcy, dla tego zamiast białych czy perłowych włosów miał brązowe lekko wpadające w ciemny blond. A zamiast szarych czy platynowych oczu, miał szmaragdowe - głównie nimi łowcy się wyróżniali. Chociaż u niego ten szmaragdowy kolor, był na dalszym planie. By uzyskać agresywnie zielony, unikatowy odcieniem pigment, musiałby przebudzić w sobie instynkt. Ten jednak został przez niego stłumiony, lata temu kiedy pracował na wybrzeżu jako zaklinacz zwierząt na pokazach objazdowych.
Obudził go kwik Asperi i dziki ryk boleści mgielnej pantery od której zerwało się w przestrzeń kilka śpiących na gałęziach intybusów - ptaków, które świetnie maskowały się w każdym odcieniu zieleni. W porze migracji leciały nad morze wzdłuż górskiego pasa, a potem na powrót do serca kontynentu.
Poderwał się płosząc pozostałe świetliki krzątające się za swoimi sprawami koło kwiatów, odleciały do jaśniejącego jutrzenką nieba, jako najżywsze z gwiazd.
Rozejrzał się w koło, Ryzgar (czt. Ryzgan) - jak ochrzcił swojego Asperi,  uderzył mocnym podmuchem wiatru w napastnika, Leiru musiał zaprzeć się mocno ziemi i zasłonić oczy.
Mocna bestia - stwierdził do siebie w myślach. Wyciągnął z pod narzuty, jedyną broń jaką miał, nóż którym swego czasu chciał potraktować Velniasa, skoczył ku swojemu wierzchowcowi.
Walczył mężnie pomiędzy drzewami z wielką panterą mgieł. Dla czego tak? jej furo było szare, opatrzonę wieloma plamkami o zbliżonej tonacji, ponadto miała nieprzyjemną zdolność maskowania, kiedy podskoczyła w odpowiedni sposób przywoływała gęstą mgłę w której się ukrywała.
Teraz też chciała to zrobić, Ryzgar stanął w gotowości bojowej.
Leiru skoczył ku niemu i złapał się jego karku. Z początku wierzchowiec prychnął i zadrżał, ale zaraz się uspokoił.
-spokojnie jestem z Tobą. -szepnął do rumaka. Czas jakby się zatrzymał, mgła która zaczęła ich otaczać rozpłynęła się, a pantera w pół skoku z wysuniętymi pazurami wbiła w nich przerażony wzrok.
Obok wielkiego kota zjawiła się zielona pani, jakby wyrosła z trawy, bo w nią była przyodziana. Obłaskawiła agresywne zwierzę i szepnęła coś do niego. Pantera poruszyła się, jakby przyklękła na jednej łapie i uskoczyła w mroki lasu, dalej nieco rozpływając się we mgle.
-Darujcie proszę, małe kociaki już takie są. -odwróciła się do Leiru. Treser w tych miłych kobiecych lisach dostrzegł swoją matkę, ale nim coś powiedział potrząsnął głową i zobaczył jak Ryzgar, parska zaczął wierzgać a jego srebrna grzywa zaczęła połyskiwać, jakby szykował się do rzucenia sobie znanego zaklęcia.
-Kim Ty jesteś? -zapytał Leiru. Kobieta przytknęła palec do ust z tajemniczym uśmiechem. Coś słabo pulsowało pod ziemią chciał się ruszyć ale hipnotyczne oczy kobiety nie pozwalały mu na to. Asperi rzucił się do ucieczki, przetrącając swojego pana.
-Ryzgar! -zawołał.
-Nie martw się o niego. -powiedziała miło kobieta. -Znajdzie się... -powiedziała uwodzicielsko. Nim spostrzegł, że ciało oplatają mu drzewne pnącza i skutecznie uniemożliwiają mu poruszanie się. Otoczyła go gruba ściana z liści z obu stron.
-To zajmie chwilkę. -powiedziała kobieta, zbliżając swoją twarz. Nagle jej wyraz zmienił się nie do poznania, stała się sina, a z jej gardła wydobył się syk. Leiru jakby obudził się ze snu, ujrzał przed sobą maszkarę o dwóch szeregach brudnych kłów z których kapała ślina, wężowaty język i czerwone ślepia.
Zza liściastych ścian usłyszał stłumione "Tu jest!" "Łapać to!" stwór tracąc na chwilę skupienie, osłabił swoje sidła. Leiru wyrwał z nich ręce i nogi, po czym chwycił za nóż.
Pomiędzy drzewami uwijały się ciemne sylwetki, w stronę syczącej bestii która chciała pochwycić w dzikim szale któregokolwiek z nich sypały się krótkie strzałki, całkowicie wykonane z metalu.
Ktoś capnął Leiru za plecy i odciągnął .
-Capnęła cię? -zapytał zamaskowany przybysz, po głosie rozpoznał że to kobieta.
-Nie, nie drasnęła mnie nawet. -stwierdził.
-Zostań tu i się nie wtrącaj. -przestrzegła i ruszyła w bój. Leiru jednak się mylił, podczas oswobadzania się z drewnianych pęt ranił się w rękę.
Kręciło się w okół rozszalałego stwora tyle osób, że ktoś ciągle stał przed nim i zauważył cieknącą krew po ręce chłopaka.
-Zranił się! -krzyknął mężczyzna. Wszyscy zamaskowani cofnęli się.
-Mówił, że nie jest ranny.
-Przybysz, nie wie czym to grozi. Weź go i idziemy stąd. -rozkazał.
-Tak jest.
Dziewczyna wzięła Leiru pod ramię i wszyscy uskoczyli we wgłębienie nieopodal szalejącej bestii. Treser stoczył się po górce i oplątał w roślinności jaka tylko się nawinęła.
-Skąd ta sierota? -zapytał któryś z grupy.

niedziela, 4 listopada 2018

Kariera diabła

-I Velniasowi się dostało. -szepnął ktoś z garści ocalałych. Wszyscy ustępowali przejścia szlachcicowi, którego perłowe włosy pokryły się popielatym pyłem.
Velinias pogrążony w wygrażaniu pandołakowi, nie zauważył ani nie usłyszał szeptów gawiedzi. Z zamyśleń wyrwał go dopiero odór rozkładających się ciał i zatęchłej krwi.

-Deszcz tego nie zmyje, zanim przyjdą tu sługi światła, dobrze by było to choć trochę posprzątać bo zeżre nas epidemia, a Wy nowomodni przybysze z poza granic naszej krainy raczej nie jesteście szczepieni, ani na pęklizne ani gadzilizne. -powiedział głośno, niektórzy pospuszczali zaczerwienione twarze.
-Veliniasie! co mamy zrobić? -zapytała zrozpaczona kobieta. -Do czasu, aż nie przybędzie pomoc z zewnątrz nikt nam nie pomoże. -podniosła na szlachcica brązowe oczęta, obrosłe dookoła piaskowym futrem.
-Mam przez to rozumieć, że mam stać się burmistrzem z Waszej woli? -zapytał dla upewnienia się. W sumie było mu to na rękę, jeżeli chciał awansować dodatkowo w stolicy to sprawowanie takiego urzędu będzie idealną rozgrzewką. Przedtem jednak musiał zagrać, by zebrać poparcie dobrej ludności…
-Czy jesteście pewni, że to właśnie ja jestem w stanie podnieść tak ciężkie brzemię jakim jest zapewnienie Wam ocalałym godziwej ochrony? Czy uważacie, że nadaje się na kogoś kto pokrzepi Wasze serca i poprowadzi Was ku świetlistej przyszłości? -z każdym słowem, jego postawa i jego ton brzmiał coraz śmielej, trafiając tym samym do cierpiących serc mieszkańców miasta.
Odpowiedziało mu zgodne:
-Tak, vivat Velinias!
Przed szereg wysunął się jeden jegomość:
-A czy zakład ubezpieczeń frakcyjnych, pokryje koszty leczenia?
-Jak nie byłeś na spisie przed ostatnią wojną, to nie masz na co liczyć. Ale mamy wybitnych lekarzy z prywatnego ramienia. Prawda? To jak, Pomożecie?!
I tu również odpowiedzieli mu zgodnie.
-To zabieramy się do pracy. Najpierw zbierzcie zwierzęta, to największe truchła i za szybko się rozkładają… -obejrzał się, koło fontanny gdzie puchły zielonkawe i z lekka ruszające się zwłoki. -niepewnego pochodzenia. -skrzywił się i odszedł od tego, czegoś…
Mieszkańcy prężnie wzięli się do roboty.
-Panie Veliniasie. A co potem? -zaczepił go jeden z mężczyzn.

-A kim jesteś?
-Budowniczym. -odparł z dumą.
-To odbuduj dom publiczny, a potem karczmę przy rynku, bo widać że trochę się tym przybytkom oberwało…
-I nie tylko tym… może, jednak lepiej najpierw prywatne mieszkania potem karczmę?
-Nie, robotnicy muszą być zadowoleni. Burdel – karczma – prywata. Taki harmonogram.
-I to się nazywa burmistrz, nie zapomnimy panu tego. -uśmiechnął się szczerze.
Velinias zajął się organizacją pracy ludności, a także pomagał na ile mógł swoją mocą, albo raczej ile chciał – cóż, dzięki swojej mocy mógłby zrównać z ziemią całe miasteczko i zniekształcić teren w koło niego, gdyby obudził się i wstał nie tą nogą co trzeba. Jednak bądź co bądź urodził się jako przedstawiciel czystej krwi rasy Anhelinów, więc resztka dobra w nim nigdy nie wygasła.
***
W między czasie, Seizetsu przeprawiał się niestrudzenie przez gorące piaski pustyni, na grzbiecie niezmordowanego diabolikańskiego wierzchowca, aż dotarł na grzbiecie Pożogi – bo tak ochrzcił swojego końskiego druha na skraj frakcji.
Wjechał na brukowaną drogę, prowadzącą do jednego z najbogatszych miast tego świata; Fehir, było miastem można powiedzieć – idealnie położonym. Śmiało mogło konkurować ze stolicą frakcji o ten tytuł. Z tym, że przez Hikari-niwa musiał przejść każdy, kto chciał iść dalej ku północy i na wschód, a Fehir było położone nad południowym morzem dzięki czemu miało dostęp do zamorskich rarytasów, a i przepływ informacji z głębi frakcji był nieco utrudniony.

Zlany deszczową wodą bruk, syczał pod żelaznymi i rozgrzanymi do czerwoności kopytami Pożogi.
Seizetsu, zaciągnął mocno morską bryzę.
-Oood razu lepiej. -odetchnął. -Tak dobrze się słuchasz, że aż żal mi tego tresera. -westchnął, kiedy wprawnie manewrując pośród splotu wąskich uliczek, trafił przed złotą bramę, którą otworzono natychmiast, gdy się zbliżył.

-Chyba na mnie czeka… -mruknął. -patrząc na kolorowo ubrane sługi, czekające przed marmurowymi schodami. Zeskoczył kilka końskich kroków przed nimi. -Tylko uważajcie, bo mocno kopie. -zarechotał. Przystanął na trzecim stopniu i złapał trochę tchu, obejrzał się na ocean. Niebo zasnuwało się ołowianymi chmurami, a wiatr się wzmagał.
-Nie jest w najlepszym nastroju. -mruknął, ale gdzieś w głębi duszy, miał nadzieje, że to jednak kaprys pogody – nie Tygriusza.
Co jakiś czas mijał zbrojnych na schodach, a na tarasie nawet dwa rzędy rozmieszczone po obu skrzydłach. Czarnoskórzy, potężni mężczyźni o złotych oczach pozbawionych białek stali nieruchomo jakby pogoda nie robiła im różnicy. Nie zwrócili najmniejszej uwagi na Seizetsu.
-I na co komu takie osiłki? -westchnął przymykając oczy, przestąpił kilka kroków do złotych drzwi ozdobionych płaskorzeźbami lampartów – były tak realistycznie zrobione, że wydawać by się mogło, że te potężne koty właśnie wyskakują, aby pożreć intruza. Na obu skrzydłach wrót, wyrzeźbiono setki humanoidalnych zwierząt, a z samego szczytu jakby z błogosławieństwem schodził w dzikie bestie dumny Rakshasa, pod mocą którego zwierzęta dostały nowe życie i przewyższenie rasy ludzkiej … Chociaż to nie był problem.

Kołatka na olbrzymiej obręczy, była dość… ohydnym dodatkiem do całego tego, pokazowego bogactwa. Była to ręka niby ludzka, stworzona z brązu, stali i domieszki zakazanego materiału. Była mniej więcej długości ramienia, obleczona w nieco wystrzępiony atłasowy materiał. Wszystko niby w porządku, gdyby nie kość, która z niej ukradkiem wystawała.
Kiedy Seizetsu się zbliżył, ręka się uniosła i otworzyła jedno skrzydło drzwi.
-Odrażające... -mruknął pandołak i zmrużył oczy, jasne wnętrze pałacu raziło wędrowca w oczy. Blask świec odbijający się w lśniących marmurach, w złotych i srebrnych ozdobach na które nie skąpiono zdobień.

Wszędzie na miękkich łapach krzątała się zwierzęca służba.
-No i jesteś wreszcie. -rozległo się echem pomiędzy filarami. Bestia w dziwaczny sposób oparta na swojej łapie, obnażyła kły w złowrogim uśmiechu. Seizetsu podszedł bliżej i klęknął, kładąc jedną dłoń na piersi, schyli pokornie głowę.

-Tak panie, wszystko idzie z godnie z planem. -powiedział głębokim tonem, pokornego i lojalnego sługi. Ubrany arystokratycznie tygrys o ciele człowieka i wywiniętych przednich łapach na odwrót (wierzch łapy rakszasy, jest tam gdzie spód normalnego stworzenia. Nie przeszkadza to im jednak w ich zręczności…). Doprawdy ciężej sobie wyobrazić, bardziej przerażające stworzenia: humanoidalne ciało, pokrywała gruba tygrysia sierść, a wredne złote oczy o pionowych źrenicach w których tlił się płomyk czytesgo zła, zawsze miały baczenie na wszystko. Rakszasa nie stronił od magicznych forteli, często manipulował innymi, by na ich koszt wieść swoje wystawne i wygodne życie.
Z jego gardła wydobył się basowy mruk, a wąsiska wyrastające z porośniętego gęstym futrem pyska poruszyły się.
Seizetsu spojrzał na oblicze Tygriusza i również się uśmiechnął.

piątek, 2 listopada 2018

Krwiożercza bestia

Wieści o tym co zaszło, w Koer-kibuvits doszły do uszu Pani światła. Była zdumiona rozmiarem dramatu jaki się tam odegrał, choć bardziej niż martwić się o ucierpiały na wskutek rzezi lud ciekawił ją fakt, jak do tego doszło? 
-Wszakże od krwawej pełni minęło sporo czasu, istoty są spokojne. Poza tym strażnicy nie donieśli o żadnych zamieszkach, a kto, jak kto, ale Lupinale są bystre i słabo podatne na magię. A mimo to i ich obdarto ze skóry, a kilku powieszono za ogolone ogony na bramie miasta. Co o tym myślisz? -Ambriel zwróciła się do Kołbuga. 
-Sądzę, moja Pani, że to była sprawka łowców. -odparł doradca. 
-Łowców? -powtórzyła jakby pierwszy raz usłyszała to słowo. -Wszystkie zakony w naszych granicach upadły. A do tej pory uciemiężony przez nich lud, zorganizował samosąd na prawiące się tą profesją istoty. 
-Nie do końca. -pogładził się po wąsie. -Zakonów już nie ma, ale potomkowie łowców są obecni. Może któryś postanowił wziąć odwet za swojego zmarłego krewnego? Nie tak łatwo wytrzeć ślady historii, a już na pewno nie w niecałe czterdzieści lat. 
Pani światła milczała przez dłuższy czas błądząc oczyma po wymalowanym suficie. Starannie wymalowane freski przedstawiały jedno z jej największych osiągnięć - uczestnictwo w pieczętowaniu Zniszczenia. W tej kampanii towarzyszyło jej wielu łowców, a znaczą ich część miała pod swoją komendą. 
-Hmmm... -przymknęła oczy i założyła ręce pod głowę. -To z teorią o łowcach nie jest takie głupie, ale jeśli ich potomkowie żyją, to wynieśli się do frakcji Leśnych gończych. -podskoczyła, by usiąść. -Sprawdź kto przechodził przez tamtą granice. 
-Tak jest moja Pani. -Kołbug skłonił się głęboko. 
***
Tymczasem na peryferiach miasteczka Koer-kibuvits, dwaj przyjaciele świętowali udaną sprawę.
-Muszę Ci przyznać, że całkiem nieźle narozrabiałeś i dość szybko poszło Ci wymordowanie większej połowy mieszkańców miasteczka włącznie z przyjezdnymi. Myślisz, że wywoła to wojnę? -zapytał jak gdyby z troską
Velnias. Jego rozmówca siedział wygodnie rozparty na obszernym krześle. Brzuch miał trochę wydęty i wydawać by się mogło, że z natury jest skorym do lenistwa stworzeniem. Jednak jego okrągła twarz, sprawiająca wrażenie sympatycznej, była bardzo myląca.
Otworzył powoli jedno ze swoich jadeitowych oczu i łypnął nim na szlachcica. 
-Jeszcze trochę, a pomyślę że jesteś litościwy jak na praworządnego błogosławieńca przystało. -mruknął. Gdyby był zwierzęciem, ten mruk mógłby z łatwością wydać się ostrzegawczym warkotem. 
Velnias, przechylił głowę w zdziwieniu.
-Litość? To jakiś tutejszy przysmak? -zapytał. 
-Już zaczynałem się martwić. -Seizetsu poczochrał się po czarnych włosach upstrzonych białymi łatami. 
-Nigdy nie przestanę się dziwić szachownicy jaką masz na głowie. -wyznał szlachcic. Westchnął. -Pewnie słuchy o Twojej eskapadzie dotarły już do władz. -zauważył jak gdyby od niechcenia. 
-I co z tego skoro nie wiedzą, że to Ja? Wszystko spadnie na tego wystraszonego chłystka. 
-Ale tak trzeba przyjacielu. Jak myślisz, co się stanie kiedy wpadnie w łapy wampirów? 
-Zanim tam dotrze może zginąć, albo zginie kiedy tam dotrze. -podrapał się za uchem, jakby był psem. -Tygriusz osobiście się tam pofatygował, nieco przed pełnią. Wampiry nigdy nie były tak dobrze zorganizowane i tak pewne swojej wiktorii. Rzekomo jednego z nich wspiera niedoszły władca tronu umrzyków, no i królowa Lodu ma wrócić na szczyt. -powiedział Seizetsu, jakby to była powszechnie wiadoma informacje.
Veliniasowi, omal gały nie wyszyły z orbit.
-To, że mieszkam na zadupiu nie oznacza, że możecie mnie zlewać... -mruknął. -Czemu Ja o niczym nie wiem?!
-oj jo joj... za dużo powiedziałem. -westchnął Seizetsu. Podniósł leniwie oczy na szlachcica. -Mam dwie opcje do wyboru. -Albo Cię zabije... czego przyznam się szczerze nie chce mi się robić, bo jestem najedzony. Albo wyślę Cię do stolicy. 
-Po co niby do stolicy? -zapytał Velinias, nie martwiąc się za bardzo o swoje życie.
-Będziesz wtyką Tygriusza na dworze jej wysokości, a nawet awansujesz na jakiś ciepły polityczny urząd... O ile się postarasz. -spojrzał na swoją dłoń. 
-Kiedy mam ruszać? -zapytał szlachcic. 
-Kiedy przyjdzie po Ciebie straż. -twarz Seizetsu przybrała nieciekawy wyraz. Jego obnażone białe kły zalśniły złowrogo, wstał i podszedł do Veliniasa, który zaczął na powrót obawiać się o swój byt na tym świecie. 
-Co Ty chcesz zrobić? -zapytał spanikowanym głosem cofając się. Kiedy Seizetsu rozdziawił paszczę w której znajdował się podwójny szereg zębów, szlachcic naszykował dłoń, a w głowie zaczynał inkantować zaklęcie.
-Zobacz, bo chyba coś mam między zębami i nie mogę tego wyciągnąć. 
-Człowieku chcesz żebym na zawał padł?! -krzyknął na kompana.
-Tylko mnie tu nie obrażaj! Nie jestem żadnym człowiekiem... -zaprotestował. -przynajmniej nie w pełni... -dopowiedział ciszej. -Poza tym, Ty i umrzeć... myślałem, że te słowa nie występują w jednym zdaniu. -przyznał. -No patrz, bo mnie to irytuje. -rozdziawił na powrót paszczę. 
-Faktycznie... -przyznał Velinias. -coś tu masz. Uuu.. może zaboleć. -stwierdził i wsunął w niemożliwie otwarte szczęki dłoń. -Tylko jej nie odgryź... -mruknął.
Chwycił za wbity w dziąsło pomiędzy zębami przyjaciela fragment czegoś i... 
-Popaprało Cię?! Szmyrgnięta panda! -wrzasnął Velinias, by po chwili zawyć z bólu. -Przywykłem do Tego ciała. Ałaała! 
Zamiast jego przyjaciela stała w salonie potężnie zbudowana bestia o biało-czarnym futrze i zakrwawionym niedźwiedzim pysku, w którym wierzgała ręka szlachcica.  Bestia zgryzła ją kilka razy i połknęła.
Założył łapę za głowę. 
-Daruj, ale na prawdę zabolało.
-A co z moją ręką? -zapytał Velinias. -Tego ciała nie mogę od tak zregenerować. -wył na podłodze dalej, spodziewał się, że pandołak ją wypluje i że choć pogryziona to nada się na przeszczep. Jednak nic się nie działo, szlachcic podniósł głowę.
-Zeżarłeś ją tak? I co ja teraz zrobię?!
Pandołak stał skonsternowany całym zajściem. Po długiej chwili wycia Veliniasa w niebogłosy. 
-Ale teraz jak to wiarygodnie wygląda. I Ty padłeś ofiarą rzezi, tylko ocaliłeś się w ostatniej chwili tracąc przy tym rękę. -Podsunął Seizetsu.
-Oż Ty... -pozostała lewa ręka Veliniasa, posłużyła szlachcicowi do skupienia swojej mocy, której już część zużył na powstrzymanie krwawienia. 
-To ten... -Seizetsu zmienił się w człowieka. -To ja już uciekam, zanim przyjdą tu mundurowi od światła. Zdam dokładną relacje Tygriuszowi, to awans na państwowego urzędnika będziesz miał od razu. To bywaj! -rzucił i wybiegł, Veliniasowi to nie przeszkodziło w dokończeniu inkantacji. - Wybuch kuli ognia, spowodował poważny uszczerbek w dobytku szlachcica. 
-Co za gad... Wracaj tu! -wrzasnął, wyskakując przez okno. 
-Pandy to ssaki! -zawołał Seizetsu, na grzbiecie diabolikańskiej bestii.
-Zatłukę Cię futrzaku! Pieprzony likantrop... -skwasił się Velinias. Wyszedł z domostwa, które zajęte ogniem powoli się waliło, machnął pozostałą ręką na to. -A żeby mu się tak futro zmechaciło,... żeby doprać tych białych łat nie mógł... żeby mu kuźwa kołtun przy tym omyku skudlił! -tak złorzecząc i odgrażając się Pandołakowi, dotarł do miasteczka, w którym trwały porządki... 

czwartek, 1 listopada 2018

Intryga 2/2

Stał osłupiały, patrząc na zgliszcza całego swojego dobytku. Stworzenia, które hodował dla siebie były rozszarpane, albo obnażone z całego mięsa do białej kości.
Leiru, stracił wszelką nadzieje na poczucie ciepła bijącego serca, którejkolwiek z bestii kiedy spostrzegł pryzmatycznego ptaszka.
Podszedł do niego i poczuł słabe ciepło bijące spod zwęglonych desek. Nie potrzebował dużej siły, by dostać się do bijącego serca swojego wieloletniego druha.
-Felek... -szepnął i przypadł do łba gryfa. Zwierze miało wyrwaną łapę, a obie przednie złamane pod dziwnym kontem, zupełnie tak jakby coś z nieludzką siłą rozwarł je niemożliwie. Jego skrzydłem i ogonem, trzęsły agonalne dreszcze.
Mętne oczy gryfa zetknęły się z oczami Leiru. Krzyknął niemal niedosłyszalnie, a ciężkie powieki opadły powoli, treser domknął oczy przyjaciela, nie mogąc patrzeć jak ulatuje z nich resztka życia wiernego towarzysza.
Leiru trzymał dłoń na dziobie gryfa, a głowę wzniósł ku niebiosom, odśpiewał psalm, który niesiony lodowatym wichrem pomknął ku zachmurzonemu sklepieniu. Treser chętnie wyprawiłby pogrzeb swojemu najwierniejszemu towarzyszowi, ale nie zdążył dokończyć słów "żegnaj przyjacielu" głaszcząc nieżywego już gryfa, po brudnych piórach, gdy zza wzgórza wychynęła rozwścieczona, zbrojna banda mieszkańców Koer-kibuvits, szła po jego głowę.
Godził się z losem jaki mu szykuje rozbestwiona tłuszcza, gdyby nie mały ptaszek, który z wdzięczności za uratowane życie odwdzięczył się tym samym dla Leiru. Wbił małe kryształowe pazurki w zad Asperi, koń zarżał i rzucił się w opętańczym galopie przed siebie.
Gdyby nie to zajście, pogrążony w rozpaczy Leiru dałby się rozszarpać. A tak, skoczył na równe nogi i rzucił się na rumaka wichrów, by nie wpadł w łapska rozwścieczonej gawiedzi.
Cóż, zapewne magiczna bestia, mogłaby sobie poradzić z ludźmi, jednak ten okaz był na to jeszcze za młody. 

Treser wskoczył na grzbiet siwego konia i chwytając się za grzywę szarpnął ją tak by odbić w bok i móc pognać przed siebie. Nie miał sił, by roztrząsać co się stało oraz kto za tym stoi, wiedział jedynie że już nic nie ma i nie może tu zostać. 
***
Zatrzymał się kiedy rumak wichrów padł na kolana ryjąc nimi w ziemi.
-Nie zauważyłem kiedy się zmęczyłeś. -podniósł się z błota, w które upadł spadając z wierzchowca. Podszedł do bestii i zarzucił na jej grzbiet swój płaszcz, położył dłoń na karku zwierzęcia.
-Przepraszam. Zaraz dostaniesz coś do picia. -pogłaskał rumaka wichrów, rozejrzał się po okolicy, był na skraju lasu, zmieniło się powietrze i cały klimat. Leiru wspiął się na drzewo, nie znał okolicy. Nie było stąd widać nawet zarysów jego rodzinnego miasteczka. Za to z drugiej strony, prawdziwy szok, był bliżej Gór lodu niż się spodziewał, ich szary masyw przeraził go. Do tej pory widywał w ciepłe dni jedynie ich śnieżne szczyty, ginące w najwyższych partiach pod pierzyną z chmur. 
Do jego głowy podleciał skrzący się ptaszek.
-Dawno tu nie byłem... -westchnął. -Czas coś zjeść. -przyznał i zszedł z drzewa. Rumak wichrów spał w najlepsze. 
Leiru rozbił obóz i zaczął rozmyślać... Jedyne wyjście jakie ujrzał w tej sytuacji było pójście dalej i zatrzymać się w najbliższym mieście. O ile dobrze pamiętał miasto pod górami nazywało się Kalnupe, co ze starego języka wampirów lodu oznaczało dosłownie "Pod górą"

wtorek, 30 października 2018

Intryga 1/2


Leiru, najchętniej by wyszedł ale dziwna siła za którą stał Velnias, nie pozwalała mu na to. Tylko i wyłącznie z powodu nienaturalnej siły szlachcica, treser został.
Odcień barwy oczu poszukiwacza guza, nie był mu obcy. Tak charakterystyczny blask, był przypisywany od wieków jednej profesji…
-Leiru -Velnias, podniósł głos wyrywając tym samym tresera z głębokich rozmyślań. -Jesteś już z nami?
-Nigdzie nie wychodziłem. -mruknął w odpowiedzi. Przez moment trwała cisza, przerwał ją wędrowiec, wychodząc bez słowa. Leiru nie musiał patrzeć na plecy tropiciela skarbów, by w przybliżeniu poznać otaczającą go aurę – co prawda, dawne instynkty dawno w nim zasnęły i można by rzec, że działał po omacku. Jednak jednego był pewien, chłodna i groźna aura spowijająca wędrowca nasuwała mu na myśl istotę dotkniętą likantropią.
Spojrzał ostro w twarz Velniasa, jednak niezwykły spokój malujący się na licu i w oczach szlachcica, powstrzymał tresera od radykalniejszych działań:
-Po co go tu sprowadziłeś? Skąd w ogóle znasz tego cudaka? -przeszedł od razu do rzeczy.
-No proszę, a myślałem że wszystkie zmysły potraciłeś. Jednak coś z fachu przodków zostało co? -powiedział żartobliwie perłowowłosy.
-Mów. -zażądał Leiru i nagle spostrzegł, że nie może się ruszyć. Spojrzał na swoją rękę, którą jeszcze przed chwilą chciał uderzyć w stół. Zaraz obrócił spojrzenie w pogodne lico szlachcica, tym razem dostrzegł w jego stalowych oczach iskrę żaru.
Velnias, z nadspodziewanym spokojem nabił na widelec kawałek soczystej pieczeni, którą mu właśnie przyniesiono. Zjadł kawałek i pomachał palcem przed nosem Leiru:
-Nie tak prędko panie treserze. -powiedział łagodnie i popił pieczeń rapinkom. -Owszem będę mówił, ale od początku, jednak nim zacznę dokończę posiłek.
Leiru, najchętniej by się wyniósł z tamtego miejsca, jednak nie miał ku temu możliwości. Jedyne co mógł teraz zrobić, to zdać się na łaskę Velniasa. Coś wewnątrz niego szeptało – to instynkt. Instynkt, którego za wszelką cenę chciał się pozbyć przez te wszystkie lata. Z jednej strony nie mógł, z drugiej nie chciał się go pozbywać całkowicie, bo wrodzone i lekko podszlifowane zdolności przydawały mu się na co dzień. Udało mu się jednak stłumić dziki ryk pierwotnej siły do cichego szeptu, który przebudzał się w takich chwilach jak ta, w której obecnie się znajdował.
Było coś jeszcze, coś co zaniepokoiło tresera w jednej chwili, tak jakby przeczucie utraty czegoś ważnego. Szlachcic skończył jeść;

-Dobrze więc, porozmawiajmy. -rzekł Velnias, przecierając aksamitną, białą chustką usta. -Jesteś w posiadaniu dziwnej wiadomości mam racje? -jedno skinienie głowy szlachcica wystarczyło by Leiru odzyskał mowę.
-Nic mi o tym nie wiadomo.
-Nie udawaj
Kreikkana. Zdjąłeś pieczęć z pryzmatycznego wróbla. -stwierdził lodowatym tonem szlachcic. Ton jego głosu i jego skrzące się oczy, wywołały niepokój u Leiru. Treser zauważył, że Velnias chce przestraszyć go również swoją aurą, która spowodowała lęk wśród koni i agresywność wśród istot humanoidalnych.
Leiru spojrzał na kelnerkę rzucającą się do gardła awanturującemu się człowiekowi, któremu godności uwłaczała podana mu przed chwilą zupa. Odetchnął:
-Wywołałeś sporo zamieszania. -zauważył jak gdyby od niechcenia.
-Co było w tej wiadomości? Powiesz, to zostawimy Twoje bestie w spokoju. -wysyczał niemal, mówił cicho, ale Leiru słyszał jego słowa doskonale. Właściwie, to teraz usłyszałby muchę przelatującą nad zadem zaniepokojonego Asperi, który rzuca proste zaklęcia tłumiąc niektóre z energii. Roztrzaskałby nos Velniasowi, gdyby tylko mógł się bardziej poruszyć. Usłyszał kroki na swoim podwórzu i niespokojny orli krzyk:
-Co to ma znaczyć?
-Jak to co? Zwykły szantaż. Wyjaw treść wiadomości, albo Twój ukochany skrawek nieba pójdzie z dymem. Oczywiście, jeżeli tajemnica państwowa jest dla Ciebie aż tak ważna… -zaczął Velnias, przeglądając spokojnie kartę alkoholi.
-Wygrałeś… -westchnął.
-Tak szybko się poddajesz? Z Twojego ojca darto pasy, a matkę psy szarpały, a nic nie powiedzieli. -zakpił złośliwie.

-Mnie nie wiąże żadna przysięga, ani poczucie obowiązku. Bo jedyny obowiązek jaki mam, to zajmować się swoimi podopiecznymi i pomagać w ich wychowaniu. -odparł surowo treser.
Szlachcic z niewinnym uśmiechem nachylił się do stołu i oparł brodę o rękę;
-No to otwieraj umysł. -zażądał przyjacielskim tonem.
Leiru bardzo niechętnie spojrzał w oczy szlachcica i zwlekał ze zdjęciem bariery umysłowej. Cały czas nasłuchiwał co dzieje się u niego w gospodarstwie, słyszał jak Felek krzyczy ostrzegawczo na intruza, a ten nie reaguje.
Stoi w bezruchu - domyślił się.

-Tylko ja go powstrzymujee. -przeciągnął melodyjnie.
Treser z obawą i ciężkim sercem otworzył swój umysł, pozwalając wejść do niego szlachcicowi. Podczas transu, był odcięty od bodźców zewnętrznych – minus nieszlifowanych zdolności.
Szlachcic tylko na to czekał, pstryknął palcami pod stołem.
**
Kiedy treser się obudził… nie wiedział za bardzo gdzie, czuł się jak pijany. Ba! jak pijany się zachowywał, kiedy z obolałą głową zdołał przewrócić się na brzuch, a po następnych kilku chwilach (kiedy słońce było już wysoko) spróbował wstać, wyhaftował drewnianą podłogę, w różne wzroki w kolorach bliżej nieokreślonych.
Padł na boku i leżał tak czas jakiś, usiłując dojść do tego gdzie jest i co stało się poprzedniego wieczoru. Nie pamiętał nic, po tym jak postanowił przyjechać do miasta…
Wstał z trudem i przetoczył się do drzwi. Trafił na korytarz, prowadzący do schodów i na dół karczmy.
-Ale zabalowałem… -zaraz jednak momentalnie wytrzeźwiał, usłyszał rżenie Asperi. Wyskoczył na ulice, nikt go nie zatrzymał.
Trudno było się dziwić, gości szynku było niewielu, a i treser wyskoczył jak oparzony, nie zauważył nawet, że ściany są umazane krwią i większość mebli jest poniszczona.
Kiedy wybiegł na ulicę, zobaczył jak kilka osób usiłuje pochwycić rumaka wichrów, na którym dnia poprzedniego przybył do miasta. Magiczna istota opierała się ludziom i jednemu psowatemu, których wysiłki by zarzucić linę na kark pięknego konia paliły na panewce. Leiru niewiele myśląc zagwizdał, wierne zwierze nad podziw zżyte ze swoim opiekunem przetrąciło ludzi i skoczyło ku niemu.
-Co tu się wyprawia? -zapytał treser. -Rozumiem, że nienawidzicie mnie za sam fakt że oddycham. Ale do moich istot nigdy się nie zbliżaliście. -powiedział.
Zgromadzeni odwrócili się do Leiru, poczuł jak cały gniew mieszkańców miasteczka skupia się na jego osobie – palące uczucie.
-Do tej pory… łapać go! -krzyknął ktoś.
Treser nie wiedział co się dzieje, był oszołomiony. Wskoczył na grzbiet swojego wierzchowca. Rzucił okiem na bok, wszędzie walały się trupy, budynki były umazane krwią, a większości ciał brakowało części jak nie tułowia to kończyn.
Nawet zwierzętom się nie upiekło, konie miały połamane kręgosłupy, rozpołowione. Zupełnie tak jakby coś rozerwało je na pół. Inne mniej lub bardziej cudaczne istoty były rozszarpane bądź rozczłonkowane w nienaturalny sposób.
Więcej nie zdołał zauważyć po słowach kobiety z jedną ręką i połową twarzy:
-To wszystko Twoja wina i Twoich bestii!
Nie tracąc czasu, chwycił się srebrzystej grzywy i pozwolił ponieść się Asperi w bezpieczniejsze miejsce.
-Co się mogło stać? -zapytał sam siebie. -Na kolczaste jaja Rinvita! -zaklął siarczyście, a rumak wichrów zarżał i wierzgnął.
Skierował go zbyt gwałtownie na swoje gospodarstwo, ale nie mogło inaczej być… kiedy znalazł się blisko, zeskoczył z grzbietu, a pożar w jego domostwie, właśnie dogasał.

___

Rinvit, Rugiewit lub Rujewit – bóstwo połabskiego plemienia Ranów, znane z relacji Saksa Gramatyka. Pod imieniem Rinvit wzmiankuje go  Knýtlinga saga.
Czczony w Gardźcu

niedziela, 28 października 2018

Targ

Leiru musiał w końcu wyjść z domu, studiowanie zachowań nowego podopiecznego i prowadzenie interesów z poszukiwaczami skarbów.
Dzień rozpoczęcia targów w mieście, był idealną okazją do tego by odpocząć od szarej rzeczywistości. Nie mógł pojawić się w mieście na gryfie, bo i bez niego wszyscy unikali tresera jak trędowatego.
-Leiru, jednak się zjawiłeś. -u boku szatyna zjawił się Velnias.
Treser, obdarzył go krótkim spojrzeniem aby zaraz przyspieszyć kroku.
-Unikasz mnie?
-Nie, dla tego staram się na Ciebie nie wpaść. -westchnął Leiru.
-Jak chcesz. -wzruszył ramionami. -Ale jak skończysz załatwiać swoje sprawy, wpadnij do karczmy „Trzepnięty rozum” prawdopodobnie, będę miał dla Ciebie kolejne intratny interes i to bardziej od poprzednich. -szlachcic klepnął tresera w ramię. Leiru, nie zdążył odpowiedzieć, kiedy się odwrócił Velniasa już nie było; treser przez większość swojego żywota zastanawiał się jak On to robi. Velnias mógł się pojawiać gdzie i kiedy chciał i znikał z równą temu łatwością, szatyn głowił się jeszcze nad jedną kwestią. Znał Velniasa od prawie trzydziestu lat, a wydawało się że szlachcic nic się nie zmienił od pierwszego spotkania. Perłowe włosy niespopielały, stalowe oczy nie zmętniały, a gładkie lico przyprószyło się jedynie kilkoma zmarszczkami, tak jakby ząb czasu jedynie nieznacznie kłapnął obok niego.

Nie zamartwiał się jednak tym dłużej, bowiem nie od dziś było wiadomo że władcy prowincji byli uklejeni z zupełnie innej gliny niż pospolici mieszkańcy, a już z zupełnie innej niż Leiru. Treser, ruszył na targowisko, które z rynku powoli rozpływało się po całym mieście – i tak przez tydzień.
Targ w 
Koer-kibuvits, był jednym z największych wydarzeń w tej części frakcji, można tu było znaleźć towary z całego kontynentu, a jak ktoś bardzo uparcie szukał to mógł trafić nawet na towary z centralnego punktu mapy świata. Sprowadzanie rzeczy z tamtego regionu, było surowo zakazane, a gwardziści pilnie szukali takowych rzeczy… ale jakich? Pani światła, dopilnowała by sporządzono rysunki najbardziej popularnych gatunków fauny, flory a także zasobów naturalnych, które występowały najbliżej granic z frakcją „błogosławionych” co znajdowało się na liście? wiedzieli o tym tylko specjaliści od przeszukiwania targów.
Strażnicy litery prawa, byli podobni do wilkołaków. Posiadali podobnie długie pyski, a także wilczą sierść oraz wilcze tylne łapy i to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o pokrewieństwo z likantropami. Sierść tych nietuzinkowych strażników, wyróżniała się barwą – mieniąc się odcieniami błękitów i szarości.
To bardzo mądre i dostojne humanoidy z łagodnym i dobrotliwym usposobieniem. Jednak sprowokowane, posuną się do najgorszych czynów i zrobią użytek ze szpad których przeważnie noszą po parze, każdą z jednej strony biodra.
Leiru, fascynował się nimi. Nie widział ich jak był dzieckiem, można powiedzieć że zjawiły się nagle po przejęciu władzy przez Panią światła, tak jak kilka innych gatunków stworzeń. Treser, zawsze kłaniał się psowatym, co spotykało się z odzewem, jednak z mało którym mógł się dogadać.
Lupinale – bo tak nazywały się te stwory. Mówiły trzema językami, dwóch z nich Leiru nigdy nie poznał, a z jednego znał nieliczne słowa, które i tak wymawiał błędnie.

Westchnął ciężko, zakupił kilka rodzai uprzęży i lonży treningowych u stałego kupca.
-Widzę, że interes rozkwitł.
-Zawsze biorę po kilka sztuk wszystkiego co masz. No może poza liną od Leśnych gończych. Asperi już prawie udomowione. -oznajmił z zadowoleniem.

Kupiec, wytrzeszczył oczy ze zdumienia i pokiwał głową.
-No, to winszuje. Rumaka wichrów oswoić to nie byle sztuka. heh… -zaśmiał się i oparł o swój kram, kiedy Leiru się pakował. -Ostatnim razem sądziłem, że marnujesz się w tym fachu, ale teraz muszę odszczekać te słowa. -przyznał, drapiąc się z frasunkiem po głowie.
-I gdzie bym się podział gdyby nie tresura? -zapytał.
-Tacy jak Ty, są potrzebni i znalazłbyś pracę na każdym rogu. -przyznał kupiec. -Trzymaj się Leiru, odwiedź mnie później.

-Jasne, dzięki. -uśmiechnął się treser i zarzucając pakunek na plecy, poszedł w swoją stronę. Nie było większości kupców, od których zamawiał składniki na pasze, więc poszedł na razie wrócił do domu, tylko po to, by zaraz usiąść na wzgórzu, gdzie miał widok na miasteczko, w którym powoli migotały światła i w dal na Góry lodu, jakie wydawały się sine na tle z lekka zachmurzonego nieba.
Pomyślał sobie w tej chwili o swoim Asperi, czy też rumaku wichrów jak określali je niektórzy.

Na pierwszy rzut oka wydawały się przepięknymi, acz zwykłymi końmi, maści białej, szarej lub ciemnobrązowej ale zawsze z bujną grzywą; srebrną, jasno szarą bądź białą, takież samo umaszczenie włosia wyrastało im na pęcinach przednich kopyt stworzenia.
W przeciwieństwie do zwykłych koni, Asperi są inteligentnymi magicznymi bestiami, żyjącymi w wiecznym zimnie
niedostępnych górskich szczytów, gdzie galopują po lodowcach i poprzez mroźne niebiosa. Chwytając wiatr i lecąc wraz z nim, osiągają większą prędkość od zwykłego lotu. Dzięki tej zdolności mają przydomek „rumaków wichrów” O zgrozo, te stworzenia śmiertelnie nie lubią gryfów ani hipogryfów, przez co Leiru, miał problemy z wychowaniem Asperi.
**
Po chwili rozmyślań, treser podjął decyzje o ponownym zawitaniu do miasta. Nie specjalnie miał ochotę, by widzieć się z Velniasem, ale był też ciekaw co szlachcic mu powie.
Przemył ogorzałą słońcem i wyżłobioną wiatrem, pobliźnioną twarz, na której młodość dogasała, pozostawiając nikły ślad w szafirowych oczach. Całe to rozmyślanie o swoim rumaku wichrów i niechęć do wzbudzania sensacji, sprawiła że dosiadł niesfornego konia i unosząc się na nim, pogalopował na wietrze, niosącym ostry zapach lodowatego deszczu.
„Trzepnięty rozum” karczma mająca w szyldzie kieliszek wina i czaszkę z tęczowymi gałami wychodzącymi z oczodołów, była ulokowana w jednej z bocznych uliczek.
Leiru nie miał problemu, by rozpoznać perłowłosego mężczyznę. Ktoś towarzyszył szlachcicowi, zamaskowana postać, oparta o ścianę z wyciągniętymi nogami na ławie.
-Jak rozumiem, to jest interesant? -treser od razu przeszedł do rzeczy.
-Nie, przywitasz się nawet? -odpowiedział pytaniem, Velnia.
-Po co? lepiej, by wyszło gdyby stała tutaj już zamówiona Rapinka. -przyznał, siadając na przeciw szlachcica.
Velenias zaśmiał i pokręcił głową;
-Z wiekiem robisz się coraz bardziej szorstki. -przyznał i zamachał do jednej z kelnerek, którą była nieduża istotka pokryta błękitną łuską i z cieniutkim ogonem zakończonym ostrą strzałką. Zaraz przyniosła zamówiony trunek – specjalność wśród ludów, żyjących na wschodnich kresach frakcji. Mocne draństwo o posmaku nizinnego owocu drzew, które kiedyś zamieszkiwały półki skalne i posiadających własną świadomość. Pozwalały niekiedy, smagłym istotą ze wschodu zbierać swoje owoce o ile Ci byli dla nich dobrzy.
-Musimy omówić bardzo istotną kwestię Leiru, zarówno ja jaki mój przyjaciel. -Velnias, wskazał na zamaskowanego towarzysza, ten jak na komendę usiadł poprawnie i uniósł lekko kaptur spod którego lśnił jakby zielony płomień jadeitowych oczu;
-jestem Seizetsu… -przedstawił się stłumionym przez bandankę, zakrywającą jego twarz głosem.
-Ooo… -wydusił treser i milczał dłuższą chwilę. -Jakiego wierzchowca mam wytresować? -zapytał od razu.